Follow by Email

Rozmowy z Martą


http://www.etykaserca.republika.pl

Blog Marty.



Rozmowa pierwsza


Marta: Polałeś mi miód na serce, kochany Marku! Tak bardzo się cieszę, że też jesteś za myśleniem z poziomu serca. To wciąż rzadka postawa w dzisiejszych czasach. Zajrzałam na stronę Twojego bloga i na własne oczy zobaczyłam moją www.etykaserca w Twoich Ulubionych! Sprawiłeś mi ogromną radość, naprawdę! Myślę, że tylko dzięki temu linkowi adres tej "sercowej" strony pojawił się w Google. Wcześniej niestety go nie było. To na razie tyle, bo jest późno. Jutro napiszę i załączę artykuły.


Ucałowania,

Marta

Marek: Witam i szybko odpowiadam, że gdybyś sama zaglądała na moją stronę Dnia-myśli zauważyłabyś od początku link Twojej strony, jako Ulubione!

Tak samo mnie bardziej odpowiada sprowadzanie skupiania uwagi umysłu do poziomu serca, jak to czyniła stara szkoła teozofii, na bazie wschodu, np. Alcone U stóp Mistrza, no i te techniki prana jogi przez kanały nosa w dół do klatki piersiowej, wszystko to miało sprowadzić z wysięgnika głowy do serca naszą uwagę w momencie jakiegokolwiek czynu. .mózg to bank danych rozumu świata zewnętrznego, nie może stać jak dzisiejsze banki motorem gospodarki...
Marek


Rozmowa 2







Marta: A za motto tak strony, jak i całej naszej korespondencji, którą tak niezmordowanie i dla pożytku nas wszystkich uprawiasz z nami, zacytuję mądrość z mojej strony o sercu:



„Kiedy serce zajmuje właściwe mu miejsce,
umysł staje się prawdziwie użytecznym sługą
i - paradoksalnie - jest on wówczas
zarówno genialny, jak i szczęśliwy."

Czyż nie o tym samym mówi wspaniały Tolle w "Potędze teraźniejszości"?

Marta:  Myślę, że stanowimy jedną duchową grupę - Ty, ja, Maryla i wiele innych osób. Przyszło nam się spotkać i spotkaliśmy się. Każde wniosło coś w życie i dalszy rozwój drugiego. Ja kiedyś poruszyłam Twoje serce wierszami Tagora. Ty dzisiaj przesłałeś mi bezcenną dla mnie książkę Tollego „Potęga teraźniejszości". Nie to, żebym nie wiedziała tego, o czym on pisze, bo wiem to z innych źródeł. Ale sposób, w jaki on ujął problem jest wręcz rewelacyjny i stanowi ogromne wsparcie dla moich obecnych poszukiwań. Wiele innych wiadomości z Twoich przesyłek też było dla mnie ogromną pomocą. Tak więc to odnajdywanie się i wspieranie na drodze budzenia się do naszej prawdziwej tożsamości, na pewno jest prawdą. Książka Mabel Collins napisana została w roku 1912, a więc blisko sto lat temu. To jednak kawał czasu jak na ziemski wymiar. Może jeszcze wtedy spotkanie dwóch wtajemniczonych było czymś wyjątkowym. Dziś finalizujemy jakiś etap ewolucji świadomości, więc myślę, że takie spotkania będą - i są - na porządku dziennym. Problem jest tylko w tym, na ile sami wtajemniczeni potrafią się obudzić z materialnego snu na tyle, żeby się nawzajem rozpoznać. Bardzo mocno jesteśmy uwikłani w nasze małe, „widmowe", jak je określa Tolle, ego i historię „życia", jaką nam ono zafundowało. Dlatego też przez cały czas patrzymy na siebie przez pryzmat tego, kim niby to jesteśmy w tym iluzorycznym „życiu". Plejadianie nawołują: „przestańcie odgrywać tanie melodramaty!" A my nadal je odgrywamy. Ale bo też nawet jeśli uda nam się jakoś pojąć, kim naprawdę jesteśmy - wspaniałymi, duchowymi istotami, obrazem i podobieństwem Boga - to jakieś „drobne pchły" codzienności, jak to nazywa Agni Joga, ściągają nas znów na poziom osobowy i cały teatr zaczyna się od początku. Swoją drogą to ciekawa jestem, jak to wszystko się rozstrzygnie. W materiale „Rok 2013", który mi przesłałeś, mówi się, że zrozumienie prawdy „zostanie na nas wymuszone". Ciekawa jestem w jaki sposób i czy doczekamy - Ty, ja i Maryla - tego Nowego Świata. Idzie to bardzo ciężko i nieraz z Marylą sobie popłakujemy, bo mamy już dość różnych dolegliwości, które nas nękają, a niczego nie przynoszą w charakterze owoców przebudzenia.

To tyle na razie.

Ucałowania,


Rozmowa 3



Marek:  To co napisałaś przypomniało mi Anię jak bawiła się już wcześniej z dwoma lalkami bawiła się czyniąc teatrzyk, a gdy zawołałem, to z żalem się z niego wycofywała, podobnie jak my z tego lustra, czy komputera swoją świadomością, bodaj w jednym ze swoich twórczości opisywałem, jak to najpierw wyglądamy przez okno do pięknego ogrodu, a potem zahipnotyzowani wypadamy i dalej trudna droga powrotu bo nie wiadomo gdzie ono było. .i do głowy by nam nie przyszło, że w nas samych

Marta: ...że w nas samych. Właśnie. Jak w wierszu Tagora:

 DŁUGI JEST CZAS MOJEJ PODRÓŻY
i długa jest moja droga.
Wyruszyłam na wozie z pierwszym promieniem światła
i dążyłam dalej poprzez dzikie pustynie światów,
ślad swój na niejednej zostawiając gwieździe,
na niejednej planecie.
Najdalsza to droga, zbliżająca cię najbardziej
ku tobie samemu;
a najmozolniejsze jest to ćwiczenie,
które wszystko do najprostszego prowadzi tonu.
Do wszelakich wrót cudzych pukać musi wędrowiec,
zanim dojdzie do swoich,
trzeba się też przez zewnętrzne przedzierać światy,
ażeby w końcu dostać się do Przenajświętszego.
Oczy moje błądziły daleko i szeroko,
zanim je zamknęłam, mówiąc: "Tu jesteś!"
Pytanie i krzyk "O, gdzie?"
rozpływa się w tysiączne potoki łez
i topi świat w powodzi zapewnienia "jestem!"


Rozmowa 4


Marek: Wierzę, że tym stwierdzeniem odnalazłaś właściwy kierunek, a to tak jak z koniem  i ostrogami ducha, poprawiającym nasz kierunek jazdy, ból i choroby on nam sprawia, jak pasażer angielskiej taksówki za szybą pancerną, nie mogący się porozumieć z upartym kierowcą-rozumem, musi stosować środki wypadkowe, by zwrócić na siebie uwagę...

Jak nie będziesz czegoś pewna to napisz, że masz trzy opcje, a ja sprawdzę obiektywnie, która jest właściwa nie znając ich treści, z wieloma osobami tak koresponduję, co zabawne, ale się tylko domyślam, czy nie obstawiają jakiś zakładów, ale to już ich sprawa, o ile się uczą...


Marta: Masz rację, że tzw. ból pojawia się po coś. Tak sobie myślę, że droga uzdrawiania przez Chrześcijańską Naukę być może była moją drogą i powinnam była nią iść wtedy w 2003 roku cierpliwie i w pokorze. A ja się zniechęciłam. A wiadomo, że lekcja nieprzerobiona wraca w ostrzejszej formie, żeby przymusić człowieka do wykonania zadania duszy. No i przyszło tak, że teraz już się nie ociągam, lecz pracuję wytrwale nad sobą. Tyle że ciężko jest, bo wiadomo, że chciałoby się mieć wyniki jak najszybciej, zwłaszcza, że coś "boli". Ból wmawia mi umysł, który jak mówi Tolle jest iluzoryczny, bo należy do ego, które jest "widmowe". Być może muszę być przeorana dogłębnie i wykurzone muszą zostać wszelkie osobowe głupstwa. Pracowałam z takim uzdrowicielem, praktykującym Chrześcijańską Naukę. Przesłał mi pewien artykuł liczący 24 strony. Powiedział, że on sam przeczytał go 30 razy, zanim udało mu się wyzbyć ego, czyli poczucia bycia osobą, a więc czymś odrębnym od Boga. Teraz, jak to on określił, siedzi sobie na tylnym siedzeniu i pozwala, żeby

boska Miłość prowadziła. A Miłość, jak to Miłość, wszędzie widzi tylko siebie...


Rozmowa 5



Marek: Prześlę Ci alchemię seksu Izydy..


Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Isis

Marta: Kiedyś już wpadły mi w ręce teksty na temat Marii Magdaleny, ale w końcu je odłożyłam, bo jedne drugim przeczą. Sam popatrz, przytoczę informacje z tekstów, które przysłałeś:



  • 1. Maria Magdalena, uczeń Jezusa Chrystusa. Cz. 1 Cytuję:

        „Jako jedna z wielkich heter, mających u schyłku minionej ery znaczący wpływ na sztukę, politykę i gospodarkę, miewała w swym domu często wiele gości."


        A więc wniosek jest taki, że MM była heterą, czyli wiadomo kim. Potem się nawróciła i przystała do grupy wędrującej z Jezusem. Ten tekst jest niczym innym jak zbeletryzowaną ewangelią. Ani w nim mniej, ani więcej ponad to, co nam z ewangelii kanonicznych wiadomo, jeśli idzie o relacje między MM a Jezusem.. Tak czy inaczej autor tego tekstu nie pozostawia wątpliwości, że między Marią Magdaleną a Jezusem nic nie zaszło. Żadnych wspólnych dzieci.



  • 2. Manuskrypt Marii Magdaleny

        No, tu zaś bynajmniej! Zaszło i to ho, ho! MM nie jest żadną heterą, a czymś w rodzaju kapłanki. Uprawia „magię seksualną kultu Izydy", a i Jezus jest wtajemniczony nie tylko w kulty egipskie, ale i inne, nieznane MM, jak czytamy. No i z tego wspólnego uprawiania mają córkę, Sarę.



  • 3. Tekst z Internetu, który otrzymałam od Ciebie jako ostatni.

            Domyślam się, że pochodzi z książki Laurence'a Gardnera Tajemnice rodowodu Świętego Graala. Nieznani potomkowie Jezusa. Gardner albowiem rozrysował całe drzewo genealogiczne Jezusa i Marii Magdaleny, no i naliczył się co najmniej trojga ich potomków - jednej córki i dwóch synów, o czym mowa we fragmencie



Rozmowa 6


Marek: Masz całkowitą rację, ja podobnie tak to odbieram, ale wynika to z tego co mówią plejadianie, że w pewnych momentach historii występuje wiele osób różnych w wielu miejscach świata, bo nie było internetu, jak i globalnych cywilizacji, stąd prawdopodobieństwo, że dla dobra sprawy wiary, scala się wielu bohaterów z wielu terenów w jedną sztandarową postać, nawet Jezus był jednym z wielu mówiacych prawdę podobną jak inni, a ile było nawiedzonych kapłanek w tak wielu świątyniach Izydy? Historie piszą zwycięzcy.....
Marek
P.S. interesuje mnie temat ten z uwagi na to, co sam ćwiczyłem wg wskazań hinduskich joginów /węży idy i pingali/, przebiłem się ćwicząc prana jogę i doświadczyłem podobnych doznań o których opisuje alchemia seksu magii Izydy, a idąc tym tropem dalej po 5 latach zacząłem sam pisać przekazy, wiem, że wytworzenie ciała KA jest największą tajemnicą kościołów i cała gra o to chodzi by nas w tym zatrzymać na trzeciej czakrze przyjemnością seksu, by nie iść dalej i wyżej!!
Nawet słowa jedzcie i pijcie moją krew, winny brzmieć: odżywiaj energią psychiczną z krwi ciało subtelne< i pokazał co ono może po fizycznej przemianie "śmierci", pokazując się w nim Marii i apostołom. Pa! dobranoc!



           Marta: To tyle z tych tekstów, które Ty mi przesłałeś. A jeszcze wiele innych było, z których za każdym razem wynika co innego. Czytałeś może książkę Margaret Starbaird Maria Magdalena i Święty Graal. Kobieta z alabastrowym flakonem? No to tam też mowa jest o zaślubinach MM i Jezusa i o tym, że mieli córkę. Przy czym M. Starbaird dowodzi, że MM to Maria, siostra Łazarza. No i teraz co ostatecznie wiemy? Kim była Maria Magdalena? Heterą czy kapłanką? Wyznawczynią nauk Jezusa czy czymś więcej? A jeśli byli małżeństwem to w końcu ile mieli dzieci: jedną córkę Sarę czy troje, w tym dwóch synów?

           I tak to przestałam się zajmować Marią Magdaleną. Nie interesują mnie mity i czyjeś konfabulacje. Być może masz jakiś zdrowy koncept na ten temat, bo ja nie mam.

Serdecznie Cię pozdrawiam,

Marta


Rozmowa 7



Marta: Wiesz, prześlę Ci taką ciekawostkę na temat materii z moich przepastnych archiwów. Ten opis pochodzi z cytowanej już przez mnie kiedyś "Ewangelii Wodnika". Pamiętam, że swego czasu to zrobiło na mnie duże wrażenie.
M.
Marek: Ciekawy skrót podobny do "W świetle prawdy" Abd-ru-shina, jak się nie ma cierpliwości czytania trzech opasłych tomów, bo tam na pierwszym miejscu jest Praduchowe, potem duchowe, materia subtelna i gęsta, trzy odrębne gatunki, jak na ziemi, mineralny, roślinny i zwierzęcy, ale najbardziej podoba mi się u Zwiastunów, porównanie do Księgozbioru-komputera, jak w najdalszej podróży Monrow'e za 5 ty. lat kiedy na ziemię będziemy mogli przybywać z kosmosu z 6-ej gęstości i wchodząc w przechowywany tutaj kombinezon ciała mogli wchodzić w interakcję emocjonalną zwierzęcia i wspólnie z nim przeżywać, czy nie o to chodzi naszemu Stwórcy?
Kiedyś podejrzewałem faraonów, o to że szykowali je sobie na przyszłość, a nie tylko dla zachowania wibracji dla innych.

Rozmowa 8 
 
Marta:
Drogi Marku! Posyłam Ci teraz coś spod serca. Jest to książka Mabel Collins "Gdy słońce posuwa się na północ" ("When the Sun Moves Northward"). Z moich poszukiwań w Internecie wynika, że ta książka nie była tłumaczona na polski. Tej autorki znalazłam tylko "Światło na Drodze", które pewnie znasz. Ta książka, którą Ci posyłam, jest opisem misterium inicjacji ucznia przez Nauczyciela, mistycznego rytuału "Historii Roku". Książka ta trafiła do mnie wiele lat temu w postaci maszynopisu. Wykonała go nauczycielka Agni Jogi, pani Julia. Ja pani Julii już nie poznałam, ale wiem, że była bardzo szanowana i kochana przez ludzi Agni Jogi. Pani Julia przetłumaczyła książkę M. Collins z języka rosyjskiego. Swego czasu postanowiłam ten tekst wpisać w komputer. Teraz odkryłam go na nowo i dzielę się z Tobą. Do maszynopisu pani Julia dołączyła tekst zatytułowany "Droga uczniostwa". Ponieważ dostałam to jako całość, to też Ci załączam.


Marek: "Gdy będziesz mieć świadomość, że takim przyjacielem jest osoba, którą i na ziemi uważasz za przyjaciela, wówczas możesz mieć pewność, że rzeczywiście posunąłeś się na swojej drodze. Osiągnąć zjednoczenie z przyjacielem zarówno na fizycznym, jak i na psychicznym planie oznacza, że Boska część w człowieku rozwinęła jeden płatek swego lotosu, którego zapach stał się tak mocny, że mógł dotrzeć do zewnętrznych zmysłów. Ta możliwość musi przyjść z góry. Oznacza to, że dwóm wtajemniczonym przeznaczono lub pozwolono spotkać się na ziemi - cud, który zdarza się raz na tysiąclecie. Nikt poza wysokim wtajemniczonym nie wie, jak poddać próbie więź, łączącą przyjaciół zewnętrzną świadomością i jak ustalić jej prawdziwą naturę."

Czytając ten fragment nasunęła mi się myśl Marii Magdaleny, kiedy po raz pierwszy spotkała Jezusa....ciekaw jestem Twojego zdania...
Podobnie jak określenie miejsca w kontekście naszej drogi osobistej, z naszym spotkaniem pod górą Żar, ciekawe kto i w jakim miejscu się wtedy znajdował?
Nie myślę tu o indywidualnym karmieniem naszego ego, tylko obiektywnym podejściem do faktu zainscenizowania spotkania odgórnie, bez naszej świadomości, pamiętasz jak zwróciła się do mnie wtedy Maryla pierwszego dnia, zaczynaj, a ja nie bardzo świadomie natchnięty z góry zapytałem: kto tu przyjechał by latać astralnie i nikt z naszej 12-tki nie podniósł ręki, o dopiero podnieśli gdy zapytałem kto musiał, cały czas się zastanawiam jaką rolę spełniły i nadal spełniają pozostałe osoby z którymi ja osobiście nie mam kontaktu, poza jedną ze Świdnicy, stomatologiem dawno, ale kontakt się zerwał, a ona zaczęła przeżywać jakiś swoje tragedie i chyba zeszła z dalszej drogi, a kontakt się urwał.
Ciekaw jestem Twojej opinii, o naszym spotkaniu, pewnie jednego z wielu drobnych epizodów spotkań z Marylą..

Rozmowa 9

Marta: Myślę, że stanowimy jedną duchową grupę - Ty, ja, Maryla i wiele innych osób. Przyszło nam się spotkać i spotkaliśmy się. Każde wniosło coś w życie i dalszy rozwój drugiego. Ja kiedyś poruszyłam Twoje serce wierszami Tagora. Ty dzisiaj przesłałeś mi bezcenną dla mnie książkę Tollego „Potęga teraźniejszości". Nie to, żebym nie wiedziała tego, o czym on pisze, bo wiem to z innych źródeł. Ale sposób, w jaki on ujął problem jest wręcz rewelacyjny i stanowi ogromne wsparcie dla moich obecnych poszukiwań. Wiele innych wiadomości z Twoich przesyłek też było dla mnie ogromną pomocą. Tak więc to odnajdywanie się i wspieranie na drodze budzenia się do naszej prawdziwej tożsamości, na pewno jest prawdą. Książka Mabel Collins napisana została w roku 1912, a więc blisko sto lat temu. To jednak kawał czasu jak na ziemski wymiar. Może jeszcze wtedy spotkanie dwóch wtajemniczonych było czymś wyjątkowym. Dziś finalizujemy jakiś etap ewolucji świadomości, więc myślę, że takie spotkania będą - i są - na porządku dziennym. Problem jest tylko w tym, na ile sami wtajemniczeni potrafią się obudzić z materialnego snu na tyle, żeby się nawzajem rozpoznać. Bardzo mocno jesteśmy uwikłani w nasze małe, „widmowe", jak je określa Tolle, ego i historię „życia", jaką nam ono zafundowało. Dlatego też przez cały czas patrzymy na siebie przez pryzmat tego, kim niby to jesteśmy w tym iluzorycznym „życiu". Plejadianie nawołują: „przestańcie odgrywać tanie melodramaty!" A my nadal je odgrywamy. Ale bo też nawet jeśli uda nam się jakoś pojąć, kim naprawdę jesteśmy - wspaniałymi, duchowymi istotami, obrazem i podobieństwem Boga - to jakieś „drobne pchły" codzienności, jak to nazywa Agni Joga, ściągają nas znów na poziom osobowy i cały teatr zaczyna się od początku. Swoją drogą to ciekawa jestem, jak to wszystko się rozstrzygnie. W materiale „Rok 2013", który mi przesłałeś, mówi się, że zrozumienie prawdy „zostanie na nas wymuszone". Ciekawa jestem w jaki sposób i czy doczekamy - Ty, ja i Maryla - tego Nowego Świata. Idzie to bardzo ciężko i nieraz z Marylą sobie popłakujemy, bo mamy już dość różnych dolegliwości, które nas nękają, a niczego nie przynoszą w charakterze owoców przebudzenia.

To tyle na razie.

Ucałowania,
Marta


Marek: Czyli jak ktoś twierdzi, że Jezus był jego bratem to musi chyba stwierdzić ze " Jezus byli moimi braćmi"?? bo jak mówią Plejadianie:

"Chrystus przybywał jako grupa istot przez pewien czas. Historia, jaka wam opowiedziano, jest udramatyzowana, skomercjalizowana wersja - bardzo mocno kontrolowana wersja tego, kim właściwie była i kim jest ta istota."
"w rzeczywistości Chrystus został wysłany jako burzyciel systemu, członek Świetlanej Rodziny, aby przenieść światło przez portal na Bliskim Wschodzie. Otworzyło to dla wielu drogę do wejścia i zasiania rzeczywistości, co przygotowało świadomość ludzkości na cykl, który zakończy się w przybliżeniu w ciągu następnych dwudziestu lat ( tekst z 1992 roku ), w zależności od przebiegu zdarzeń. Chrystus przybył nie jako jednostka, ale jako pewna liczba jednostek, wpływając na ludzi w ciemnej godzinie ludzkości, godzinie, kiedy istoty ludzkie będą gotowe zrozumieć swoje tajemnice. Rodzaj energii, które istoty będące Chrystusem przyniosły na te planetę był przyjmowany bardzo pozytywnie"
"Z istota będąca Chrystusem wiążą się liczne dramaty. Istnieje pierwotny plan : plan przybycia grupy Chrystusa, szerzenie światła czyli informacji i pokazania ludzkości, do czego jest zdolne ciało ludzkie."
czyli jest to możliwe, że apostołowie np. też byli Chrystusem

Rozmowa 10


Marta: Zainspirowałeś mnie tymi fragmentami wypowiedzi plejadian, a zwłaszcza tym drugim fragmentem, gdzie mowa jest o tym, że Ziemia dokona jakichś wielkich zmian, żeby zwrócić na siebie uwagę ludzi. W moich zapiskach z dawnych lat mam coś, co koresponduje z tym przypuszczeniem. Jest to przesłanie, przetłumaczone przeze mnie z rosyjskiego. W roku 1997 poznałam ukraińskich uzdrowicieli duchowych i jasnowidzów, których przywódczyni otrzymała w roku 1991 pewien przekaz, spisany i opublikowany potem, a który to przekaz był - obok Ewangelii i Agni Jogi - ich podręcznikiem i przewodnikiem. Uważam, że ów przekaz jest teraz jak najbardziej na czasie, a zwłaszcza jego środkowa część. Pomyślałam, że Ci go prześlę, może uznasz, że warto go upowszechnić - choćby właśnie tę część środkową. Moim zdaniem jest wręcz przejmująca. Tych jasnowidzów poznałam przez Gennadija Szypowa, fizyka, o którym pisałam, a którego wspomina teraz inż. Kraśnicki. Szypow współpracował z tymi jasnowidzami przy swoich eksperymentach z oddziaływaniem świadomością na proces wytopu metali.

Marta: Chrystusem można się stać, jak stał się Jezus. Wszyscy jesteśmy potencjalnymi Chrystusami - kwestia, czy tego Chrystusa w sobie zrealizujemy, a więc czy uda nam się powrócić do naszej prawdziwej tożsamości. A ta tożsamość to właśnie chrystusowa świadomość. Jest taka książka, nie tłumaczona na j. polski, „Ewangelia Epoki Wodnika o Jezusie, Chrystusie Epoki Ryb." Poszukałam teraz w Internecie, co o niej się pisze w Polsce, i wychodzi na to, że jest wyklęta przez Kościół. Osobiście nigdy nie przywiązuję się do "faktów", opisywanych przez innych w książkach czy artykułach, a których to faktów nie da się sprawdzić. Stąd moje zaniechanie lektur książek o Marii Magdalenie na przykład. W każdej lekturze jednakże da się coś ciekawego znaleźć, coś, co przynajmniej daje do myślenia. W "Ewangelii Wodnika" jest piękny fragment właśnie o Chrystusie. Przetłumaczyłam go swego czasu i teraz Ci załączam. (Dodam, ze chociaż w tytule książki jest mowa o Jezusie jako Chrystusie Epoki Ryb, to wyjaśnione jest, iż Jezus jest także Chrystusem Epoki Wodnika ze względu na wyjątkowość jego zasług i dla kontynuacji dzieła).



Rozmowa 11



Marta: Wszystko to OK. Tylko, że program jest programem i spróbuj z niego wyjść samodzielnie. Cała ta mądrość, wiedza o tym, kim jestem, co mogę, i tak dalej, jest jak bogata wystawa sklepowa. Na niej wszelkie cuda, bogactwa, klejnoty, i wszystko to moje. "Ty zawsze jesteś ze mną - mówi Ojciec - i wszystko, co mam, jest twoje" (To z Ewangelii). Oto JA JESTEM DOSKONAŁA,  bo jak mówi przekaz Maryli: "Ja to ty, ale ty jesteś we mnie". Czyli ja to wizerunek Boga i w dodatku w Bogu istniejący, a więc nie tylko doskonały, ale i całkowicie bezpieczny. Nie ma nic prócz Boga. Nic. Jest tylko On odzwierciedlony. "Szereg luster ustawiłem na ziemi, w których odbijam mnie samego w sobie" - jak mówi inny otrzymany przez MaryIę przekaz. Tylko tyle się dzieje na ziemi. Odbijanie się w lustrach Boga, a tymi lustrami jesteśmy my. Tak naprawdę to jest tylko jeden człowiek wielokrotnie odzwierciedlony. Dlatego Jezus mógł uzdrowić dziesięciu trędowatych, a równie dobrze mógł uzdrowić stu, czy tysiąc. Zawsze był to jeden człowiek i jedna "choroba" czy ją zwałabyś trądem, czy ślepotą czy uschniętą ręką. Zawsze to był jeden błąd w myśleniu. I Jezus ten błąd korygował, bo w każdym widział tego jednego doskonałego człowieka - odzwierciedlenie Boga, czyli Boga przejawionego. Wiedział bowiem, że istnieje tylko Bóg w dwóch postaciach - nie przejawionej i przejawionej. Ta przejawiona nazywa się człowiekiem. Czy może Bóg chorować? Nie może, ani nie przejawiony ani przejawiony. To cały czas ten sam Bóg. No i teraz ja to wiem, Maryla to wie i co nam z tej wiedzy? Leży sobie ta wiedza na tej wystawie za przeźroczystą szybą, a szyba z pancernego szkła naszego nawykowego myślenia, a nam brak narzędzi do rozwalenia tej szyby.


Marek: Dzięki, za przesyłki od Maryli, ale pamiętam też, że "nie będzie zbawienia bez innych." (lustrzanych odbić Hierarchii).


Rozmowa 12


 Marek:

Dzięki, za przesyłki od Maryli, ale pamiętam też, że "nie będzie zbawienia bez innych." (lustrzanych odbić Hierarchii).
Marta:
Rzecz w tym właśnie, że nie ma żadnych innych. Gdyby Jezus myślał w tych kategoriach, że jest jakiś "inny", nie mógłby uzdrawiać. Wchodziłby na poziom osobowości, czyli separacji od Boga, a tym samym ludzi od siebie nawzajem. Wchodziłby na poziom fałszywego tworu śmiertelnego umysłu, a on nie bawił się w takie rzeczy. Ignorował iluzje i tzw. prawa materii, a co za tym idzie pojęcie "innego". Jest jeden wielokrotnie odzwierciedlony człowiek i tyle ."Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego" - bo ów bliźni to ty sam. Jezus widział w drugim samego siebie, nie jakiegoś innego. Jest jeden człowiek odzwierciedlający Stwórcę, który nadał mu wprawdzie indywidualność, ale nie osobową, lecz duchową. Był taki jezuita, który poszedł drogą prawdziwej duchowości, nazywał się Tomasz Merton. I on powiedział coś takiego:
"Kochać wcale nie znaczy czynić dobro, wspomagać czy też chronić kogoś, bowiem w ten sposób traktujemy bliźniego jak zwykły przedmiot, zaś siebie samych postrzegamy jako istoty mądre i szlachetne. A to nie ma nic wspólnego z miłością. Kochać - znaczy połączyć się z drugim człowiekiem i dostrzec w nim iskrę Boga".

Przypomina mi się jeszcze jedna mądrość, którą się z Tobą podzielę:

"Zapytali rabbiego Pinchasa:
-         Dlaczego powiedziane jest: „W dniu, kiedy Bóg stworzył człowieka na ziemi", a nie „w dniu, kiedy Bóg stworzył pierwszego człowieka (Adama)"?
Rabbi odpowiedział:
-         Powinieneś służyć Stwórcy tak, jakby w świecie był tylko jeden człowiek, to znaczy ty sam."

Odzwierciedlamy tylko Boga, nie Hierarchię. Nauczyciele prowadzą nas do pewnego momentu, a potem zostawiają nas, byśmy się usamodzielnili i usłyszeli, jak Bóg mówi do nas bez niczyjego pośrednictwa: "Ja to ty". Kiedy każdy z nas w sobie to zrozumie, wtedy "inni" też na tym skorzystają. Bo "gdy dojrzewa jedna rzecz, dojrzewa wszystko dookoła" (Alchemik). W książce Hezychazm. Utracona tradycja modlitewna przeczytałam: "Znajdź pokój wewnętrzny, a rzesze zostaną zbawione u twego boku" w. Serafin). Jeżeli wierzy się w fizyczne prawa sprzężenia wszystkich rzeczy, to można również uwierzyć w to, że istota pełna pokoju przekazuje swój spokój i pogodę ducha całemu światu." Tak więc, jeśli odnajdziemy w sobie swoją prawdziwą tożsamość, to wtedy po pierwsze mamy się rzeczywiście czym dzielić, a po drugie nawet mówić nie musimy, bo to, co odnajdziemy w sobie będzie działać na innych bez słów.


Rozmowa 13


 


Marek: Zgadzam się z Tobą, ale tak jak my przywiązujemy się do swojej kreacji, tak i On daje nam na to dowody. To tak jak gdybym rozsypał cząstkę z siebie jak ziarna piasku w oceanie, licząc, że kiedyś wrócą do mnie, spór jest o to czy jesteśmy częścią Jego, czy tylko odbiciem?


Marta: I jednym i drugim. Odbiciem, bo odzwierciedlamy Jego cechy, a częścią, bo, wyłonił nas z SIEBIE,  a więc jesteśmy Z JEGO SUBSTANCJI. Tak jak w przekazie Maryli: "Ja to ty, ale ty jesteś we mnie." W Nim, a więc siłą rzeczy jesteśmy Jego częścią. Bóg jest wszak Wszystkim we wszystkim, jest wszystkim CO JEST. Co do materii to jest ona tymczasową iluzją, której zadaniem jest pełnić rolę symbolu tego, co  niewidzialne, a jednak prawdziwie rzeczywiste - kieruje naszą uwagę poza ten symbol ku duchowej rzeczywistości. Tylko że my zamiast to robić, zatrzymujemy się na tym symbolu, na materii, jako na jedynej rzeczywistości. I stąd nasze błędy w myśleniu i działaniu. Poznałam w kwietniu amerykańską uzdrowicielkę, praktykującą Chrześcijańską Naukę. Przyjechała wygłosić wykład. Opowiedziała mi o swojej znajomej, która złamała rękę. Ta znajoma nie była wprowadzona specjalnie w tajniki Chrześcijańskiej Nauki, ale zwróciła się o pomoc do tej praktykującej, bo spuchła jej ręka i nie można jej było włożyć w gips. Marie, bo tak ma na imię ta praktykująca (tak się ich nazywa "practitioner" nie uzdrowiciel), powiedziała jej, że ręka jest w porządku, i że to umysł ją okłamuje. Na co pacjentka powiada: ale ja zrobiłam zdjęcie rentgenowskie i wyszło na nim złamanie. Na co Marie powiedziała jej tak: gdybyś stanęła na torach kolejowych i spojrzała przed siebie, zobaczyłabyś, jak tory zbliżają się ku sobie i na horyzoncie zdają się łączyć. Gdybyś z tego miejsca, gdzie stoisz, zrobiła zdjęcie, też by pokazało, że tory się zbliżają. Jednakże gdybyś spojrzała na tory z góry, widziałabyś, że tory cały czas biegną równolegle i nigdzie się  do siebie nie zbliżają. Co zatem należy zrobić: naprawić tory, żeby nie było katastrofy czy zmienić punkt widzenia? Kobieta powiedziała: nie wiem jak ja to zastosuję do mojego ciała, ale spróbuję. Po trzech dniach nie było śladu złamania. Na potwierdzenie poszła zrobić rentgen. Był inny lekarz. Powiedział, że nie ma śladu złamania i w ogóle ta ręka nigdy nie była złamana, bo nie ma zrostu. Otóż trzy dni temu była złamana - oświadczyła mu kobieta. Ot, masz materię.


Rozmowa 14



Marek: Więc duchowość jest światem rzeczywistym, a materia niezależnie od gęstości, czy to mniej czy bardziej subtelna, jest Mai'ą, więc Bogu zależy tak jak nam i kiedy nasze dziecko powleka się w kombinezon nurka i schodzi do głębi, chcemy by wróciło, ale i przyprowadziło inne odbicia nurków również. Choć są z Nim tożsame, to nie jeden duch skacze, ale wiele monad duchowych, jak mówi teozofia, choć początkowo są jednakie, ale już w materii niejednorodne i dlatego tak drogie dla Stwórcy...


Marta:
Tak, tak, właśnie. Kombinezon, pozorna izolacja, a tak naprawdę jedność, co nie przeszkadza różnorodności. Do tego niepotrzebna jest jednak materia, o czym świadczyć może istnienie choćby naszej ukochanej Hierarchii Światła - każdy Mistrz inny, niepowtarzalny, Władcy różnych Promieni: miłości, mądrości, wolności, uzdrawiania, woli itd. Nie potrzebują materii, żeby wyrazić swoją niepowtarzalność. Ta różnorodność istnieje już na poziomie duchowym, bo to jedyna istniejąca rzeczywistość. Materia jest rzeczą wtórną i wcale niekonieczną do różnienia się w tej duchowej jedności nas wszystkich. Taki kombinezon nie myśli, bo nie ma inteligencji, a zatem nie decyduje o tym, czy ma suwak zasunąć, czy odsunąć, a zatrzask zapiąć czy odpiąć. Czy co tam zainstalowane jest w kombinezonie. To duch rządzi swoją formą. Myśmy jednak uwierzyli, że człowiek to i duch, i materia na równi, a niektórzy nawet, że tylko materia. I że musimy uważać, co jemy, żeby nam wątroba nie nawaliła i tak dalej. A to wszystko przesądy śmiertelnego umysłu, który myśli, że jest od rządzenia i ustala sobie różne "prawa", które są niczym innym jednak jak tylko przesądami, o czym doskonale wiedział Jezus lekceważąc skutecznie wszelkie materialne "prawa." "Miałam ciężką próbę - mówi tancerka - i nogi mnie bolą." I to jest właśnie przesąd - pycha śmiertelnego umysłu, pycha materii. Kombinezon chce rządzić nurkiem i dyktować mu jakie ma mieć samopoczucie. Dzieci boże, mówią praktykujący Chrześcijańską Naukę, są "painless" i "effortless" - nie znają ani bólu, ani wysiłku. Jesteśmy pogrążeni w hipnotycznym śnie o tym, że jesteśmy materialni i że materia czuje. Nic nie czuje, o czym świadczy widok nieboszczyka. Czucie jest w duchu, bo życie i inteligencja są w duchu w ciągu całego życia człowieka. No, ale skoro jesteśmy pogrążeni we śnie, to masz rację, że ci, którzy się obudzą mają za zadanie budzić innych. Ale tylko tych, którzy tego chcą. Nauczyciel Agni Jogi mówi: "Nie można zmuszać ducha do rośnięcia. Nawet dobrą radą nie należy. Można jedynie odpowiadać na pukanie wrażliwego serca." Korespondowałam swego czasu z autorką biuletynów z World Puja Network, od której była Obietnica Boga i List od Ducha, a także tekst o umyśle-zabójcy. Napisała mi, że trójwymiarowość znika. Otwieramy się na czwarty wymiar. Myślę, że nie oznacza to nagłego rozproszenia materii, ale raczej zrozumienie, czym ona naprawdę jest - a może raczej czym nie jest. Wtedy potraktujemy wreszcie tę materię jak ów wspomniany przez Ciebie kombinezon. I nareszcie będziemy mogli się tą iluzją bawić.

Rozmowa 15



Marek: Jeszcze coś mi przyszło do głowy, co wspólnie łączy całość materiałów, duchowych i wzniosłych i tych z Najwyższej półki, z tymi o Ufo, jak Kosmiczna układanka prof. Pająka i pana Domały z Legionowa, to fakt Mai, czyli blokady przez cywilizacje nie zainteresowane naszym rozwojem świadomości, choć wiadomo, że chyba nie zrezygnowały z osadnictwa na naszej planecie mimo różnic wibracyjnych materii i organicznych trudności adaptacyjnych. Wiemy, że to dla nich trudne choćby z Biblii. Wskazuje na to historia Adama, gigantyzm, problemy z rozkładem materii ich ciał po tzw. śmierci. Pojawia się więc nadzieja, że wyższe cywilizacje, sprzyjające nam, powiedziały w ślad za Jedynym Stwórcą: "dość tego, nie będziemy tolerować trzymania waszej ziemi jak w inkubatorze, rozproszymy Maję". Jeśli to się stanie za naszego życia, to warto tego doczekać. Mnie podano taki obraz: oto amfiteatr, kończy się spektakl, zapalają się światła na widowni i na scenie, gdzie są aktorzy. Jednak tylko przygotowani aktorzy nie zostaną oślepieni, a więc zobaczą widownię...
Marta: Mam taką nadzieję, że doczekamy "rozproszenia Mai". Wiele by na to wskazywało, gdy uważnie przyglądać się zdarzeniom i temu, co nam się przydarza prywatnie. Mam sporo obserwacji w tym względzie. Trochę potrzebują czasu i skupienia, żeby wybrać coś z tego i się z Tobą podzielić.


Rozmowa 16 





Marta: Swoją drogą to mam taką gorzką refleksję. Siedzi sobie ta widownia w owym amfiteatrze, o którym wspomniałeś i gapi się na nas wygłupiających się na scenie. Tak to bowiem dla nich wygląda. Jesteśmy tacy jak oni, wszechmocni, kilku spośród nas to wzniesione, wysokie duchy, a na tej scenie odgrywamy role słabych, chorowitych, bezradnych, zatroskanych, przeżywających tragedie i święcie wierzymy, że tacy słabi jesteśmy naprawdę.

        To coś w rodzaju hipnozy. No i teraz powiedz mi, czy jesteśmy w stanie sami się odhipnotyzować? Czy facet, któremu hipnotyzer wmówił, ze jest kogutem, przez co gania po scenie, trzepie rękami jak skrzydłami i pieje - jest w stanie sam się od kogucić? No nie. Musi to zrobić ów hipnotyzer czy ktoś, kto się na tym zna. Tak i ja bym się spodziewała, żeby ta widownia w amfiteatrze zamiast się gapić i nas pouczać, zrobiła coś konkretnego w ramach swojej wszechmocy i pomogła nam się obudzić. Zaczynają mnie wkurzać już te wszystkie dobre rady różnych plejadian czy innych mądrali. „Przestańcie odgrywać tanie melodramaty" - powiadają. Zamiast gadać, niech coś zrobią. Nie chce mi się już czytać tych wszystkich przekazów, przesłań i tym podobnych, bo zaczyna mi się nóż w kieszeni otwierać. Nie mówię o ludziach nie mających pojęcia, kim są i o co w całym tym interesie chodzi. Mówię o takich, którzy wiedzą. To jeszcze gorsze od niewiedzy. Wiedzieć, kim się jest naprawdę i nie móc z tej wiedzy skorzystać i jej zademonstrować to naprawdę trudne do zniesienia. Nie uważasz?


Marek:
Nie wiem jak to będzie z zachowaniem wolnej woli, dlatego uważam, że zgodnie z fizyką prawdopodobieństwa większości, musi dojść do punktu przesilenia. To dlatego tak uparcie piszę, głoszę i wołam, mimo, że czasami ośmieszany i atakowany, ale to plejadianie sami mówią, że nie mogą interweniować bezpośrednio tylko tak jak Jezus czy my teraz. Nie wiem czy wiesz, ale w 1999 r. na jednym ze spotkań napisała mi Maryla, jak to Ona, tekst, z którego wynikało, że jestem z tej konstelacji z planety "X". Nawet nie wiem, co to oznacza. Czasami mam wizje, ale jak gdyby obrazów z pędzącego pociągu tamtego świata, dziwne, że nie odwrotnie....

Rozmowa 17

Marta: Myślę, że to nie jest kwestia wolnej woli, której nie można naruszyć. Dla mnie to tylko wymówka, taka asekuracja. Jaką możesz mieć wolną wolę, jeśli jesteś zahipnotyzowany? Co tu niby wolnego? A czy ten, co myśli, że jest kogutem, ma jakąś wolę? Jaką? Kogucią? I z taką wolą tak bardzo się liczą nasi Przewodnicy? Jesteśmy błędnie zaprogramowani i tyle. Mamy w swoim programie wirusa pod nazwą "separacja". I obowiązkiem wszechmocnych i wszechwiedzących jest pomóc nam tego wirusa usunąć. Bo ja mogę wyłazić ze skóry, a nic nie poradzę, jako że to ja tkwię w negatywnym programie. Ktoś, kto patrzy z zewnątrz widzi, gdzie sobie nie radzę, wie, w czym tkwi mój błąd - ja tego nie widzę. A nawet, jeśli jestem tego świadoma, to będąc uwikłana w sieć spraw z poziomu ego - mojego i innych - nie rozerwę tych nici od środka. Potrzebna jest interwencja.
Marek: Jak przeczytasz prof. Pająka zrozumiesz, że program daje nam zawsze wyjście: uwierzyć czy nie. Nie ma takiej opcji, która skreślałaby inne całkowicie, a wyjątek tylko potwierdza regułę. Każdy po tym naszym życiu robi sobie przegląd, no i może od czasu do czasu rzuca spojrzenie z amfiteatru i wyżej - im niżej przykuty, tym rzadziej, a nawet próbuje wejść z powrotem (pokazywanie się duchów). Nie zapominaj, że to tylko szkolna zabawa, by czegoś się nauczyć… 
Podziel się:

Rozmowa 18 
 

Marta: W ogóle to jestem Ci ogromnie wdzięczna za tę naszą wymianę myśli. Samej mi się coś porządkuje, klaruje, kiedy tak siedzę i piszę do Ciebie. A Ty mnie rozumiesz i wiesz o co chodzi, co jest absolutnie bezcenne... Dzięki! 

Marek:
Zobaczyliśmy Jego nawzajem w sobie...

Marta:
Chyba tak.

Marek:
Miałem tak realistyczny sen jak wizję, tylko tamte były zazwyczaj na zamówienie: jak z poprzednią żoną do rozpuku śmialiśmy się na statku gwiezdnym, kolejno i na chwilę wychodząc, jak gdyby z sali teatru czy z basenu. Ale jednocześnie już na bieżąco sprawdzając, co się tam aktualnie dzieje...

Rozmowa 19 


 


Marta: Może tak i było na subtelnym planie. Żyjemy przecież w kilku wymiarach. A już na pewno śmieją się z nas ci na widowni. I wcale im się nie dziwię. Zabawny widok musimy przedstawiać. Jesteśmy jednymi z nich, możemy absolutnie wszystko, wielu z nas - jak powiadają przekazy - było już wzniesionych, bo takich potrzebuje ten czas transformacji teraz, a zachowujemy się, jak płaczliwe, przestraszone dzieci. Niezły ubaw, co? Szkoda, że my nie możemy się śmiać. Tkwimy w tej kłamliwej iluzji po uszy i robimy poważne miny. To ta powaga jest taka śmieszna. Przeczytałam kiedyś w książce Radykalne wybaczanie, że nie nauczono nas szukać ukrytych znaczeń w zdarzeniach tego naszego tutaj życia. Że być może jakiś "dramat" niesie w sobie dar. "Nie tak nas uczono myśleć. Nie mówi się nam, byśmy przyglądali się znaczeniom i komentowali: 'Popatrzcie tylko, co stworzyłem w swoim życiu! Czy to nie ciekawe?' Uczy się nas natomiast osądzać, potępiać, oskarżać, grać rolę ofiary i mścić się."

Marek: Ja tam mogę się śmiać i nieraz puszczam oko do góry, ale często zapominam się i angażuję w złość na rzekomą ludzką głupotę i rzekome o mnie niesprawiedliwe oceny i wypowiedzi, a gdy ochłonę, to znów się śmieję, ale ukradkiem, by nikogo nie urazić głównie tych najbliższych...

Rozmowa 20
 
 
Marta: Po wczorajszym spotkaniu z Marylą pomyślałam, że strasznie wszyscy zostaliśmy oszukani. Oszukali nas ci, którzy mieli być naszymi przewodnikami, nauczycielami – kościół, szkoła i nauki duchowe. Tak, tak. Kościół, bo skupił się nie na pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju, gdzie jest mowa o tym, że Bóg stworzył człowieka na obraz i podobieństwo swoje, a na drugim, gdzie mowa jest, że ulepił człowieka z gliny i tchnął w niego życie. Albo pierwsza księga jest prawdziwa, albo druga. Nie mógł Bóg dwa razy stworzyć człowieka i za każdym razem innego. Albo stworzył na swój obraz, a więc duchowego i doskonałego, albo ulepił z gliny coś, co się za chwilę rozpadnie. Nie mógł zrobić i tego, i tego, no nie? Potem jakoś tak się nasi księżulkowie prześlizgiwali nad słowami Jezusa: „bogami jesteście” albo nad tymi: „Kto we mnie wierzy, będzie również dokonywał dzieł, które ja czynię; owszem, dokona nawet większych rzeczy.”
         Dziś obie z Marylą byłybyśmy silne i zdrowe, bo mogłybyśmy wprost wziąć słowa jej przekazu: „Ja to ty, ale ty jesteś we mnie.” Skoro „Ja to ty” to nie ma nikogo trzeciego, nikogo z gliny, śmiertelnika, który musi cierpieć aż w proch się obróci i tylko jakaś duszyczka z niego uleci do lepszego świata. Żeby to lepszego! Do czyśćca, albo i do piekła!
         Nauki przyrodnicze w ogóle wykluczyły Boga, przez co od początku wychowywani byliśmy w światopoglądowym rozkroku – czego innego nas uczono na lekcji religii, a czego innego na biologii i fizyce.
         Wreszcie tak zwane nauki duchowe, które tak naprawdę na dobre nas zatrzymały na poziomie materii opowiadając nam, że mamy karmę do odpracowania, więc musimy się wcielać i wcielać, żeby się oczyszczać i oczyszczać. Sięgnięcie zatem po doskonałość jest raczej marzeniem ściętej głowy.
         I wszyscy nasi nauczyciele stwierdzili, że człowiek musi cierpieć. Musi. Tylko tak dojdzie do Boga.
         Jedno wielkie kłamstwo.
         „Szereg luster stwarzam na ziemi, które odbijają mnie samego we mnie” – mówi nasz Stwórca. „Ciebie nie ma” – usłyszała Maryla w przekazie. Ciebie, czyli cierpiącego śmiertelnika, prochu marnego, jakiegoś odrębnego od Stwórcy osobnika. Jest tylko On odzwierciedlony w całej gamie i bogactwie Jego nieskończenie bogatej natury.
         Ale nam odebrano tę królewską prawdę. Zaufaliśmy naszym nauczycielom, wierzyliśmy, że są autorytetami, więc poprowadzą nas prawidłowo. Zostaliśmy wpuszczeni w maliny. Czy zatem naszą jest winą, że nie wiemy, kim jesteśmy, że nawet – jak Maryla i ja – kiedy się bardzo staramy, to nam nie wychodzi, bo nie jesteśmy w stanie zmienić naszego zaprogramowania?
         Kiedyś weszłam na duchową ścieżkę dlatego, że przeczytałam w jednej mądrej książce: „Man cannot be left to his own devices”. A więc nie musisz się bać, człowieku, że w swoich zmaganiach będziesz pozostawiony samemu sobie, swoim własnym biednym środkom. A dzisiaj już nie mam siły i nie mogę się doczekać tego wsparcia. Maryla też…
         Rozumiem, że ktoś ponosi karę za coś, czemu jest winien. Ale my niczemu nie jesteśmy winni. Zostaliśmy oszukani. Skoro zatem zatajono przed nami prawdę, skoro nas nie nauczono metod i sposobów odnajdywania tej prawdy i demonstrowania jej, to jak niby mamy sami sobie poradzić? I niech mi nikt nie mówi, że jesteśmy wspierani. Pomoc prawdziwa polega na dostosowaniu jej do naszych możliwości, do naszej percepcji. To nie my mamy się dopasowywać, bo my jesteśmy jak pijane dzieci we me mgle, a do nas się powinno dostosowywać środki i sposoby, by nam autentycznie pomóc.
             Załączam Ci przekazy, o których wspominałam wczoraj. W jednym z nich jest fragment, który kiedyś już Ci przesłałam. Obie z Marylą trzymamy się kurczowo tych przekazów, bo już tylko to nam zostało.

Marek: Zakreśliliśmy prawie ostatnią spiralę zrozumienia, nasze relacje z Nim są takim samym odbiciem jak z naszymi dziećmi. Możemy je kochać jako swoje i Jego odbicie, ale nic nas i żadna religia nie może zmusić do kochania tego, co wyprawiają. Czy pamiętacie, gdy kolejno podchodziliście do mnie pytając: Marek, czy już pokochałeś Hitlera? Tak więc czy mam odwołać,  by to zrozumieć? Nie! Bo już wtedy zrozumiałem, że mam pokochać w nim tylko Jego!

Marta: Wygląda na to, że Hitlera nie ma i nigdy nie było. Śmiertelna historia jest śnioną inscenizacją – śnioną, bo inaczej nie byłaby inscenizacją. Świadomie nigdy byśmy na coś takiego nie poszli, bo – jak to ktoś powiedział – albo byśmy zwiali z powrotem w niebiańską szczęśliwość naszej duchowej ojczyzny, albo nie bylibyśmy w stanie współczuć „cierpiącym”.
         Jak napisał Tipping w książce Radykalne wybaczanie, naszym zadaniem jest przekształcić negatywne energie żalu, złości, nienawiści, strachu itp. w energie pozytywne. A to proces alchemiczny, który musi zajść w laboratorium naszego własnego wnętrza. Sami musimy sięgnąć dna np. „strachu”, żeby się od tego dna odbić i pojąć, że to nieprawdziwa, iluzoryczna emocja. Co jednak trzeba przejść, żeby tego dokonać, to już tylko my wiemy idąc drogą tej energetyczno–informacyjnej alchemii. Trzeba sięgnąć dna bólu, żeby za wszelką cenę zechcieć się od tego bólu uwolnić. Ażeby tego dokonać, trzeba kurczowo uchwycić się prawdy: „Ja to ty, ale ty jesteś we mnie”. I nie ma innej relacji. Do tego jednak krok po kroku trzeba sobie uświadamiać, jakiej uzurpacji dokonał egotyczny, widmowy umysł, tworząc całą  własną  cywilizację,  prawodawstwo,  zwyczaje  i   obyczaje.
           Alchemia polega na tym, żeby jeden po drugim eliminować przesądy, takie jak np. wszelkie przyczyny chorób, wypadki, katastrofy itd. To iluzoryczny świat „wymyślony” w obrębie panowania jedynego świata, jakim jest świat Ducha, który jest wszechobecny, wszechobejmujący i przenikający wszystko. „Nie ma nic prócz Boga” – jest powiedziane. Tylko On i Jego odzwierciedlenie. To gdzie w tym wszystkim miejsce na świńską grypę i Hitlera? Ale wyjście z tej iluzji przypomina przebudowę dworca, której trzeba dokonać bez wstrzymywania ruchu pociągów. Musisz się budzić, choć wszystko ci w tym przeszkadza. Dlatego mówię, że potrzebujemy pomocy. Pocieszam się tym, co przeczytałam w Liście od Ducha: „Nie zapominajcie, że jesteśmy partnerami w waszym budzeniu się. Kiedy się budzicie, budzicie więcej ze Mnie w was”. 





Rozmowa 21 
 


Marta: Tak, ja tylko obawiam się, że zbyt wiele się od nas wymaga. Od dwóch lat ciężko pracuję nad sobą, żeby wyzbyć się ego, czyli poczucia bycia osobą, bo o to w tym wszystkim chodzi. O tym pisze Tolle i o tym mówią przesłania. Materialne życie jest ułudą, a więc bohaterowie tego "życia", ludzkie osoby też są ułudą. Weź teraz ludziom powiedz, że ich tożsamość, bo tak przecież siebie traktują, czyli bycie panem Kowalskim czy Malinowskim jest iluzoryczne, nieprawdziwe. Toż biedak zwariuje! Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy liczy się konkurencja, kto lepszy, kto szybszy, a więc nieustanne porównywanie się z innymi - co ma, co osiągnął, jak do tego doszedł, a jakich sposobów ja mam się chwycić, żeby się wybić, pokazać itd.
            Cała cywilizacja obrócona jest na kultywowanie małego ego - podlewanie go, hodowanie, umacnianie. Powstało coś takiego jak psychologia biznesu, mój Boże! I tak hoduje się osoby, zamiast je usuwać w cień, a wydobywać prawdziwą tożsamość, duchową, jedynie prawdziwą. O to apeluje Surija w swoim przekazie. Tylko kogo to obchodzi? Kogo obchodzi coś takiego jak duchowa tożsamość? Do kogo w ogóle adresowany jest ten przekaz? Nawet ci, którzy siedzą w naukach duchowych nie potrafią pojąć, o co chodzi w wyzbywaniu się ego. Jesteśmy poprzez to ego powiązani tak cieniutkimi niteczkami, że są wręcz już dla nas niewidoczne. Tylko tak funkcjonujemy w powiązaniach z innymi. I teraz się od nas wymaga, żebyśmy te wszystkie nitki poodcinali. Jak niby mamy to zrobić? Zacytuję coś bardzo radykalnego z książki nomen omen Radykalne wybaczanie: "...jeśli naprawdę porzucimy potrzebę zrozumienia przyczyn wszystkich zdarzeń, kontrolowania świata i szczerze poddamy się biegowi rzeczy - wiedząc, że miłość Boga jest wszechobecna - wyjdziemy poza prawo przyczyny i skutku. Zrozumiemy wówczas, że karma istnieje tylko w naszym umyśle w Świecie Ludzkim. W Świecie Boskiej Prawdy nie ma ani karmy, ani przyczyny i skutku. Istnieje tylko pierwsza przyczyna, którą jest Bóg."
            Pokaż mi takiego, kto to zrozumie i przestanie kontrolować świat, no powiedzmy, swój świat, swoje życie - każdy się napina, główkuje, martwi, jak to będzie, co ma zrobić - cały czas na poziomie osobowym. I teraz słyszymy, że mamy odciąć się od tego - koniec.
            Nie ma żadnej karmy, żadnych inkarnacji - to wymysł ludzkiego umysłu, a on jest iluzoryczny, widmowy. Jest tylko wszechobecny Bóg, który nie pozostawia miejsca na głupstwa ludzkiego wymyślania czegokolwiek. Załączę Ci artykuł autorstwa kogoś, z kim współpracowałam. Tytuł Nie jesteś osobą. Sam zobacz, czy biedne ludziska, do których mówi Surija, są w stanie zastosować się do tego, o czym mówi ten artykuł, a co jest dokładnie tym, czego od nas wymaga Surija. (Surija w sanskrycie znaczy Słońce - a więc jest On Władcą naszej życiodajnej gwiazdy).

Marek: My, właśnie my mamy uwalniać ludzi z Mai, nie tylko obrazoburczo "na obraz i podobieństwo" rozumianego dosłownie i osobowo, a dlaczego nie do mrówki? Pamiętasz nasze spotkanie pierwsze i pierwszy list powitalny i pożegnalny, nie wiem jak Tobie, ale mnie utkwił w pamięci ten fragment, że będziemy język wiedzy tajemnej tłumaczyć na prosty!
            Ale wracając do lustra, gdy Bóg przed nim stanął, to zobaczył samotność, czyli nic i wszystko, co potem stworzył, stworzył myślą, więc i zastosował tę metodę do nas wszystkich. A jednak co innego lustro i jego odbicie, a co innego wejście do niego i do wirtualnej rzeczywistości, jak dziecko z jego hełmem na głowie trzymanym od urodzenia...
            To był ten grzech pierworodny! Ciekawości dziecka bycia na chwilę samym, bez ojca, aż w końcu to zaglądanie skończyło się wypadnięciem...
            To po tamtej stronie zaczął się proces reinkarnacji, podobny do sztucznego oddychania po utracie przytomności, aż do skutku, jak repetowanie w szkole. Zapewne reinkarnacji nie ma w świecie duchowym, przed tym ostatecznym lustrem, ale polemizowałbym jedynie z tym pojęciem Maryli: On i my, gdzie nie ma miejsca na te duchowe odbicia w świecie duchowym i hierarchii. Nawet śmiercią na krzyżu za innych możesz wyzwolić się ze świata materialnego, ale nie duchowego i wielu innych, nie będących Mają i znaleźć się od razu w ramionach Boga, bo i tak jesteś w Nim zawsze, od początku do końca, kiedy masz tego świadomość. I nie rozpuścisz się w nim jak w Nirwanie jak interpretują buddyści, bez świadomości własnego bytu.

Rozmowa 22 

Marta: Albo nasza materia jest gęsta (w tym drugim przekazie dla Lorraine i Tatiany jest mowa o gęstości naszej materii, przez którą ponoć tak trudno się do nas przedostać) albo holograficzna. Nie może być i taka i taka. Jeśli holograficzna, to znaczy, że praktycznie jej nie ma. Hologram to przecież tylko zdjęcie – może być ruchome i tyle. Nasz świat to trójwymiarowy film. Nasz umysł wmawia nam, że to coś ma masę. Nie mam już ochoty czytać tych wszystkich przekazów. Po pierwsze to trochę za późno dowiedzieć się, że 17 października 2006 roku moje myśli zostały zwielokrotnione milionkrotnie. Mamy wrzesień 2009. A moje myśli na pewno były wtedy pełne troski i zmartwień. No i zostały zwielokrotnione milionkrotnie. Bardzo dziękuję!

Marek: Kochanie, jak my w hologramie potrafimy zwiększać i zmniejszać zagęszczenie, to i ci z góry to potrafią, to kwestia czwartego wymiaru czasu, który teraz gęstnieje i cofa się jego prędkość rozchodzenia, jak wdech i wydech balonu Brahmy. Mnie się te przekazy podobają, bo pewne rzeczy wyjaśniają, a zwłaszcza to, co sam podejrzewałem…

Rozmowa 23 
 

Marta: Co zwiększać i zmniejszać? Jakie zagęszczenie? Właśnie robię tłumaczenie z angielskiego i czytam:
"Rzeczywistość nic nie wie o osobowej naturze, nie reaguje na nią i nie rejestruje jej. Procesja fałszywych mentalnych obrazów – narodziny, dorastanie, dojrzałość, przekwitanie, śmierć – te fałszywe mentalne obrazy nie robią wrażenia na zasadniczej świadomości. ‘Boskie rozumienie króluje, jest wszystkim, i nie ma innej świadomości’ (Nauka i zdrowie). Ta procesja fałszywych mentalnych obrazów, nazywających siebie snami na jawie, snami we śnie, musi być postrzegana jako nie posiadająca tożsamości – ani osoby, ani miejsca, ani rzeczy. Jest to po prostu sposób, w jaki negatywny, śmiertelny tak zwany umysł, przejawia siebie czy też sugeruje siebie. Niby mówi, podczas gdy w ogóle go nie ma."
Mamy na nosie okulary jak w kinie trójwymiarowym. Nie byłam w takim kinie, ale widziałam w jakimś filmie telewizyjnym widownię w tym kinie. Siedzą w takich okularach i nagle wszyscy jak na komendę zaczynają machać rękami przed nosem odganiając jakąś urojoną muchę. Mucha jest na ekranie filmowym, okulary ją uwiarygodniają, no to ludziska oganiają się od niej. Oganiają się od czegoś, czego nie ma. I co tu zagęszczać czy rozrzedzać? Jak iluzja to iluzja. Nie ma co zagęszczać czy rozrzedzać. Mamy zdjąć okulary. To wszystko, co mamy do zrobienia. I w tym muszą nam pomóc ci, którzy nas oglądają. Nie pouczać nas, karcić, straszyć, że nie wolno tracić ani minuty. Ano nie wolno. Niech zatem nie tracą. Oni nie my. My śpimy i sami się nie obudzimy.
Marek: Masz rację, że nie jest bezosobowa, ale jako ocean chaosu ma też swoją głębię tworzoną przez nasz umysł, więc, żeby się z niego wydostać - tak jak wcześniej zanurzyć - musi być rozciągana przez nasze chcenie jak i mieszana falami z góry. Bez ruchu nie ma życia. Gdyby była tylko Mają, to by duch nie mógł i nie miał do czego wejść, nie mówiąc o naszych Nauczycielach... i niewidzialnych stworzeniach duchowo-materialnych, tworzących obrazy naszej rzeczywistości....



Komentarz:
No właśnie siedzimy w tym kinie w okularach trójwymiarowych. Oglądamy ten sam film ale każdy z nas interpretuje go po swojemu. Siedząc tak, nie znamy innej rzeczywistości prócz tego filmu, poniekąd dlatego też uważamy ten film za szalenie atrakcyjny i najpiękniejszy. Co więcej większość nie zdaje sobie sprawy, że w ogóle coś ogląda i jest w ,,kinie". Dla nas samych jesteśmy aktorami nie widzami. Niestety film dobiega końca... Więc w jaki sposób można nam uswiadomić, że jesteśmy tylko widzem, przkonać nas do wyjścia z sali kinowej? przekonać nas, że istnieje inna rzczywistość, prawdziwa.
Wywyższeni Nauczyciele są suflerami, ukrytymi w swoich budkach i podpowiadają aktorom co zrobić i powiedzieć. Tylko dzięki temu możemy wyłapać między słowami istotną naukę. Nie mogą stać się aktorami, wkroczyć do filmu, są ekipa techniczną, której na scenie nie widać, a bez niej przedstawienie nie mogłoby się odbyć. Niestety będąc aktorami, uważamy się za najważniejszych i często nie doceniamy ich pracy.
Od nas teraz tylko zależy czy posłuchamy podpowiedzi suflera, czy będziemy improwizować zagubieni we własnej roli i jaki to będzie miało wpływ na zmianę scenariusza, który sami kształtujemy.
autor agata

Rozmowa 24 


Marek: To co w komputerze ma taką samą strukturę cząsteczkową co nasza materia, podobne pole torsyjne wirów energii, podatne na nasze myśli, czy w lewo by je zagęścić, czy w prawo by rozrzedzić, inaczej nie byłoby materii u nas, a w komputerze obrazu... Na pewno mamy udział w odchyleniu tego obrazu od boskiej struktury kręcąc w lewo, może dlatego moja Babcia zawsze mi mówiła bym kogel-mogel kręcił czy bił pianę tylko w prawo...
           Zwielokrotnienie tego milion razy niestety dotyczy odpowiedzialności wynikającej z prawa przyczyny i skutku. Przekonujemy się sami na sobie, doświadczając agresji, złości na zewnątrz i na pewno w czasie snu, jak się bronić i przed czym, gdy to nasza karma przychodzi. Jak nowej nie tworzyć, a tę wypalić? Tu czasami tracę równowagę, gdy zapominam o różnicy pomiędzy złością a świętym oburzeniem.
           My schodzimy tutaj z własną karmą, ale Jezus podobno przyszedł bez, tak jak sterylna łopatka do bagna, by się nią ubrudzić zewnętrznie, ale zachować czystość wewnętrzną. Dlaczego więc został ukrzyżowany, kiedy karmy nie posiadał i gdzie jej sprawiedliwość? Zawsze mnie to nurtowało, potem uczepiłem się myśli, że to może był hologram ukrzyżowania dla nas i naszego przywiązania do rzeczywistości, ale On nie był, więc dalej nie rozumiem, czyżby tak jak tłumaczy Kościół przyszedł wypalić sterylnością całe to bagno, bez naszego udziału, by je można było jeszcze więcej paskudzić, przecież tak niektórzy traktują spowiedź jak pozbywanie się przez nas śmieci....nie wiem.



Marta: "Nie posyłał Otiec Władyku na raspiatie" - tak jest w rosyjskich przekazach Mistrzów, zapisanych w książce, o której Ci kiedyś wspominałam. Nie posłał Bóg Wzniesionego Mistrza, jakim był Jezus, żeby go ukrzyżowano. Miał przekazać ludziom, kim są naprawdę - obrazem i podobieństwem Boga, Bogiem w działaniu. No i mówił: "bogami jesteście" i nauczał, że skoro Duch jest prawdą, materia nią nie jest - czyli że jest iluzją. W Ewangelii Jana są jego słowa: "Duch daje życie, ciało na nic się nie przyda." Ale nikt go nie mógł pojąć, tak jak i dzisiaj się to dzieje. W żaden sposób ludzie nie potrafią zrozumieć, co to znaczy, że materia nie ma rzeczywistego istnienia. Ludziska widzą ciało, widzą skaleczony palec, złamaną rękę, poparzenia, kalectwa i dla nich jest to prawdziwe, realne, żadna iluzja, żadne złudzenie, żadne wypaczenie umysłu-uzurpatora, który nic nie umie stworzyć, a jedynie sugeruje, żeś chory, że słaby, że ci krew leci z nosa.
           Jeśli Duch daje życie, to jak może ono zostać wypaczone? Wszelkie karmy wymyślił też ów śmiertelny umysł. A zatem, skoro ludzie nie byli w stanie zrozumieć, na czym polega iluzoryczność materii i prawdziwa natura człowieka, a więc jego niezmienna doskonałość, nieśmiertelność i moc należna odzwierciedleniu Boga, Jezus zdecydował, że musi "umrzeć", żeby naród doświadczalnie poznał i na własne oczy zobaczył, że człowiek to Duch, a nie ciało, i może z tą tak zwaną materią robić, co chce. Życie jest nieśmiertelne, a więc śmierci nie ma. Tak więc to był sposób, w jaki Jezus zdecydował zaprezentować prawdę o człowieku, bo inaczej się nie dało. Nie ma to zatem nic wspólnego z czymś takim jak karma.
           W książce Ewangelia Wodnika po swoim zmartwychwstaniu Jezus mówi: "Całe moje życie było jednym wielkim dramatem przeznaczonym dla synów ludzkich, przykładem dla synów ludzkich. Żyłem po to, żeby przejawić możliwości człowieka. To, co osiągnąłem ja, mogą osiągnąć wszyscy ludzie, i to, czym ja jestem, będą wszyscy ludzie." A zatem jego "śmierć", to był jego wybór, żeby zakutym łbom coś udowodnić. Szkoda, że nie na wiele się to zdało, bo po dwóch tysiącach lat ludzie rozumieją mniej niż za jego czasów.


Rozmowa 25

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Isis 
Artwork of Olga Klimova




Marek: Zapewne jak i ja jesteś zafascynowana tymi przekazami, szczególnie ten w zał. zbliżony do naszego wniosku po przekazie Maryli. Chciałbym, żeby wiedziała, że jest bardzo bliska tym przekazom Tatiany....

Marta: Rzeczywiście Maryli przekazy i ten od Sziwy są bardzo zbliżone. Tu czytamy: "Wszystko jest Bogiem. (...) I wy jesteście Bogiem." A Maryla usłyszała: "Ja to ty." Przypomina mi się, co powiedział Budda w poprzednim przekazie, że prawda jest zrozumiała dla niemowlęcia bardziej niż dla nas. My zbyt wiele skomplikowaliśmy naszymi "doświadczeniami", żeby prostota prawdy mogła do nas dotrzeć.
            Pamiętasz, co powiedział Nauczyciel Agni Jogi: "Prawdę można zapisać na dłoni niemowlęcia". Na dłoni, a dłoń to malusieńka. Mimo że malusieńka, to tyle się na niej na pewno zmieści - trzy króciutkie słowa: Ja to ty. Czyż nie? I myślę, że raczej tego się trzeba trzymać, bo wtedy łatwiej przyjdzie pojąć iluzoryczność fizycznej egzystencji. Prawda "Ja to ty" jest aktualna nieustannie, bez względu na to, czy grzeszymy, czy nie i jakimi obrazami się otaczamy.
            Raczej nie da się tych obrazów uniknąć, bo nie żyjemy na pustyni czy w głębi lasu. Na ulicy wyją syreny karetek pogotowia, telewizja atakuje negatywną informacją nawet w najbardziej wydawałoby się niewinnych programach. Rzecz chyba właśnie w tym, żeby utrzymywać w świadomości prawdę o naszej boskości wbrew otoczeniu i naszemu uwikłaniu w osobowe relacje. Pamiętać, że nasze życie jest jak oglądanie filmu w sali kinowej. Wyobraź sobie, że dach tego kina zostaje zdjęty, a do sali wlewa się słoneczne światło. Co się dzieje z filmem na ekranie? Znika, bo światło słońca rzecz jasna jest silniejsze od światła lampy projektora. 
            I o tym należałoby pewnie pamiętać, kiedy się ogląda okropności informacyjne w wiadomościach telewizyjnych, że już o filmach niekoniecznie nawet typu horror czy thriller nie wspomnę. Wszystko dookoła utrzymuje nas w stanie zafałszowania rzeczywistości. Bo rzeczywistość jest tylko boska, jak mówi Sziwa, nie może być inna, a zatem jest doskonała, skąpana w świetle słońca, a nie oświetlona słabą, kłamliwą lampką filmowego projektora naszego umysłu. "Ja to ty", a więc to "ty" nie może złamać ręki, zachorować, ani grzeszyć...

 Marta: Natchnąłeś mnie swego czasu metaforą o pięknym, rosłym, nieśmiertelnym drzewie. Wyobraź sobie, że kiedyś w czasach, kiedy fascynowałam się fraktalami, napisałam pod wpływem tej fascynacji wiersz o drzewie z powodu pewnego skojarzenia. O tym skojarzeniu jest wiersz. Ciekawe, że sama definicja fraktala wykorzystuje właśnie przykład drzewa, bo mówi, że fraktal jest podobnym do drzewa obiektem złożonym z podjednostek, które są podobne do struktury w jej większej skali. I to właśnie ta wewnętrzna, podobnie wyglądająca własność znana jest jako samopodobieństwo lub też powtórzenie po skali. Czy my nie jesteśmy takim powtórzeniem po skali? W drzewie to bardzo dobrze widać. Sam zobacz. Zresztą może to już znasz. Przypominam tylko dlatego, że ni mniej ni więcej tylko o tym właśnie rozmawiamy, choć w innych kategoriach. Tym razem w kategorii fraktalnej. Posyłam Ci ten wiersz, a w załączeniu jeszcze dodam animację fraktalnego drzewa. Tam dopiero w ruchu dokładnie widać to samopodobieństwo.

 Rozmowa 26



Marta: Świat ziemski nie jest pod żadną powierzchnią, a my to nie żadne robaki. Jesteśmy wspaniałymi istotami duchowymi i nigdy niczym innym nie byliśmy. Siedzimy na kolanach Ojca i śnimy sen. Jesteśmy otoczeni Jego ramionami i nic złego z nami się nie dzieje. Czy wyobrażasz sobie, że w przestrzeni wypełnionej jedynie i wyłącznie obecnością Boga, który jest Duchem, i który jest Miłością, mogłoby się znaleźć cokolwiek innego, niepodobnego do Boga, Ducha, Miłości - słowem dobra? Nie ma takiego miejsca. Jak w moim wierszu Otulenie: „Bóg jest we mnie, Bóg jest przy mnie, Bóg jest dookoła mnie, jego miłość mnie otula, gdy się bawię i gdy śpię. (...) Bóg to dobro nieskończone, wszechobecne i wszechmocne". Jeśli jest wszechobecny, to nie ma takiego miejsca, gdzie mogłoby się pojawić "zło". Czy w środowisku światła może się pojawić bodaj cień ciemności? Czy w środowisku wszechobecnego, doskonałego Ducha może się pojawić coś, co gnije, psuje się, rozpada?
            Na tym polega owa iluzja, o której się tak teraz trąbi, i z której mamy się obudzić. Mamy się obudzić i stwierdzić, że nigdy nie opuściliśmy rodzinnego domu i zawsze byliśmy bezpieczni pod opieką Ojca-Matki. A cała ta śmiertelna historia o narodzinach, dojrzewaniu, rodzinie, polityce, chorobach, katastrofach - była snem.
            W jednym z przesłań mówi się, że świadomie zgodziliśmy się na założenie zasłony zapomnienia, żeby wejść w ten sen, bo strasznie dużo dzieci bożych kiedyś weń się pogrążyło i teraz nie umieją z niego wyjść samodzielnie. Uwierzyli, że ten sen o życiu w materii to jedyna prawdziwa rzeczywistość. I dlatego Mistrz Lanto z ostatniego przekazu, który przesłałeś, tak apeluje do nas, żebyśmy odszukiwali pracowników Światła i jednoczyli siły w tym odnajdywaniu własnej tożsamości - boskiej tożsamości.
            A my patrzymy na siebie nawzajem i zamiast widzieć odzwierciedlenie Boga w każdym z nas, widzimy osoby - pana Kowalskiego, Maćka, Wojtka, Marysię, Kaczyńskiego, i zatrzymujemy się na ich wyglądzie, zachowaniu, historii rodzinnej, pracy, czasem chamstwie, czasem egoizmie. I brniemy, brniemy, brniemy...
            Nie, nigdy nie byliśmy żadnymi robakami, ale zapomniawszy kim jesteśmy tak się zachowujemy i tak siebie widzimy. Materia choć iluzoryczna mogłaby też posłużyć dzieciom bożym, bo skoro wszystko zanurzone jest w doskonałym Duchu, to ów Duch wszystko obejmuje, wszystko obdarza życiem, wszystko kocha. Dlatego ptaki w naszym śnie tak pięknie śpiewają, koty cieplutko mruczą, a bzy i róże tak cudownie pachną. Życie Ducha jako wszechobecne przenika także nasz sen i nasze "fizyczne" ciała. Wszystko podlega boskiemu geniuszowi. Ale sen nie sen, materia czy nie, dotknięcie Ducha czyni wszystko doskonałym. WSZYSTKO. To nasze zapomnienie o naszym pochodzeniu, o boskim dziedzictwie, o jedności z Twórcą sprawia, że wykrzywiamy obraz siebie i wypaczamy.
            Nieobecność Boga to luka, którą wypełnił strach. A on rodzi całą resztę tak, że faktycznie czasami przypominamy pełzające robactwo. Tymczasem jak w tej przypowieści o lwie wychowanym wśród owiec, pozostaliśmy lwem, choć beczymy jak owca i trzęsiemy się ze strachu jak owca. Musi się zdarzyć coś, co przyprowadzi nas na brzeg jeziora, a my pochylimy się nad jego taflą i zobaczymy - lwa. Nie owcę, nie robaka. Zawsze byliśmy lwem. I jesteśmy. Tylko że bardzo trudno nam sobie to uświadomić. Wiem coś o tym.
            Mistrz Lanto wzywa do szukania pracowników Światła, do przekazywania przesłań Mistrzów, do przekazywania wiedzy. Ja wiem jedno - ludzie mają dość słuchania. Ludzi interesują dowody, świadectwa. Ludzie mówią: przestań gadać, pokaż to. Kiedy Maryli przekazuję treść Twoich przesłań ona wzrusza ramionami i mówi: "słowa, słowa, słowa... I co z nich niby wynika?" Inni ludzie reagują tak samo. Nie ufają żadnym przekazom, zbyt często zostali wpuszczeni w maliny.
            A zatem wtedy, kiedy zdołam uzdrowić siebie z moich dolegliwości, będę miała prawo uczyć innych. Jeśli zatem Mistrz Lanto i inni Nauczyciele postarają się, by moja praca, mój wysiłek i starania zostały uwieńczone sukcesem, to wtedy ja będę mogła powiedzieć: to działa i teraz mogę wam powiedzieć jak to działa. I tylko mój własny przykład i własne doświadczenie może być dla mnie przepustką do rozmawiania z innymi. W przeciwnym przypadku będę ciągle przytaczać cudze mądrości, a to nikogo nie interesuje. Przed lwem-owcą stanął prawdziwy lew i to on zaprowadził go do jeziora, żeby tamten mógł zobaczyć swoje odbicie.


Marek : Masz całkowicie rację, przestańmy gadać, odpowiadajmy jedynie na pytania, bo samemu należy podnosić wibrację własnego ciała, by stać się jak drzewo-antena, przyciągać duchem inne w okolicy i  tak razem podnosić częstotliwość planety...
           Nie będziesz miała nic przeciw, jak umieszczę na swoim blogu nasze rozmowy, bez tych osobistych oczywiście? Może inni z tego coś wniosą dla siebie...

Marta
: Jasne! Bardzo dobry pomysł!

Rozmowa 27



Marta: Maryla jest w szpitalu. Robią jej badania. Jak na razie nie wiedzą, co jej jest. Byłam dzisiaj u niej i powiedziałam jej o Twoim pomyśle zamieszczenia naszych rozmów na Twoim blogu. Bardzo się ucieszyła tym pomysłem. Prosiła, żebym Ci przekazała serdeczne uściski od niej. No to przekazuję od nas obu.
Marek: Czułem, że coś nie jest tak, bo próbowałem się do Niej dodzwonić, a jak będziesz to przekaż Jej przekaz od Mikołaja Roericha i ucałowania dla Was, będę się za Nią modlił, ale ona tym "Ja to ty, ale ty jesteś we Mnie" zapewniła sobie odpowiednie miejsce wśród Nauczycieli i właściwie jak czuję nic Jej już nie trzyma...
Marta: To ciekawe, co mówisz. Może coś w tym jest. Mianowicie lekarze powiedzieli Maryli, że wyniki jej badań wskazują na to, że ona nie żyje.
         Przypomina mi się opowieść pewnego starszego pana, który był w obozie koncentracyjnym. Opowiadał o więźniach, którzy założyli chór. Śpiew pomagał im przetrwać. Było jednak zdumiewające patrzeć i słyszeć ich wspaniały, potężny śpiew. Rodziło się pytanie: skąd się bierze ich siła, skąd wydobywa się ten piękny, pełen uczucia i mocy głos? Ich fizyczne ciała albowiem prawie zanikły. To były poruszające się szkielety. Można by powiedzieć naszymi obecnymi terminami - materia nie istniała. Co zatem istniało? Ano Duch. I tak to mi wygląda z Marylą: lekarze badają materię i nie otrzymują charakterystycznych dla materii parametrów. No to im wychodzi, że człowiek nie żyje. To znaczy nie żyje to, co oni uważają za człowieka. Tymczasem definicja człowieka w nauce duchowej, którą studiuję, bardzo trafnie ujmuje całą sprawę: "Człowiek nie jest materią. Nie składa się on z mózgu, krwi, kości, ani z innych  materialnych elementów. (...) człowiek uczyniony jest na obraz i podobieństwo Boga. Materia nie jest tym podobieństwem. Podobieństwo Ducha nie może być tak niepodobne do Ducha. Człowiek jest duchowy i doskonały."
         No właśnie. A to, co lekarze traktują jako człowieka jest kostiumem. Kostium nie ustanawia żadnych praw ani parametrów, bo o parametrach i prawach decyduje Duch żyjący jako człowiek. Jako że człowiek jest zindywidualizowaną, przejawioną postacią Ducha. Kiedyś ułożył mi się następujący wierszyk:

Bóg i człowiek to jedno zdanie:

Bóg to Miłość, człowiek - kochanie.
Nierozerwalne tworzą  połączenie:
Bóg jako Podmiot, człowiek - orzeczenie.  

         Wiesz, jestem polonistką, to mi się zrobiły takie gramatyczne skojarzenia. Ale myślę, że trafne, nie uważasz? Człowiek to JA JESTEM mówiący JA JESTEM. Człowiek to działanie Boga. No, ale nasi lekarze nie byli uczeni o człowieku, lecz o skorupce. Nic dziwnego, że są bezradni. Na studiach powinni być uczeni, że nie ma prawdy, życia, inteligencji ani substancji w materii, albowiem wszystko jest nieskończonym Duchem i jego nieskończoną manifestacją. Jak nieskończonym, to nieskończonym - bez granic, a więc bez miejsca, gdzie mogłoby się pojawić coś, co się rozkłada i gnije. No ale do tego trzeba wiedzieć, kim się jest.

         Maryla jest wstrząśnięta jeszcze czymś innym, mianowicie całkowitą ignorancją ludzi na ten temat i brakiem woli zrozumienia tego tematu. A chodzi o jej dwie współlokatorki w pokoju szpitalnym. Otwierają szeroko oczy i pytają: o czym pani mówi? Świadomość? Rozwój świadomości? Co to takiego i do czego to komu potrzebne? Tak mnie też kiedyś powiedziała pewna znajoma: "Ja się takimi rzeczami nie interesuję. Ta wiedza nie jest mi do niczego potrzebna."     Niepotrzebna wiedza! Tymczasem czego się dowiadujemy o sobie choćby z ostatniego przekazu, jaki przesłałeś? Ano coś takiego: "na początku byliście zrodzeni jako bogowie i zapragnęliście stworzyć iluzoryczny świat, w którym przebywacie. I oto w końcu do syta nabawiliście się waszą iluzją. Nastał czas powrotu do swojej rzeczywistości, do rodzinnego świata."
         Jak wrócą ci bogowie, skoro nie wiedzą, że nimi są i nie chcą wiedzieć? Może faktycznie Maryla ma już dosyć? Można się zniechęcić.  

Marek:
Zapewne nie odejdzie tak jak marzy, do Niego, uciekając przed  tym wyrazem ludzkiej obojętności i przywiązania do iluzji, sam wcale Jej się nie dziwię. Prawdopodobnie wróci do tego punktu zawieszonego pomiędzy światami, skąd nasi Nauczyciele próbują rozwiać naszą iluzję, by móc nas wprowadzić do własnego zapomnianego domu, a w naszej i jej sytuacji trudno traktować to jako zabawę. Ale kiedyś i Ona podchodziła jak pamiętam do tego wszystkiego z humorem, ciekawością zakończenia i radością...
Marta: Otóż to, Mareczku! Ciekawość. To ją trzyma i mnie zresztą też. Chciałoby się doczekać tych cudów...
28.10.2009r 


Rozmowa 28


Marta: OK. Nie mówmy o sobie jak o Bogu. W ogóle zostawmy ten wątek. Będzie on szokował dotąd, dopóki postrzegamy siebie jako osoby. Obraz siebie jako osoby wyklucza obraz siebie jako Boga. Stąd opór przed myśleniem o sobie jako o obrazie Boga. Bo i co to za obraz, czy taki miałby być Bóg - słaby, chorowity, przestraszony? Dopóki nie spojrzymy na siebie z lotu ptaka, jak na tamte tory kolejowe, o których pisałam, będziemy mieć niewłaściwą perspektywę i widzieć będziemy, że tory zbliżają się do siebie. Tak i siebie widzimy - z defektami, niedoskonałych, zagrożonych chorobami, biedą itd.

            Wobec tego zatrzymajmy się tylko przy formie JAM JEST. Przecież to nie jest ani forma Białego Braterstwa, ani żadna inna forma, a już na pewno nie biblijna, bo Biblia nie była pisana po staropolsku, na litość boską! Była tłumaczona dawno temu, ale to tylko kwestia tłumacza - pochodził z czasów, kiedy się mówiło "jam jest szlachcic na zagrodzie". Ale czy to znaczy, że mamy się na tej epoce językowej zatrzymać?
            Nie mylmy biblijności, boskości czy czego tam jeszcze z językiem, jakim pisano wówczas w Polsce. Gdyby Biblia była tłumaczona na język polski dziś, to Mojżesz by usłyszał "JA JESTEM, KTÓRY JESTEM", czyż nie? A może w ogóle usłyszałby - w wersji współczesnego, polskiego tłumacza - "JESTEM, KTÓRY JESTEM", bo wiadomo, że język polski nie stosuje zaimków, jak to robi angielski. Nie mówisz "ja idę do pracy", tylko "idę do pracy". Dzisiejszy tłumacz napisałby tak, jak mówi dziś. Ludziska się zawzięli, że Bóg musi mówić JAM JEST. Utożsamili styl języka, który jest tylko formą do wyrażenia czegoś, ze świętością. A niby dlaczego? Tak mówili nasi dziadowie, nie Pan Bóg. Od dawna już walczę z tą formą i stąd moje emocje. Zależy mi na przybliżaniu Boga, a język jest jednym ze sposobów albo przybliżania, albo oddalania. JAM JEST  na pewno nie przybliża, a już z pewnością nie młodemu człowiekowi. Natychmiast widzi starca z brodą tak archaicznego i anachronicznego, jak ta forma językowa JAM JEST. Mówisz o oddawaniu czci i pokorze. Czy formą JAM JEST oddaję Bogu cześć, a formą JA JESTEM nie?

A co do pytania, kto przeze mnie mówi, to Ci powiem, że polonistka.


Rozmowa 29


 

Marta: Nawiążę jeszcze do tej Twojej wątpliwości, kiedy pytasz: "kto przez Ciebie mówi, sam Bóg tylko wie, nikt inny, więc i ja nie wiem; czy to TY, czy Twoje Ego, czy Wyższe Ja?" Ja w to nie wnikam, kto przeze mnie mówi. Ja mówię na podstawie nauk, jakie studiuję, a ich źródłem są ludzie, którzy praktycznie udowadniają prawdziwość tego, co głoszą. Powiadają oni, że ci, którzy naprawdę rozumieją naukę Jezusa, potrafią uzdrawiać, jak on. Jeśli więc ktoś mówi, że wierzy w Jezusa i w to, czego nauczał, powinien uzdrawiać tak, jak on. Potrafili to pierwsi chrześcijanie i było to dla nich tak naturalne, jak to, że dzień wstaje po nocy. Żaden to był dla nich cud. I dzisiaj zatem tak powinno być, jeśli by uznać, że rozumiemy, co Jezus miał na myśli mówiąc "bogami jesteście" oraz "Kto we mnie wierzy, będzie również dokonywał dzieł, które ja czynię, a nawet dokona większych rzeczy" (Jan 14:12-13)

Marek:
Z tym się zgadzam, że w przypadku ludzi nieważne kto odpowiada, ale ważne, że to co mówi jest zgodne z prawami boskimi, a poznać to można po czynach, czy w przypadku energii Ducha Świętego po cudach. Nie wypowiadam się o cudach, bo przy żadnym nie byłem, chyba, żeby wziąć samo życie i jego narodziny jako niewątpliwy cud natury, nie ciała, ale wejście do niego energii ducha, a podobno wraz z pierwszym kopnięciem dziecka. Natomiast nie zaprzeczysz, że w świecie iluzji króluje ego i ono odpowiada i tak jak w matematyce zbliża się do jedności, jak do nieskończoności, to zawsze będzie ułamkiem mniejszym od niej (jedności z duchem).
            Jeżeli w tym nie ma Twojej własnej odpowiedzi, a tylko dziennikarskie powielanie innych, to nie bardzo rozumiem....

Rozmowa 30



Marta: Po prostu coś Ci odpowiada i tyle. Idzie to coś w tym samym kierunku, w jakim Ty zmierzasz, ukazuje to, co sam podejrzewałeś, potwierdza Twoje własne przypuszczenia, jest logiczne, udokumentowane dowodami, a więc godne zaufania. Czyż nie na tym polega wszelkie uczenie się? Swego czasu dowiedziałam się, że słowo edukacja jest od łacińskiego educere, co znaczy odkrywać. A zatem nie nabywamy wiedzy, ale odkrywamy ją w sobie. Do odkrycia w sobie potrzebne są różne impulsy i inspiracje. Nie ma to nic wspólnego z powielaniem. To, co wiem, odkrywam w sobie dzięki mądrym inspiracjom. Prawda jest jedna i jest ona w każdym z nas. 

Marek:
Całkowicie się z Tobą zgadzam, cały wszechświat jest w nas i być musi, jeżeli jest tylko naszą wspólną projekcją. Z tym, że zdrapujemy go w sobie doświadczeniem jak w zdrapce, ucząc się coraz to nowego, niczemu nie zaprzeczając i dobierając to, co nowe, stale się na nie otwierając, budując i odtwarzając wiedzę warstwa po warstwie, wyszukując ją jak grudki złota w korycie rzeki. Dlatego tak musimy być cierpliwi dla innych, bo jak w budowie domu z cegieł nie ma drogi na skróty...


✣ ...All for one and one for all...

✣ Alexandre Dumas

Rozmowa 31


Marta: Bardzo mi się podoba to Twoje porównanie do zdrapki! Dokładnie trafione! W odróżnieniu tylko od zdrapywania na papierze, to nasze zdrapywanie boli...


Marta:
Przeczytałam uważnie ostatnią naszą wymianę myśli i zwróciłam uwagę na Twój wywód o nieskończoności. I znów mnie zainspirowałeś. Zastanowiłam się nad tym i zrozumiałam pewną rzecz, w czym znów pomogło mi nieocenione przesłanie Maryli: "Ja to ty, ale ty jesteś we Mnie." Zauważ: ty jesteś we Mnie. I od razu widać, że Bóg jest czymś więcej, czymś wszechobejmującym, wszechogarniającym, także nas. Można  by powiedzieć, że Bóg jest przyczyną, a człowiek skutkiem. I to załatwia sprawę szokującego dla ludzi stwierdzenia, że człowiek jest Bogiem, z czym nie potrafią się zgodzić. Bo też nie jest Bogiem wprost. Bóg nie mówi: Ja to ty, a ty to ja. Tylko Bóg jest Bogiem. Bóg jest jeden. No, a teraz co dalej? Dalej to jest Jego odzwierciedlanie się, przejawianie się, pokazywanie się, manifestowanie się, Jego aktywność i Jego działanie. Kiedyś już przytoczyłam gramatyczne porównanie jakie mi przyszło do głowy: "Bóg i człowiek to jedno zdanie, Bóg to Miłość, człowiek - kochanie. Nierozerwalne tworzą połączenie: Bóg jako Podmiot, człowiek - orzeczenie."             Wspaniała pozycja człowieka w relacji z Bogiem polega na tym, że Bóg pozostałby niepoznany, gdyby nie pokazał się jako człowiek. Ale jeśli Bóg siebie pokazuje, to co pokazuje? Swoją chwałę. Swoją doskonałość. Bo nic innego nie ma! Tylko chwałę i tylko doskonałość, czyż nie? W Biblii jest powiedziane, że człowiek jest świadkiem Boga. Piękne co? Bóg jest Duchem - wszechobecnym, a człowiek jest w Nim. Ładnie i prosto określił to św. Paweł: "W nim żyjemy, poruszamy się i mamy swoje istnienie." Dlatego mówimy, że człowiek jest dzieckiem Boga. To bardzo ładnie ustawia relację Bóg - człowiek, nie uważasz? A więc jeśli jesteśmy Bogiem, to jako Jego dziecko, dziedzic Jego cech i Jego majętności, i nigdy inaczej nie będzie. Ale to nam wystarczy, no nie? 
            Wracając do ego, to ono nie jest w żadnej relacji z tą pełną chwały bliskością Boga i człowieka. Ani nie jest częścią nieskończoności, ani częścią czegokolwiek. Jest jedynie zasłoną, zakrywającą zbawczą prawdę o nas.



Marek: O tuż to, ujęłaś dokładnie to co już raz porównałem do jedynki i ułamków, dlatego możemy dążyć do Niego jak części składowe ułamka do jedności, jak do nieskończoności i możliwe jak twierdzą buddyści, gdy się za bardzo zbliżymy to się spalimy w ogniu Jego miłości, czy też rozpłyniemy w Nirwanie, przypomina mi tą przypowieść w "Rozmowach z Bogiem" o płomyczku, który chciał się zapoznać z przeciwieństwem samego siebie i został na własną prośbę zepchnięty w ciemność, by przez eony czasu zacząć się na nowo rozpalać światłem, aż do ostatecznego płomienia z którego wyszedł, a to cała nasza historia wielu milionów lat istnienia bez kontaktu z prawdziwą rzeczywistością z której wyszliśmy. Teraz mamy okazję do niej wrócić za sprawą podnoszenia wibracji całej planety, czy to się komu podoba czy nie i to przetrwają ci, co się do niej dostosują wewnętrznie, a ci co podwyższą świadomie wrócą do Ojca.

Rozmowa 32

    Marek: Po przesłaniu treści Marcie, jednego z Wywyższonych Nauczycieli z 11-go cyklu Jezusa, na temat roli „zarzynanego baranka" w codziennej pracy z ludźmi, napisała co poniżej:
Hej, Mareczku!

Jak uważasz, ilu ludzi taki tekst zachęci do wstąpienia na drogę Światła i do tego, żeby zapukali do swojego serca? Miałam kiedyś taką znajomą, której mówiłam o Jezusie jako wspaniałym człowieku, przykładzie godnym naśladowania, a ona mi na to: „Tak, ale zobacz, jak on skończył". Ot, masz komentarz prostego ludu. Nikt nie chce tak skończyć i nikt nie chce być baranem skazanym na zarżnięcie, choćby to był Baranek Boży. Ludzi trzeba zachęcać, a nie straszyć, dawać im przykłady zwyciężania, a nie martyrologii. Dobro musi być zwycięskie. I jeśli ja osiągnę ów pokój serca, o którym tu mowa, to ma to być równe takiej sile, że żadna materia mi nie podskoczy. A wtedy ludziska przyjdą do mnie i powiedzą; „Pokaż jak to zrobiłaś, ja też tak chcę". To jedyna droga.


         
Dlatego też wolę przekazy informujące mnie o tym, że nastał czas rozpadu Wielkiej Iluzji, która trzymała ludzi w niewoli przez tysiąclecia, że uruchamiane są w nas kody Światła, że karma jest anulowana, i że oto lada moment zaistnieje sytuacja, że wszyscy uświadomimy sobie swoją prawdziwą, boską naturę. A jeśli nie jest możliwe, żeby wszyscy naraz, to chociażby Wojownicy Światła, którzy wreszcie będą mogli pokazać innym drogę pozostając zwykłymi ludźmi, a nie męczennikami. Takie informacje dodają mi chęci do wytrwania. A takie o konieczności stania się znowu kolejną ofiarą i perspektywie zarżnięcia raczej skrzydeł mi nie dodają.


Marek:  

Witam, zgadzam się z Tobą, że ludzie nie dorastają do takiej roli, ale my jesteśmy na nią skazani światłem w nas, dlatego jesteśmy podobnie atakowani, choć to nie oznacza by tak skończyć jak On, przesłałem ten tekst tylko wybranym, którzy rozumieją taką przenośnię, a nigdy mnie osobiście nie pociągała mnie martyrologia, ale zawsze chciałem zrozumieć ją, ale nie tą walki o ludzkie racje ego...

Kochany Marku!           

            Otóż właśnie tak formułowane przekazy siłą rzeczy ściągają nas na poziom ego. Reagujesz automatycznie jak osoba. Bo też adresowane są do osoby, która jest uwikłana w karmę, która jest uwikłana w walkę między umysłem i sercem. Wszystko w tym przekazie jest słuszne, nie ma co się z nim nie zgodzić, tyle że jest on w sumie anachroniczny.
            Być może jest sprzed kilku lat (pojawia się na dole rok 2005), być może decyduje też poziom świadomości odbiorcy przekazu. W każdym razie po lekturze książki Potęga teraźniejszości Eckharta Tolle, gdzie wyraźnie mówi się o iluzoryczności osobowego istnienia i „widmowości” ego, wracanie do „imadła karmy”, które nas trzyma i konieczności bycia kolejną ofiarą na drodze ewolucji świadomości, oznacza cofanie się. Karma dotyczy wyłącznie osoby. Jak to kiedyś zrymowałam: „nie ma osoby, nie ma choroby”. Trafnie ujmuje sprawę Colin C. Tipping w książce Radykalne wybaczanie: „karma istnieje tylko w naszym umyśle”. Ten umysł zaś to iluzoryczny twór widmowego ego. W świecie Boskiej Prawdy – mówi Tipping - nie ma ani karmy, ani przyczyny i skutku. Istnieje tylko pierwsza przyczyna, którą jest Bóg. Można powiedzieć pierwsza i jedyna.
            Dobrze by było skończyć z tymi osobowymi potyczkami i przeskoczyć na ten poziom, na którym naprawdę istniejemy bez względu na to jak bardzo byłoby to trudne. Łatwe na pewno nie jest. Prawdopodobnie problem tkwi w tym, że odebranie człowiekowi poczucia osobowości, czyli bycia panią Martą, panią Marią, panem Markiem, bycia tatusiem Zosi, mamusią Joasi i Maćka, równa się odebraniu człowiekowi poczucia bycia sobą. Kiedyś rozmawiałam z Marylą - dawno temu, bo dziś już mówi nieco inaczej – i powiedziała mi ona wtedy: „jeśli człowiekowi odebrać tożsamość, to zwariuje.” No i fakt. Jeśli za naszą tożsamość uważamy osobowość, jeśli znamy siebie tylko jako osoby o jakimś tam imieniu i nazwisku, i nagle dowiemy się, że to kompletna iluzja, że to tylko rola jaką odgrywamy, to co nam zostaje, skoro nie nauczono nas myśleć o sobie inaczej? Nic, tylko przyjdzie zwariować, jak to ujęła Maryla.
            Kiedy Tolle miał siebie dość i nagle zadał sobie pytanie: chwila, to kto tu kogo ma dość? Czy to znaczy, że jest nas dwóch? Wobec tego jeden musi być nieprawdziwy - to odkrył wreszcie prawdę. Było ich dwóch, a jeden był nieprawdziwy. Ten nieprawdziwy to osoba o imieniu i nazwisku Eckhart Tolle, rządząca się urojonym, śmiertelnym umysłem. To osoba, która stworzyła sobie całą historię śmiertelnej osoby, która wierzy w przesądy o chorobach, katastrofach i innych nieszczęściach, będące tworem tego urojonego umysłu.
            Colin C. Tipping w swojej książce opisuje przypadek pewnej kobiety, która zgłosiła się do niego na warsztaty terapeutyczne. Była ona w stanie wojny ze swoją córką. Kwitła między nimi dwiema obopólna, wzajemna nienawiść. W trakcie warsztatów kobieta owa miała następującą wizję:

             „…czułam, że unoszę się w przestrzeni. Nie miałam ciała i byłam pewna, że doświadczam ponownie tego, co się działo, zanim rozpoczęłam moje aktualne życie.   Byłam czystym duchem. Nigdy jeszcze nie czułam takiego spokoju. A potem uświadomiłam sobie, że obok mnie jest Melanie, także w postaci duchowej. Przybliżyła się do mnie i zaczęłyśmy tańczyć, po prostu tańczyć w bezkresnej przestrzeni. Rozmawiałyśmy o naszym wspólnym życiu. Tym życiu. Trzeba było podjąć decyzję, kto będzie odgrywał rolę matki, a kto córki. W zasadzie jest to bez  znaczenia, obie są dla nas trudne. Miała to być próba naszej miłości. Musiałyśmy coś zdecydować, ustaliłyśmy więc, że ja będę matką, a ona córką i że wcielimy się w te  role jak najszybciej. To wszystko.” (ss. 117-118)




            Dzięki ujrzeniu prawdziwych relacji z duchową istotą, która grała rolę jej córki, mogła pozbyć się swoich uprzedzeń i negatywnych uczuć.
            Nie każdy z nas ma taką warsztatową szansę, jaką miała ta kobieta, więc sami musimy próbować uświadomić sobie, że my podobnie do niej odgrywamy jakąś rolę i że niepoważne jest wręcz utożsamianie się z tą rolą i robienie min. To tak jakby aktor na scenie utożsamił się z odgrywaną przez siebie postacią. To by dopiero mieli ubaw jego koledzy! A my tak sami z siebie pozbawiamy się godności i praw do boskości. Plejadianie do nas wołają: „Przestańcie odgrywać tanie melodramaty!” A my gramy dalej.
            Trafnie ujął to autor artykułu, który ostatnio tłumaczyłam. Artykuł jest z roku 1963 i napisany jest przez jednego z praktykujących duchowe uzdrawianie, jakiego nauczał Jezus. Ponieważ praktykują to Jezusowe uzdrawianie od 150 lat, to wiedzą, co mówią. Tyle lat temu już odkryli to, co dzisiaj jest nam podawane jako warunek obudzenia się do naszej prawdziwej natury. Praktykowanie nauczania Jezusa doprowadziło ich do następującego przekonania:

            „Przedstawienie skończone – przedstawienie osobowego odczuwania siebie dobiegło końca. Kurtyna opadła, a my powstrzymajmy się od powrócenia, żeby zobaczyć, co się dzieje. Sztuka się skończyła. Osoby dramatu były tylko snem –  czystą fikcją. Nie ma substancji ani tożsamości w spektaklu. Opuściliśmy  kurtynę i tożsamość człowieka czyli  świadomość odzwierciedla tylko światło zawsze obecnej Miłości.”

            I to jest dla mnie nauka Jezusa. Nie zatrzymywanie się na wymysłach osobowego ja i  mówienie o karmie, ale traktowanie człowieka jako istotę duchową, odzwierciedlającą swojego Stwórcę bezpośrednio. I wszelkie urojenia ludzkiej historii są tym, czym są – urojeniami. Albowiem nie ma żadnego pośrednika między Bogiem i Jego odzwierciedleniem, nie ma żadnego nośnika boskiego wizerunku – Bóg jest Odzwierciedlającym, Odzwierciedleniem i Lustrem, w którym to odzwierciedlenie zachodzi. Jak w Maryli przesłaniu: „Nowy ciąg luster stwarzam na ziemi, co odbijają Mnie samego we Mnie.” Usłyszała też „Ja to ty” – pamiętasz? Jeśli „Ja to ty”, to owo „ty” ma w sobie tylko to co ma wielkie „Ja”, czyż nie? Cała reszta o grzechu i o karmie to mitologia!
            Tak też patrzył Jezus na człowieka, którego miał przed sobą: absolutnie ignorował to, co materialne zmysły zdawały się sugerować: trąd, paraliż, grzech. Patrzył na wskroś, poza maskę śmiertelnika i widział czyste, boskie, chrystusowe istnienie – doskonałego boskiego człowieka. I to poprawne patrzenie korygowało błąd śmiertelnego umysłu i przywracało naturalny stan człowieka. Kiedy mówił: „Wstań i idź, jesteś uczyniony zdrowym”, to nie miał na myśli, że oto on uczynił kogoś zdrowym – miał na myśli, że człowiek – duchowy człowiek, bo tylko taki istnieje w boskiej rzeczywistości, a innej przecież nie ma - jest uczyniony zdrowym przez swojego Stwórcę i jest to stan nie podlegający zmianie.
            No i rzecz jasna Jezus będąc monoteistą absolutnym wiedział dokładnie, że Bóg jest wszystkim co jest, a więc nie istnieje nic, co się w tej wszystkości nie mieści. „Bóg jest Duchem” – powiedział do Samarytanki przy studni. Duch z natury swojej jest wszechistniejący i wszechobecny. A człowiek jako jego obraz i podobieństwo ma naturę duchową. Czy doskonały, wszechobecny Duch i jego doskonały duchowy obraz mogą mieć coś wspólnego z czymś grzesznym, gnijącym, rozkładającym się, cuchnącym? Bóg jest wszechobecnym dobrem, a zło zajmuje w nim tyle miejsca, ile zajmuje go hipnotyczny sen. Wszelkie zło jest wyłącznie sugerowane przez egotyczny pseudo-umysł. W innym artykule, który tłumaczyłam, jest to tak ujęte:

            „Ponieważ Bóg jest odwiecznie nieskończonym dobrem, nie było nigdy takiego momentu, żeby jakikolwiek element zła był zdolny wkroczyć w tę nieskończoność. Uniwersalność bożego królestwa, w obrębie którego wszelkie manifestacje Boga przebywają bezpiecznie, jest nie do zaatakowania. Zło, zawsze tylko przypuszczalne i fałszywe, nie ma zdolności pozostawania w relacjach z Bogiem lub czymkolwiek, co jest z Niego lub w Nim. Każda myśl zła, stan czy poczucie istnienia, pozostaje na zawsze poza boskim wszechbytem – w nicości fałszu.”

            Jeśli zatem pozostawać będziemy na poziomie karmy do spłacenia, to nasza ewolucja potrwa następne 2000 lat. I jeśli będziemy się skupiać na tym, że jesteśmy atakowani przez zło, bo ośmieliliśmy się wystąpić publicznie jako pracownicy Światła, to będziemy nadawać istnienie temu złu. Pewnie, że lepiej jest się nie afiszować z niczym, co drażni osobowe ego otoczenia. Jezus uczył, żeby mówić ”tak, tak, nie, nie” i tyle. Ja w końcu też zaliczyłam ciosy, kiedy ośmieliłam się publicznie stanąć po stronie serca. Czasy są jednak takie, że wypada przeskoczyć zdecydowanie na poziom niebytu zła i potraktowania go jako urojenia wbrew wszelkim materialnym „świadectwom”. Zauważyłam, że kiedy patrzę na te wszystkie świadectwa z tej perspektywy, zaczynam dostrzegać ich absurdalność. I rozumiem, co Tolle miał na myśli, kiedy powiedział, że ludzkość jest w stanie obłędu. Ślicznie to ujął kochany de Mello w Przebudzeniu:

            „Cały świat zwariował. Obłąkani lunatycy! Jedynym powodem, dla którego nie zamyka się nas w wariatkowie, może być to, że jest nas tak wielu. Jesteśmy więc stuknięci…. Jesteśmy do tego stopnia stuknięci, że kiedy wszyscy są co do czegoś zgodni, to z całą pewnością możesz być pewien, że się mylą!”

            A wszystko to, w co tak wierzymy, i na czym oparliśmy całą naszą cywilizacyjną mitologię, oparte jest na kłamstwie. Jest taka anegdota, która pokazuje źródło tego kłamstwa:

„Pewnego dnia zły tak powiedział do swojego kumpla: 
            - Zamierzam stworzyć nowy świat dla siebie.
            - O! – zadziwił się kumpel. – A z czego ten świat zrobisz?
            - Nie muszę go z niczego robić – odpowiedział zły. – Muszę tylko skłamać na temat tego prawdziwego.”


            

Rozmowa 33

 Marek:

Dzięki za te przemyślenia, od razu umieściłem je na blogu, chyba bez Twojego sprzeciwu, mam nadzieję, bo są tak trafne dla nas, tylko czy trafią do tych urodzonych w kopalni węgla, co nie widzieli swoich ciał czystych, wyciągniętych nawet siłą na powierzchnię, nie wiem, wiem, że karmę trzeba albo przerobić nie dorzucając nowej, albo umyć miłością już na powierzchni, nie da się zejść czystym do kopalni na dół, pracować wydobywając węgiel i wyjść czystym....






Marta


Dobrze, mój drogi, niech będzie na blogu. Ja tak piszę dla Ciebie i dla mnie w gruncie rzeczy, ale jeśli inni też sercem pojmą o co chodzi, to nic tylko się cieszyć. Gdyby nam się udało uświadomić sobie, co to znaczy być odzwierciedleniem naszego Stwórcy, to problem karmy by zniknął. Pamiętam, jak kiedyś odczułam ogromną ulgę, kiedy studiując moje duchowe nauki przeczytałam:

            "...boska Miłość dba i czule pielęgnuje swoją własną ideę, człowieka, ponieważ  człowiek jest kompletnością Miłości, niepodważalną naturą Miłości. ...Dlatego, kiedy przychodzi sugestia poczucia winy, znaj swoją niewinność. Nie jesteś winny bycia kiedykolwiek osobą, robiącą coś czy nie robiącą. Przypominaj sobie nieustannie,  że nie istnieje nic obecnego osobiście..."

            To takie właśnie rozumowanie – że nie istnieje nic obecnego osobiście - uwalnia nas od potrzeby zastanawiania się nad karmą. Jeśli nie ma osoby, to nie ma osobowego umysłu, a to oznacza, że nie ma jego wytworów. Rozumiesz? Nie ma. Od początku do końca zawsze był tylko Stwórca i jego podobne do Niego stworzenie. Nam nie pozostałoby nic innego, jak wreszcie zobaczyć siebie takimi, jakimi jesteśmy naprawdę. Jakkolwiek patetycznie by to zabrzmiało, to jeśli uznamy, że Bóg jest Miłością, a my jego odzwierciedleniem, jego obrazem i podobieństwem – to znaczy, że jesteśmy obrazem Miłości. Jesteśmy Miłością. Ktoś, kto poczułby to całym sobą, nie miałby już ochoty na bycie czymkolwiek innym, a tym samym rozpuściłby swoją karmę, a nowej by już nawet nie umiał tworzyć, nie tylko że by nie chciał. Na to zaś co wokół zaprzeczałoby obrazowi Miłości, patrzyłby z pełną świadomością tak, jak na to zasługuje – jak na iluzję. Tak właśnie robił Jezus. Można powiedzieć, że odłożył osobowego Jezusa na bok i żył swoim Chrystusem na co dzień. Po to przyszedł, żeby nam pokazać taką właśnie drogę – do odnalezienia w nas naszego Chrystusa.
            Załączę Ci teraz coś ślicznego, co mnie wzruszyło do łez, kiedy dokonałam pewnego porównania. Otóż zobaczysz fotografie - obrazy, lustra wodne. Odnosząc rzecz do naszego tematu, powiedziałabym tak: oto odzwierciedlenia przedmiotów w materii. To, co oglądamy jako pejzaże, pokazuje strukturę świata materii – wszystko jest od siebie odseparowane, istniejące w przestrzeni jako samoistne obiekty. To jest skutek złudnego istnienia form. Wszystko postrzegamy jako odrębne formy. Góra to forma, jezioro też ma jakąś tam formę, ot, samodzielne jednostki w pustej przestrzeni.
            A teraz wyobraź sobie jak to wygląda w rzeczywistości duchowej. Choć nadal wszystko posiada swoją duchową indywidualność, to jednocześnie stanowi jedno istnienie. Kiedy mówimy, że człowiek jest odzwierciedleniem Boga, to co to znaczy? Jeśli posłużymy się porównaniem z tym materialnym pejzażem odzwierciedlenia góry w jeziorze, otrzymamy takie oto symboliczne odniesienia: Bóg jest górą, jej odzwierciedleniem w jeziorze i jeziorem. Jest odzwierciedlającym się, odzwierciedleniem i środowiskiem odzwierciedlenia. Jest Wszystkim-we-wszystkim. „Odbijam Mnie samego we Mnie.” Dlatego osoba, ego, stanowi przeszkodę w czystym, niezakłóconym odzwierciedlaniu Stwórcy przez rzeczywistego, duchowego człowieka. Osoba oznacza istnienie nośnika, pośrednika, czegoś poza Bogiem, NA CZYM odbija się obraz. To jest materialne podejście. Bóg nie potrzebuje nośnika poza sobą samym – inaczej nie byłby Wszystkim-we-wszystkim. A jest Wszystkim. Czystość obrazu Boga – to czystość człowieka. Dlatego Tolle zachęca nas, żebyśmy wyzbywali się poczucia ego, osoby. Bo tylko wtedy odsłonimy to prawdziwe nasze istnienie – czystego człowieka.
            To jest ten skrót, to jest pójście na przełaj. To jest to czego dokonała owa kobieta, która złamała rękę, o której kiedyś pisałam. To, co widziała i czego doświadczała, to była złamana opuchnięta ręka. Ale taka ręka to wytwór śmiertelnego umysłu, który wierzy w cierpienie, wypadki, winę, karę – słowem w karmę. Zdjęcie rentgenowskie też odzwierciedliło to materialne przekonanie osobowego umysłu. Ale duchowa uzdrowicielka kazała jej zmienić punkt widzenia. Zejść z poziomu osoby, zaprzeczyć jego istnieniu – pamiętać, że jest duchowym czystym człowiekiem, obrazem Boga. A stan boskiego odzwierciedlenia pozostaje nietykalny, niezakłócony. No i złamanie zniknęło.

Marek:

Twój opis iluzyjnej rzeczywistości zmysłowej jest mi bliski, podobnie jak Ty wielokrotnie porównywałem go do projektora i rzeczywistości ekranu na którym można coś zafałszować uderzając jak w kamerton, ale mam wrażenie, że sam Stwórca stworzył nas celowo, by przez nas tą rzeczywistość podglądać zmysłowo i temu powinniśmy służyć. 
A co do podobieństwa nas do niego, to raczej odniósłbym to do Jego Myśli Stwórczej!!
Poza tym ludzie odnoszą to podobieństwo do własnego ciała, a nie do tego co zawiera, a to już co innego, dusza może być nawet częścią składową Jego!
Jeżeli nas stwarza to w jakimś celu, zapewne doświadczania życia na nieskończenie wiele sposobów, a to już nas zobowiązuje by mu służyć!!

Rozmowa 34

Marta:

            Jeszcze chcę nawiązać do tego, co napisałeś o tym, że schodzimy do kopalni, a skoro tak to nie da się z niej wyjść czystym. Otóż rzecz w tym, że my do żadnej kopalni nie schodzimy. Nigdzie nie idziemy! Nigdzie. Siedzimy na kolanach u Ojca czyści jak łza i takimi pozostajemy na wieki współistniejąc z naszym Stwórcą. My tylko zamykamy oczy i udajemy, że schodzimy do jakiejś kopalni czy w jakąś ciemność. Zakładamy „zasłonę zapomnienia" i śnimy hipnotyczny sen o tym, że mamy jakieś materialne ciało i żyjemy w jakimś materialnym świecie. TO JEST SEN. To jest ta ILUZJA, o której mówią najnowsze przekazy, o której mówi Tolle i inni. Nic nie ma na zewnątrz nas. Nic. Wszystko to trójwymiarowy film, który się snuje pod naszymi powiekami. Czy można rozliczać za sen? Czy jeśli się ubrudziłeś we śnie, to będziesz się mył po obudzeniu? Niczym się nie pobrudziłeś, nie ma żadnego węgla. Jesteś w Domu, czysty i bezpieczny.

            To wtedy następuje uzdrowienie - kiedy przesuwasz punkt widzenia z przekonania o swojej materialności, na przekonanie o swojej duchowości. To się nazywa uzdrawianie Prawdą. Jesteś duchową istotą, która nigdy nigdzie nie schodziła. Bo gdzie można zejść w boskiej rzeczywistości? Gdzie w niej jakieś ciemności, jakieś kopalnie? Bóg nie jest autorem zła, ani autorem grzechu. W jego obecności nie może istnieć nic, co jest do niego niepodobne. Jedyna przestrzeń, gdzie jakieś „zło" może się dziać, to przestrzeń snu. Tkwimy w kleszczach hipnotycznej sugestii, która nam wmawia, ze jesteśmy materialni, fizyczni, a my w to wierzymy. Pora oprzytomnieć. W duchowych naukach, które studiuję to się nazywa „dream without dreamer" - sen bez śniącego. Nie odchodzisz z „tego świata", dalej jesteś Markiem, ale wiesz, że ten Marek to tymczasowe imię potężnej duchowej indywidualności, a nie słabej, podatnej na cierpienia i nieszczęścia osoby. Masz boską tożsamość, bo Bóg identyfikuje się z Tobą, mówiąc „Ja to ty". Cóż Ci zatem może zagrozić? Jakim cudem miałbyś się zabrudzić?
            Kobiecie, która przez osiemnaście lat żyła schylona nie mogąc się wyprostować, Jezus po prostu powiedział: „Niewiasto, jesteś uwolniona od twojej niemocy" (Łukasz, 13:12). Jej natychmiastowa reakcja zademonstrowała wspaniały fakt natychmiastowego działania Prawdy. Przez lata pochylała się przed nierzeczywistym panem. Błąd myślenia trwał tak długo, na jak długo ona sama mu pozwalała. Jezus pomógł jej ten błąd zobaczyć i pozbyć się go. To my sami pętamy siebie wątpliwościami i niedowierzaniem. Nie możemy zrozumieć, że to, co możliwe dla Boga, możliwe jest dla jego idei, obrazu, a więc człowieka. W jednym z artykułów przeczytałam:
                       
                        „Nie ma usprawiedliwienia dla akceptacji zastraszania przez moc, która nie  istnieje poza śmiertelnym przekonaniem o jej istnieniu. Demonstrując fakt      naszego boskiego pochodzenia i inteligencji, możemy zapanować nad naszymi   ciałami i naszymi sprawami i pozwolić Prawdzie rządzić nimi na drogach zdrowia i  harmonii. Nie podlegamy warunkom;  podlegamy wyłącznie jednej mocy - Bogu. Ze  stanowiska boskiej wszystkości i naszego włączenia w tę wszystkość, możemy  wędrować po ziemi wolni i nieskrępowani."

Marek:


   Ale czy i my naszym dzieciom nie pozwalamy na bałagan w pokoju i karzemy najpierw posprzątać za nim wyjdą z niego jak my ze snu, po to by dziecko nauczyło się odpowiedzialności za swoje czyny?

   Więc i On nawet z w tak wielkiej swojej miłości chce nas tego nauczyć by mieć godnych partnerów w swojej samotności?
    Czy on w ogóle może być samotny bez nas, o to jest Pytanie?


Rozmowa 35


Marta:


Cytuję przesłanie Sziwy:


            „Wszyscy my uważnie śledzimy to co zachodzi obecnie na planecie. Tajemnica polega na tym, iż Ziemia otrzymała nową porcję Boskiej energii. Więc my uważnie śledzimy wpływ jaki wywrze ona na ludzkość planety Ziemia. Czy będzie ludzkość kontynuowała swoją drogę donikąd czy też zmądrzeje w ostateczności i zacznie kierować się radą Wielkich Nauczycieli ludzkości, do których ja również mam zaszczyt należeć."


Idzie ludzkość donikąd? A dokąd ma iść? Została wprowadzona w błąd przez tych, którym zaufała, czyli przez Kościół (bez względu na wyznanie) i przez naukę (patrz najnowsza „Polityka" i wywiad z religioznawcą, a więc naukowym autorytetem, który nie wierzy w Boga). A Wielkich Nauczycieli ludzkość w ogóle nie zna, bo niby skąd. A jak nie zna, to jak ma się kierować ich radą? Na litość boską! Pozbawiona przewodnictwa, prowadzona na manowce dokąd niby miała iść? Od kapłanów się dowiedziała, że właściwie to Boga nie ma - no bo gdyby był, to by kapłani żyli wedle tego, co nauczają, a skoro tego nie robią, to znaczy, że nie wierzą w Boga. Naukowcy z zasady wszelkiego Boga odrzucili, więc ludzkość w szkołach się uczy, że żadnego Boga nie ma, a na lekcjach religii opowiadane są papierowe nie trzymające się kupy bajki. Znikąd światła, znikąd wiedzy, znikąd oświecenia. To dokąd ma iść? I niby jak ma zmądrzeć? Gdzie jest przykład, autorytet, który by pokazał, jak to zrobić? Zamiast protekcjonalnie mówić o tym, że może „ludzkość zmądrzeje w ostateczności", to może by tej biednej ludzkości okazać nieco szacunku. Ludzie są prawdziwymi bohaterami. Pozbawieni wiedzy o tym, kim naprawdę są, pozbawieni świadomości własnej boskości, próbują zachować godność mimo wszystko i starają się być dobrzy wbrew wszystkiemu. Są pozbawieni dostępu do własnej natury! Nasi niebiańscy Opiekunowie powinni się najpierw ugryźć w język zanim wypowiedzą jakąkolwiek tego rodzaju uwagę w stylu „zmądrzenia". To oni mają nas obudzić. Ludzkość sama się nie obudzi, bo nie wie, że śpi. Żal mi ludzi.


Marek:


Mnie też żal,  bo są mocno przywiązani do materii zmysłowo, jak dziecko do komputera, a gdyby było tak trzymane od urodzenia? Nie oderwałabyś, chyba operacyjnie no i  z szokiem pourazowym... Jak u ślepca co pierwszy raz zobaczył ludzi po usunięciu wady...

Mam takie wrażenie jakbyś nie uznawała Hierarchii Agni Jogi i zasady nie wtrącania się, tak jak i my mamy nie wtrącać się do niższych gatunków, przynajmniej nie powinniśmy zmuszać dzikusa do nauki w szkole, a co do jeszcze niższych zwierząt, to  nie mieszać się do ich dramatów, a jedynie z aparatem fotograficznym. My też egzaminując w szkole nie ratujemy tępych uczniów dobrym stopniem. Z tego co wiem możliwe są interwencje prorocze nawiedzonych, zapisy takie jak Maryli itp. Ale kogo oni tak naprawdę widzą czy słyszą? Teozofia nauczyła mnie, że monady dusz ludzkich tworzą istoty duchowe, a do samego Boga im bardzo daleko.
A jak Ci się podoba ten bułgarski Nauczyciel?


Marta:

 Akurat jestem zajęta czytaniem czegoś innego, więc Bułgarskiego Nauczyciela odłożyłam na później.

            Nawiążę do przesłań Maryli. W moim przekonaniu są w porządku. Inną sprawą jest, na ile odbiorca przesłań jest je w stanie przyjąć z takim zrozumieniem, żeby móc je zastosować. A w przypadku tych akurat mało kto by potrafił, jako że jest to prawda z najwyższej półki. Wyżej już nic nie ma. Dlatego mówienie na tym etapie o Hierarchii już nie ma racji bytu. Nauczyciel przeprowadził cię przez żłobek, przedszkole, szkołę i uniwerek, o którym mówi Sziwa. I na tym jego rola się kończy. Przyprowadził cię do tego momentu, a teraz już zostajesz sam na sam z tym, co masz w sobie. I tylko tam już masz szukać prawdy - nie w książkach, kilometrowych wykładach i przekazach. Tu już nie potrzeba wielu słów. Jak to ładnie ujmuje Nauczyciel Agni Jogi: „prawdę da się zapisać na dłoni niemowlęcia."    Krótkie oznajmienie, które usłyszała Maryla: „Ja to ty" z całą pewnością zmieści się na dłoni niemowlęcia.  Tu już nie ma żadnych „niższych gatunków", pouczania, wtrącania się czy nie wtrącania, karmy i tym podobnych rzeczy, dlatego, że nie ma osoby, która niosła tę karmę i która była pouczana, nie ma małego, ludzkiego ego, jest tylko Bóg i Jego odzwierciedlenie - „Ja" jako „ty". Tak więc nikomu z nas do Boga nie jest daleko. Widać to dobrze na rysunku, który narysowałam poniżej. Nie istnieje przestrzeń między Bogiem i jego odzwierciedleniem. Wystarczy tylko zdjąć kostium złudnej osobowości. (Co wcale nie jest łatwe, oczywiście).
            Uważam, że przekazy są genialne. Dlaczego? Bo są logiczne, brzmią prawdziwie i zgadzają się dokładnie z naukami duchowymi, które akurat studiuję, a których prawdziwość jest potwierdzana w praktyce życia. To najlepsze kryterium, nie uważasz? No i nawiązują bezpośrednio do tego, co najważniejsze - naszej relacji ze Stwórcą. Odkrycie prawdy o tej relacji - a właściwie to jej odczucie w swoim wnętrzu - to jedyny cel, jaki mamy do osiągnięcia w tej materialnej iluzji, w jakiej przebywamy. A teraz popatrz. Narysowałam to, co usłyszała Maryla (mam nadzieję, że rysunek przejdzie przez pocztę). A usłyszała: „Ja to ty, ale ty jesteś we mnie".





Jeśli „Ja" to „ty", to owo „ty" zawiera w sobie wyłącznie to, co ma w sobie „Ja", czyż nie? I tu masz potwierdzenie choćby biblijnego obrazu i podobieństwa Boga, jakim ma być człowiek. Czy zatem może być w człowieku cokolwiek, czego nie ma w Bogu? Czyli jakakolwiek niedoskonałość? Ból, choroba, defekt? Człowiek jest niczym innym, jak autoekspresją Boga, a iluzoryczna, materialna, podległa zepsuciu i rozpadowi forma nie ma nic wspólnego z boskością. Ta „materialna forma" jest tylko grą wyobraźni, a miejsca zajmuje tyle, ile go zajmuje sen.


Nie czynimy siebie Bogiem.


            Oczywiście „Ja to ty" nie oznacza, że czynimy z siebie Boga. Relacja jest zawsze w jedną stronę: "Ja" jest Przyczyną, „ty" jest skutkiem. Przyczyna zawsze leży w gestii Stwórcy, stworzenie zawsze jest skutkiem tej przyczyny. Zauważ jaką fantastyczną rolę w tym stwierdzeniu odgrywa mały spójnik „ale". Ja to ty, ALE ty jesteś we mnie". Co to znaczy? Ja to ty, ale Ja jestem czymś więcej niż ty. Można by powiedzieć: Ja jestem środowiskiem, w którym istniejesz, powietrzem, którym oddychasz, życiem, którym żyjesz. Tym jest „Ja".

            „Ty" jest podobieństwem „Ja", ale nie jak jeden do jednego, bo Ja rozprzestrzenia się dookoła „ty", wyrasta ponad „ty" i sięga w nieskończoność. Nie pomniejsza to jednak znaczenia „ty", który zawiera wyłącznie cechy zawarte w „Ja".
            Na tym rysunku także widać ilustrację innej wiadomości, jaką otrzymała Maryla: „odzwierciedlam siebie samego we mnie." Albowiem „ty" (wielokrotnie odzwierciedlone w całej nieskończonej boskiej różnorodności) wciąż znajduje się w obrębie „Ja". Nic się nie dzieje na zewnątrz „Ja". I ta sytuacja - bycia w NIM - gwarantuje bycie w obrębie doskonałości. W doskonałości może istnieć tylko doskonałe. Dlaczego więc czujemy się niedoskonali, materialni, nietrwali? Bo zamknęliśmy oczy na własne boskie „ty". Nikt nas w tej iluzji nie powiadomił, że jesteśmy takim wspaniałym, nieśmiertelnym „ty". I teraz cały sens pracy na tym etapie zmiany wieków, polega na wydobyciu się z tego ograniczającego nas osobowego pudełka, w którym jesteśmy zamknięci i dostrojeniu się do naszego „ty".
            Można by powiedzieć, że ściany tego pudełka ilustruje na rysunku okrąg wokół „ty". Jest jednolity, zwarty, zamknięty. Ten okrąg to nasze wierzenie w formę substancjalną, fizyczną, jak najbardziej dla nas istniejącą. Ale właśnie ten okrąg to wszystko razem wzięte: ego, śmiertelny umysł i jego „ciało", które sam sobie sugeruje stanowiąc jedno, sam ze sobą tocząc dialog o śmiertelnej historii ludzkiej istoty, o trwaniu w czasie, o trzęsieniach ziemi, katastrofach, chorobach, wypadkach, złości, nienawiści, nieszczęściach, słabości i niemożności. Na tym okręgu trwa ta maskarada, ten teatr, to wszystko, czym „ty" jest osaczone i co mu przeszkadza zrozumieć, czym tak naprawdę jest.
            To, co mamy do zrobienia, to przebić się przez tę zwartą barierę iluzorycznej przeszkody, odgradzającej nas - tylko mentalnie, bo nie rzeczywiście - od naszego prawdziwego środowiska, w którym jesteśmy zanurzeni. A zanurzeni jesteśmy w Miłości, gdyż „Ja" jest Miłością, jak wiadomo. W związku z czym, „ty" - jako obraz i podobieństwo, jako odzwierciedlenie „Ja" jest także Miłością. I wtedy rysunek by wyglądał tak:




Człowiek nie jest i materialny, i duchowy


            Przywykliśmy mówić, że człowiek jest zarazem i materialny i duchowy. Że swoje odbębnia w fizyczności, potem umiera i jego dusza (jeśli ktoś wierzy w ogóle w istnienie duszy, bo przecież nie wszyscy w nią wierzą, czyli dla tych istnieje tylko człowiek fizyczny) przechodzi gdzieś w zaświaty. Póki tego „życia", póty rządów fizyczności, nie ducha. Mózg jest panem sytuacji, do niego przypisany jest jakiś umysł, który podobno myśli i każe cicho siedzieć duszyczce, zapędziwszy ją w kąt, w jakiś zakamarek materialnego ciała, gdzie siedzi bidula cichutko, jak mysz pod miotłą i czeka na uwolnienie poprzez śmierć „człowieka". Piszę „człowieka" w cudzysłowie, bo nazywanie człowiekiem czegoś, co jest poniżej „Ja to ty", zakrawa na bluźnierstwo.

            Jeśli istnieje grzech pierworodny, to jest nim wiara w dualność - w istnienie człowieka fizycznego i duchowego. „Jeśli jest nas dwóch -  powiedział Tolle w Potędze teraźniejszości - to znaczy, że jeden z nas jest nieprawdziwy." Oczywiście nieprawdziwy jest fizyczny. Istnieje tylko człowiek duchowy, który panuje nad wszelkimi formami, jakimi zechce się posłużyć. I które to formy są nietrwałe, a już na pewno nie autonomiczne, żeby móc decydować o stanie CZŁOWIEKA.
            Czytałam o pewnym mężczyźnie, któremu lekarze powiedzieli, że ma nieuleczalnie chore serce i zaprzestali leczenia. Tenże człowiek, wiedząc, że jest odzwierciedleniem Boga, czyli o zasadzie „Ja to ty" uświadomił sobie nagle taką oto prawdę: „Nie muszę umierać, żeby się przekonać, że żyję nadal, że jestem zdrowy, i że w ogóle nigdy nie chorowałem." I w tym momencie wyzdrowiał. Wyzdrowiał? Nigdy nie chorował, więc z czego miał niby wyzdrowieć? „Ja" nie choruje, a tym samym nie choruje „ty". Wystarczyło to sobie uświadomić na poziomie odczucia.

dwa zywioly....

Człowiek jest bezpieczny w Bogu


            Zasadą człowieka jest boskość. Jego podstawową cechą. „Ja to ty", to jedyne trzy słowa, którymi należałoby nauczyć się mierzyć siebie, swoje życie i wszelkie relacje z otoczeniem. W moim rysunku - to wszechświat boskiego „Ja". I we wnętrzu tego wszechświata, tego boskiego „Ja", znajduje się „ty", czyli człowiek. Zewsząd otoczony boskim „Ja", a więc bezpieczny, niedosięgły dla czegokolwiek negatywnego (bo jakże cokolwiek negatywnego mogłoby wtargnąć w obręb wszechobecnego, wszechmocnego dobra, jakim jest Bóg?) pozostaje nietykalny. „Ja" jest wszystkim, co jest.

            Narysowałam okrąg na tle białej kartki, ale to tylko dla ilustracji samej idei. Bo właściwie to całą zawartość tego okręgu należałoby rozprzestrzenić daleko poza obręb kartki i posłać daleko w głąb wszechświata, który jest bezgraniczny (tutaj sugeruje to przerywana linia okręgu). Albowiem „Ja" jest nieskończone, wszechobecne, wieczne. Jakim cudem zatem jakiekolwiek zło mogłoby znaleźć dla siebie punkt oparcia we wszechobecnej boskiej doskonałości, w harmonijnym Życiu, którego źródłem jest Bóg? Jakie zło ma prawo do nas mówić „ty", mówić nam: „ty jesteś chory, słaby, zagrożony, biedny, nieszczęśliwy, kruchy", po tym, jak Bóg powiedział kim jest „ty".
            I tak można by układać te logiczne sylogizmy w nieskończoność. I zawsze nam wyjdzie, że zło nie ma istnienia. No bo jeśli jedynym istnieniem jest Bóg, wszechobecne dobro, to gdzie podziewa się owo zło? Tylko w złudnym, śmiertelnym umyśle, który jest wytworem widmowego, małego ego, nierealnego „ja". Nierealnego, bo jedyne „Ja" należy do Stwórcy.

Powrót do siebie


            No dobrze. Skoro to wszystko jest takie proste, to dlaczego jest takie trudne. Co w tej prawdzie jest takie trudne, że nie jesteśmy w stanie zademonstrować jej na sobie w codziennym życiu?

            Otóż ciągle nam się zdaje, że jesteśmy na zewnątrz koła, które ilustruje boskie „Ja". Pewna starsza pani powiedziała mi kiedyś: „Bóg ma ważniejsze sprawy niż opiekowanie się moim mieszkaniem." No właśnie. Bóg jest od ważniejszych spraw. Zrobiono wszystko, żeby nas przekonać, że jesteśmy oddzieleni od Boga, że jest On gdzieś na zewnątrz nas, w jakimś niebie, może siedzi na obłoku, jak to widać na obrazach, może skądś tam nawet na nas spogląda, chociaż i to nie jest pewne. Moja znajoma tak to ujęła: „A czy Bóg mnie w ogóle widzi, taka małą mrówkę?" Jednym słowem na pewno mentalnie i świadomościowo nie czujemy się zjednoczeni z naszym Stwórcą. A już na pewno kłopot sprawia poczuć się „w Nim". A to by załatwiło sprawę!
            Piszesz, że uświadomienie sobie przez człowieka jego prawdziwej natury może grozić szokiem pourazowym, że byłby jak ślepiec, który pierwszy raz zobaczył ludzi po usunięciu wady wzroku. Dlaczego mielibyśmy uważać, że takie przebudzenie grozi człowiekowi wstrząsem, albowiem odkryto by przed nim coś nieznanego na jego temat? Odwrotnie! Toż to byłby powrót do prawdziwego siebie! To coś jak powrót do ukochanych, wydeptanych, wygodnych kapci po torturze chodzenia w ciasnych butach na wysokich obcasach!
            Czytałam kiedyś świadectwo uzdrowienia, przekazane przez młodą dziewczynę. Kiedy dotarła do niej prawda o jej prawdziwej istocie, nagle poczuła, jakby zalegająca w niej chmura nagle podniosła się w górę, odsłaniając rześkość, świeżość, poczucie zdrowia, harmonii i radości. Jak to określiła: „Argumenty cielesnego umysłu ustąpiły, otwierając drogę spokojnemu odczuciu dobra."
            Przecież my chodzimy w nie naszych ubraniach! Jesteśmy jak aktorzy wbici w kostium, maski, gorsety, peruki, zbroje, i inne szaty. Kiedy to z siebie zdejmiemy, to dokładnie jak aktorzy po spektaklu odetchniemy z ulgą, wrzucimy na siebie znaną i lubianą koszulkę, dżinsy i polecimy do domu. POWRÓT DO DOMU. Tylko to może nas spotkać. Czy może być coś radośniejszego, obiecującego większą swojskość i wygodę?
            W artykule, który ostatnio tłumaczyłam, bardzo trafnie jest to opisane:

            „Gdy jesteśmy w teatrze i kurtyna ostatecznie opada, wiemy że przedstawienie się  skończyło, więc wychodzimy. (...) Przedstawienie skończone - przedstawienie  osobowego zmysłu dobiegło końca. Kurtyna opadła, a my powstrzymajmy się od powrócenia, żeby zobaczyć, co się dzieje. Sztuka się skończyła. Osoby dramatu   były tylko snem - czystą fikcją. Nie ma substancji ani tożsamości w spektaklu.      Opuściliśmy kurtynę i tożsamość człowieka czyli świadomość odzwierciedla tylko światło zawsze obecnej Miłości. (...) Nie musimy się udawać w jakiejś miejsce, by dotrzeć do domu po skończonym spektaklu. Człowiek jest domem, człowiek jest niebem. Przeszkadzające śmiertelne molekuły, nazywane człowiekiem, znikają jak  sen. Jeśli to jest sen, to traktuj to jak sen."


            W narysowanym przeze mnie kręgu zamyka się też sprawa nieba. Wychodzi to nawet w modlitwie „Ojcze nasz". Modlimy się „Ojcze nasz, któryś jest w niebie". Skoro my jesteśmy w NIM, a On jest w niebie, to my też jesteśmy w niebie. JESTEŚMY NIEBEM,  bo „Ja to ty". I wszystko fizyczne, zmysłowe, materialne co temu zaprzecza, jest kłamstwem. Tylko dobro jest prawdą, tylko piękno jest prawdą, bo jest to prawda o jedynym Istniejącym, który pokazuje siebie, przejawia siebie, manifestuje siebie nawet poprzez tę naszą iluzję. Moglibyśmy sobie w tej „materii" funkcjonować, czemu nie, ale świadomi swojej prawdziwej natury, świadomi, że „Ja to ty". Byłby to taki „sen bez śniącego", o którym już kiedyś pisałam.


Marek:


Nie wiem czy pamiętasz, kiedyś otrzymałem od Maryli przekaz do mnie, bym nie spieszył się z rozwojem za szybko, bo przepalę sobie złącza synapsów, może to Maryla potwierdzić, kazano mi zdjąć pierścień atlantów na jakiś czas... to zapewne znaczy, że tak od razu nawet uwolnieni z ciała fizycznego po śmierci mamy pozostałe, w których też przed Nim stanąć nie możemy, pamiętam jak Maryla zwracała mi uwagę u Sitchina, że nasi "bogowie" też mają swoich wyższych, a tamci mówią również to samo o swoich, i to idzie w Nieskończoność jak w Agni Jodze.


(...) Wszyscy jedziemy jak windą w rozwoju duchowym i zapewne nie jeden chciałby się dostać na najwyższe piętro od razu, ale ja mam świadomość, że nie mogę z takim balastem jaki mam, muszę go gubić po piętrach, zanim oczyszczony z niego i oświecony całą drogą przez doświadczenia wszystkich pięter stanę przed Stwórcą, czysty, zdrowy i doświadczony nieskończonością drogi i będąc na każdym odcinku drogi z Nim i w Nim! Ale nie przed Nim..


 
Kiedyś chciałem pomajstrować sobie przy trzecim oku, zostałem porażony światłem i wtedy zrozumiałem, że od razu nie będę na szczycie, że muszę iść jak inni i nie ma drogi na skróty!

Marta:


Majstrowanie przy trzecim oku czy przepalenie złączy synapsów oraz pierścień atlantów to rekwizyty i terminologia ciała fizycznego, czyli mitologia cielesnego umysłu. I jeśli będziemy majstrować przy tymże ciele, to pewnie, ze dostaniemy po łapach, bo taki rezultat jest zapisany w tejże cielesnej mitologii. Tak więc rzecz w tym, żeby w ogóle odkleić się od tej mitologii. My mówimy o powrocie „do siebie", czyli do swojej autentycznej, rzeczywistej chrystusowej natury, a ona nie może nieść ze sobą żadnego zagrożenia. Jasne, że u różnych ludzi ten powrót odbywa się w różnym tempie i na różne sposoby. W duchowej nauce, którą studiuję też jest mowa o tych spośród nas, którym przychodzi całe lata do tej natury się dostrajać. Jest na przykład taki artykuł, zatytułowany
Narodzić się na nowo, a nawiązujący do rozmowy Jezusa z Nikodemem, gdzie Jezus mówi o konieczności ponownego narodzenia się z Ducha. I jest taki oto fragment w tym artykule:

„Czasami wygląda na to, że srogi mozół, okrutny trud, ciężkie bóle porodowe towarzyszą naszemu budzeniu się do duchowej natury. Możemy być nawet skłonni uważać, że Bóg nas karze. Ale to grzech i poczucie śmiertelności przynoszą sobie swoją własną karę i zniszczenie, gdyż są fałszywymi przekonaniami. Tak długo, jak akceptujemy lub utożsamiamy się z błędem, że życie i inteligencja są w materii lub pochodzą z materii, tak długo karanie tego błędu zdawać się będzie spadać na nas.
Tymczasem, tak naprawdę, zamiast nas karać, boska Miłość budzi nas ze śmiertelnego snu. Czynione jest wszystko, byśmy odwrócili się od materialnego zmysłu ku duchowej rzeczywistości. (...) Boska Miłość skarci i zniszczy chorobę, zniszczy przekonanie o życiu w materii. Obudzi śpiącego - grzesznika śniącego o przyjemności w grzechu; chorego, śniącego o cierpiącej materii; leniwego, zadowolonego, że sobie śpi i śni. W ten sposób rozumiemy konieczność nowych narodzin i rozpoznajemy znaki tych narodzin.
            W rozmowie z Nikodemem Jezus dał do zrozumienia, że takie narodzenie się na nowo jest sprawą jednostek. Nie może mieć miejsca na skalę masową, ani też nie da się uniknąć odpowiedzialności czy przekazać ją innemu. Tylko jednostka wie, jaki czyni postęp, jakiego dokonuje wysiłku i jakie poświęcenie ma miejsce."



            Nie zajmowałabym się w ogóle tym tematem, gdyby nie czasy, w jakich żyjemy. A czasy są takie, ze mamy się OBUDZIĆ. Już. I tyle. Koniec spania. Koniec długiej wędrówki, żmudnego oczyszczania się, wszelkich tego rodzaju rytuałów, które obowiązywały przez tysiąclecia. JUŻ PRZESTAJĄ OBOWIĄZYWAĆ. Przyszedł termin. Wchodzi nowy sposób istnienia i zbliżania się do Wyższej Świadomości. Jak to się będzie odbywać i jak odczuje to każdy z nas, nie mam pojęcia. Czytam tylko, że światło świeci coraz mocniej i powstają warunki, sprzyjające budzeniu się ludzi. Choćby w świetnym tekście Era Wodnika, który mi przesłałeś właśnie ten narastający nieuchronnie proces nasycania świadomości ludzkości światłem jest bardzo ładnie opisany:


„Drgania energetyczne Słońca Centralnego o dużej częstotliwości zalewają naszą planetę inicjując erę pozytywnego duchowego przełomu. Promieniowanie Ery Wodnika aktywizuje ewolucję planety i jej mieszkańców w tak ogromnym stopniu, że jej wpływowi ulega każdy. Nowa era wywołuje gruntowne zmiany we wszystkim, co dotychczas obowiązywało, usprawniając to i podporządkowując
nowym kryteriom. Kosmiczne wpływy osiągają taki stopień, że przełomowe wydarzenia, odkrycia i wynalazki stają się czymś powszednim. W tym „dostojnym" wieku mają miejsce również ogromne przemiany w warstwie duchowej. Zdaniem Semjase to co intelektualne przestaje być miarodajne i uzupełnione zostaje wiedzą i umiejętnościami. Wszystko, co hamuje i zniewala umysł, podlega zniszczeniu. Ten nowy początek niesie ze sobą konsekwencje brzemienne w skutkach, zarówno dla całej ludzkości, jak i dla każdego człowieka z osobna."

            Tak więc to, co się dzieje z nami podlega impulsom spoza naszych wyobrażeń i schematów myślowych, za pomocą których przywykliśmy opisywać drogę naszego rozwoju. Oto już przestaje być aktualna. Życie w materii jest hipnotycznym snem - co chcesz poprawiać we śnie? Z czego się oczyszczać? Jesteś czystą, nieskazitelną ideą Boga i niczym innym nigdy nie byłeś. I to masz sobie po prostu uświadomić. Tak jak to ładnie kiedyś było ujęte w przekazie Obietnica Boga:



Jestem tutaj z tobą, kiedy bierzesz ostatnie oddechy swojej drzemki
i w pełni budzisz się do stania się Potężną Istotą, jaką jesteś.

            Mamy do czynienia z etapem „ostatnich oddechów naszej drzemki" i budzimy się do stania się „Potężną Istotą, jaką jesteśmy". Taki mamy teraz czas. Już nie jedziemy żadną windą.





Rozmowa 36




Marek:


            Zapewne już to czytałaś, albo sobie ściągnęłaś. Jest też do ściągnięcia mp3, muzyka dość ciekawa i inne wizualne obrazy z tego miejsca odkrycia. Ciekawe, że gdy trafiłem na Starożytną Strzałę, myślałem o niej jak o fikcji literackiej, a to się okazuje prawdą namacalną z fizycznymi artefaktami... ciekawe.

(Evt3_Aktywizm_Duchowy)

Marta:


            Nie czytałam, ale przeczytam, bo akurat WingMakers przemawiają do mnie. Muzyki słuchałam, ale nie chce mi się wchodzić w te wszystkie ćwiczenia. Prawdę powiedziawszy to jestem już śmiertelnie zmęczona tymi wszystkimi wiadomościami, radami, pouczeniami. Chce mi się wreszcie zobaczyć, co kryje moje wnętrze. Wszak każdy z nas jest wszechświatem. Holograficzną klateczką całości, powtarzającą sobą tę całość. No to ja bym chciała wreszcie poznać, co to znaczy. A nie poznam, jeśli będę występować w charakterze kosza na różne szpargały, a to takie, a to siakie, w gruncie rzeczy powtarzające już coś, co znam.

            Kończę zatem na wywiadzie z Jamesem. Był mi on wielką pociechą, bo potwierdził mój wybór ostatecznej postawy, która sprowadza się do trzech słów w charakterze motta, wskazówki i tematu do zgłębienia jako pracy do wykonania: „Ja to ty". Wszystko co jest poza „Ja to ty" należy do sfery HMS, czyli Human Mind System, a więc do sfery małego, egotycznego umysłu, który jest sztucznie do nas doczepiony w charakterze bardziej hipnotycznej sugestii, aniżeli rzeczywistości. James nazywa rzecz po imieniu: oszustwo. Od dawna to wiem i powtarzam, a on mnie teraz w tym tylko utwierdził. A skoro oszustwo, to nie ma co temu poświęcać uwagi.


© WingMakers LLC
            
Dlatego nie potrzebuję już lektur, wykładów i tym podobnych atrakcji, które są wodą na młyn HMS, czyli Systemu Ludzkiego Umysłu. Czytając, analizując, wgłębiając się, dyskutując nad kolejną nowością czy - co gorsza - powracając do kiedyś przeczytanych rzeczy karmię tylko i tuczę osobowy umysł. On ma zajęcie i kwitnie, a tym samym Duch zostaje zepchnięty w niebyt. Bo albo osoba albo Duch. "Ty" jak wiesz nie jest osobą.
            Mam zostać sam na sam z moim oddechem, który jest świadectwem łączności z prawdziwym Życiem, czyli z Bogiem czy Duchem, a więc moim Źródłem, z biciem mojego serca, które jest biciem serca Źródła. I tam mam szukać ciszy, spokoju i bliskości ze Źródłem. Dokładnie według wskazówki Jezusa, która brzmi jak najbardziej na czasie: "Znajdźcie królestwo boże w sobie, a reszta będzie wam dodana."
            Trzeba się zatem wyłączyć, przeprogramować i włączyć ponownie już na nowym programie. A wtedy będziemy mogli powiedzieć jak nasz Nauczyciel powiedział, że jesteśmy w tym świecie, ale nie z tego świata. Tego uczą też WingMakers. Mamy normalnie funkcjonować, pracować, robić zakupy, sprzątać i gotować, spotykać się z przyjaciółmi, ale już mając inną perspektywę postrzegania spraw. Tę perspektywę może dać tylko zrozumienie co to znaczy, że „Ja to ty", czyli - jak mówią Wingmakers - co to znaczy być ekspresją Źródła na co dzień. Tylko tyle mamy do zrobienia. Wszystko, co nas od tego odciąga, działa w obrębie HMS, a więc iluzji, kłamstwa i tłumienia naszej prawdziwej natury. James bardzo zgrabnie to ujął:

„...pragnienie większej ilości informacji i wiedzy jest potężnym nałogiem HMS (Systemu Ludzkiego Umysłu). Doradzałbym ci, abyś odwrócił swoją uwagę od zdobywania  informacji i wiedzy, i skoncentrował ją na stosowaniu cnót serca wobec siebie samego oraz wobec innych w twoim multiwersie lokalnym; wsłuchuj się w swój oddech, gdyż za każdym razem kiedy skierujesz swoją uwagę na własny oddech, dotkniesz nieco bliżej Istoty znajdującej się w twoim wnętrzu w najbardziej centralnym punkcie twojego istnienia. Odczuwaj wzmacnianie się tej więzi oraz miej pewność,  że wszelkie mury jakie zostały postawione pomiędzy wami lub jakie będą postawione pomiędzy wami, ulegną rozebraniu. Jeśli koncentrujesz się na tym, odnajdziesz dostęp do wszystkiego, wliczając w to język Suwereno-Integralności oraz to, jak przebudzić w sobie jej kulturę i żyć pośród jej miejsc przebywania
."

 © WingMakers LLC

A ta kultura to jest coś, o czym też powiedział Jezus: „Zaprawdę mówię wam, jeśli się nie staniecie ponownie jako dzieci, nie będziecie mogli wejść do królestwa niebieskiego." I teraz to ja zgłębiam właśnie ten temat: co Jezus miał na myśli mówiąc właśnie to.


Marek:


Gdyby ten tekst przyszedł do mnie bez adresu, myślałbym zapewnie, że to od Maryli... ale teraz na poważnie, czujesz się najedzona i syta więc trzeba czasu by strawić, ale to co przesłałem ci dzisiaj przeczytaj, bo ułatwi Ci trawienie...


Marta:


No to też powiedziałam, że przeczytam... Wydaje się być na temat. A co do Maryli... Maryla wprawdzie nie chce już czytać, ale też nie chce zgłębiać, że Ja to ty. W odróżnieniu ode mnie. Nikomu się nie chce szukać w sobie. Każdy zwrócony jest na zewnątrz i rozgląda się, że ktoś lub coś mu wreszcie załatwi sprawę. Ja zresztą nie jestem wyjątkiem. Niby rozumiem, że nie na zewnątrz, ale jak znaleźć wewnątrz też nie wiem.


Marek:


A ja wiem i Ci powiem....Wyobrażam sobie, że jestem sobą w ciele jak w kombinezonie z zamontowanym umysłem, któremu kiedyś na długich trasach np. oddawałem kierownicę, by samemu zagłębić się w myślach lub w rozmowie z pasażerem. Co ciekawe, wtedy się nie zacinałem w rozmowie tak wyrobiłem sobie odruch otrzymywania znaku od niego, że jest coś na drodze, czego nie widzę wzrokiem, na przykład wóz konny za zakrętem lub umówiona knajpka na posiłek. Tak to sobie wyrobiłem, że zwalniałem nie wiedząc dlaczego, po czym okazywało się, że to policja drogowa.

A co myślisz o tym? (Dyskurs 1 - Doświadczanie Nawigatora Całości)

Marta:


Powiedziałabym, że to jest sprzeczne z tym, co powiedział James w wywiadzie. Po pierwsze powiedział, że to nie Pierwsze Źródło stworzyło fizyczny instrument ludzki, a Anu, po czym nakłonił Suwerenów podstępem, żeby weń wleźli. Po drugie powiada, że ewolucja to też system zdradliwego Anu obliczona na rozwleczenie w czasie i związek z Human Mind System. Nie ewolucja, lecz transformacja powinna mieć miejsce, a ta się może zdarzyć w każdej chwili. A wtedy następuje powrót do świadomości Źródła. Tutaj czytam:
"nauczyciele po prostu dotykają więcej krawędzi fragmentu-Boga niż inni, ale zapewniam cię, w jego głębokie obszary nie wchodzi nikt, kto żyje w instrumencie ludzkim. "  I nawet Jezusa to dotyczy według tego tekstu:
"żaden nauczyciel nie potrafi przeskakiwać pomiędzy tymi rzeczywistościami z utrzymaniem nad tym kontroli i pewności działania."   
No to jakim cudem Jezus z Ojcem był jedno? A był, bo dawał tego nieustannie dowody i przeskakiwał jak chciał. Jeśli by nie było możliwe zrealizowanie świadomości Źródła przez człowieka tu i teraz, to cała idea nowej ery wzięłaby w łeb. Albowiem co mówi James? A to:
"Celem tej nowej ery jest transfer wiedzy odnośnie Suwereno-Integralności, tak, aby ludzkość mogła zacząć żyć - poprzez autentyczne samowyrażanie siebie - zachowaniami Suwereno-Integralności tutaj na Ziemi. Innymi słowy, oszustwa utrzymujące się w tym świecie, systemy tuszowania, ulegną stopniowemu zanikowi, a w następstwie rozwijania się tego makroprocesu z równoległym transferem wiedzy jednostki, Pierwsze Źródło będzie mogło zamieszkać światy wymiarowe Po Raz Pierwszy. W różnych tekstach duchowych nazywane jest to określeniem "Niebo na Ziemi"."
I ja na to liczę! Inaczej jaki by to wszystko miało sens? Pamiętam podobną zapowiedź w tekście, który Ci kiedyś przesłałam. To był fragment książki Kena Careya Trzecie milenium - życie w posthistorycznym świecie z roku 1991. W rozdziale Moment kwantowego przebudzenia tak to jest ujęte:
Chociaż będzie wiele przebudzonych jednostek jeszcze przed pierwszym zjednoczonym dźwignięciem się przebudzonego planetarnego organizmu, ten ruch, jak pierwszy oddech, pojawi się w jednej zaledwie chwili. To wtedy Twórca Gwiazd będzie świadomie obudzony we wszystkich systemach ludzkiego obwodu biologicznego zdolnego podtrzymać uniwersalną świadomość. Dzieci czasem rodzą się wcześniej, czasem później. Tak więc bądźcie uważni, bądźcie czujni. Nie wykluczajcie możliwości, że ten moment może przyjść jak złodziej w nocy. I nie znajdźcie się pomiędzy głupcami, którzy czekać będą do ostatniej chwili, by zaakceptować fakt wzrastania świadomości.
To ma być ważna okazja. Jest to wydarzenie kluczowe dla historii ludzkości. Przez wiele tysięcy lat przywiązywaliśmy wielką wagę do przygotowania was do tego jednego momentu. Bo chociaż zmiany będą radykalne, to nie muszą być traumatyczne. I choć przyniosą one zasadnicze zmiany w ludzkim rozumieniu natury rzeczywistości, nie musi to być postrzegane jako groźne. W gruncie rzeczy jest to pozytywne i radosne zdarzenie. Świadomość, która ostatecznie się wyłoni, będzie świadomością Odwiecznego, Stwórcy  Życia, obudzonego i świadomego siebie po raz pierwszy wewnątrz materialnego wszechświata."

Dokładnie to samo, czyż nie? Co tam instrument ludzki! To tylko koncept HMS. Nie ma nic prócz Boga, prócz Źródła i to On realizuje swój plan. Chce się obudzić i być świadom Siebie w wymiarowym świecie to to zrobi. To w końcu Jego świat, Jego życie i Jego plany. Dlatego te wszystkie tam światy i wszechświaty, siedem ich czy trzynaście, kto w czym i co w czym - po co mi to? Mówię Ci, Marek, spróbujmy poczuć, co to znaczy stać się jako dzieci. To o wiele zdrowsze i - jak twierdzi Jezus - skuteczne.
 


Marek: 

Mnie chyba łatwiej jest to zrozumieć i sobie poukładać, bo studiowałem razem z Agni Jogą Ab-du rashina W świetle Prawdy, gdzie opisana jest bardzo szczegółowa Hierarchia istot duchowych, od Boga, przez Praduchowe i Duchowe istoty niematerialne, jako zupełnie różne gatunki, ale nic nie wspominał o tym, że Pierwsze Żródło jako Bóg miałoby zamieszkać w światach materialnych, tak jak materia nie może zaistnieć w duchowym, duchowy w Praduchowym, a wszystko to w Bogu. To niemożliwe fizycznie, tak jak materia w naszym Słońcu bez spalenia, mówi jedynie o przenikaniu boskiej siły na kolejne stopnie, ale tylko w dół. James też pisze o prototypach Pierwszego Źródła w każdym z siedmiu  Wszechświatów, przyjmującym nieskończenie wiele form, jak człowiek, mucha czy zwierzę, to do mnie przemawia, jak jedność prototypowa monad w ciele Brahmy... 
Marta:
            Ja Ci coś powiem. Snuję te wszystkie rozważania, bo mnie te przesyłane przez Ciebie teksty prowokują, no i skoro pytasz, to odpowiadam. Ale tak naprawdę to wypowiedziałam się już dawno i nie chce mi się wnikać w te wszystkie dyskursy. Rzecz jasna zgadzam się z Tobą, że Źródło jako Duch nie zaistnieje w materii i nie połączy się z nią, ale to tylko dlatego, że materia nie ma rzeczywistego istnienia w ogóle. Byłaby przeciwieństwem Ducha, siłą opozycyjną, a Duch jest jedyną mocą i nie ma żadnej opozycji. Gdyby było inaczej nie byłby wszechmocny i wszechobecny. Wszelkie ograniczenia zatem „istnieją" wyłącznie w sposób wirtualny.
            Wszelkie światy, które nie są Duchem, a więc Źródłem, są iluzoryczne. Materia jest wymysłem i pseudo-kreacją osobowego ego, czyli Human Mind System. I cała ta era nowej świadomości i „przebudzenie się" oraz zamieszkanie Pierwszego Źródła w tzw. wymiarowych światach to pewnie oznacza przesunięcie się świadomości ludzi z poczucia, że są tożsami z tzw. fizycznym ciałem do odzyskania odczucia, że są istotami duchowymi. Wszystko po prostu wróci na miejsce: Duch będzie rządził formą, jaka by ona nie była. Jak to nazywają WingMakers Suwereno-Integralność powróci do samoświadomości, do odzyskania poczucia łączności ze Źródłem, której nigdy tak naprawdę nie utraciła. Na mojej stronie internetowej „Etyka serca" zacytowałam pewną mądrość. Mówi ona o umyśle i sercu, ale jeśli uznać, że serce symbolizuje Ducha, to wszystko się będzie zgadzać. A cytat brzmi:


Kiedy serce zajmuje właściwe mu miejsce,
umysł staje się prawdziwie użytecznym sługą
i - paradoksalnie - jest on wówczas
zarówno genialny, jak i szczęśliwy.

            Ego-umysł zatem ma podporządkować się Duchowi w tej nowej erze. I w tym sensie nastąpi „Niebo na ziemi".
            W Chrześcijańskiej Nauce, która interpretuje naukę Jezusa, są dwie piękne definicje: jedna człowieka, druga materii. Definicja człowieka:

© WingMakers LLC

Człowiek nie jest materią. Nie składa się on z mózgu, krwi, kości, ani z innych materialnych elementów. Pismo Święte powiadamia nas, że człowiek uczyniony jest na obraz i podobieństwo Boga. Materia nie jest tym podobieństwem. Podobieństwo Ducha nie może być tak niepodobne do Ducha.
Człowiek jest duchowy i doskonały. (...)
Człowiek jest ideą, obrazem Miłości. Nie jest on konstytucją fizyczną.
Jest złożoną ideą Boga zawierającą wszystkie właściwe idee,
rodzajowym terminem na wszystko, co odzwierciedla obraz i podobieństwo Boga, świadomą tożsamością bytu, jak to podaje Nauka,
w której człowiek jest odzwierciedleniem Boga,
czyli Umysłu, i dlatego jest wieczny.
Jest tym, co nie ma umysłu oddzielnego od Boga, tym, co nie ma ani jednej cechy, która by nie pochodziła od Bóstwa, tym, co nie posiada swojego własnego życia, inteligencji, ani swojej własnej twórczej mocy,
lecz odzwierciedla duchowo wszystko, co należy do jego Twórcy.
Zatem rzekł Bóg: „Uczyńmy człowieka na wyobrażenie nasze,
według podobieństwa naszego.
A niech panuje nad rybami morskimi i nad ptactwem niebieskim,
i nad zwierzętami, i nad wszystką ziemią,
i nad wszelkim płazem pełzającym po ziemi."
Człowiek jest niezdolny do grzechu, choroby i śmierci.
Rzeczywisty człowiek nie może odstąpić od świętości, ani nie może Bóg,
z którego człowiek emanuje,
zrodzić zdolności do grzeszenia lub wolności grzeszenia.

I to jest właśnie człowiek. Suwereno-Integralność jak go nazywają WingMakers, a ta suwerenność i integralność, to suwerenność i integralność Źródła - człowiek jako esencja Źródła odzwierciedla i reprezentuje tylko Źródło i wszystkie jego atrybuty. Od nikogo i od niczego nie zależy, bo Twórca mu mówi: Ja to ty.


            A materia? Oto ona:



„Nie ma życia, prawdy, inteligencji ani substancji w materii.
Wszystko jest nieskończonym Umysłem i jego nieskończoną manifestacją,
gdyż Bóg jest wszystkim we wszystkim.
Duch jest nieśmiertelną Prawdą, materia jest śmiertelnym błędem.
Duch to rzeczywiste i wieczne, materia to nierzeczywiste i doczesne.
Duch to Bóg, a człowiek to jego obraz i podobieństwo.
Dlatego człowiek nie jest materialny, człowiek jest duchowy."

Teraz już wiesz, dlaczego mnie nie interesują te wszystkie opowieści. Naprawdę nie są mi do niczego potrzebne. Mam odnaleźć Siebie. To wszystko, co mam do zrobienia.


..Jeśli chcesz być tam, gdzie nigdy nie byłeś, musisz iść drogą, którą nigdy nie szedłeś. Jeśli chcesz osiągnąć to, czego nigdy nie miałeś, musisz robić to, czego nigdy nie robiłeś”.
- Dominick Coniguliaro

Marek:


Dlaczego masz? Wydaje się, że już znalazłaś i o to chodzi. Odejście w materię jest pewnego rodzaju chorobą zapomnienia, jak u ludzi z chorobą psychiczną, żyjących w innym świecie z ograniczoną świadomością.


Marta:


Ho, ho! Mój kochany! Znaleźć to nie wystarczy dowiedzieć się, że się jest ekspresją Źródła. Sytuacja, w jakiej ja jestem teraz to stanie głodnego dziecka przed wystawą sklepową i oglądanie bułek przez szybę. Znaleźć to znaczy poczuć to, doświadczyć tego, wprowadzić w życie - słowem żyć tym, emanować tym. Tak, jak pisze to James w tekście, który mi przesłałeś o aktywizacji duchowej. Pozbyć się poczucia oddzielności od Źródła i od innych ludzi, w ogóle zniknięcie pojęcia "inny", wyrzucenie ze świadomości poczucia biegunowości czy polarności, zrozumienie, że jedność na poziomie kwantowym to jest nasza wspólna podstawa, a to wyklucza osądzanie. I tak dalej i tym podobnie. Dopóki nie odzyskam poczucia jedności, nie odnalazłam Siebie.







A to? (Dyskurs 2 -
Przywoływanie Nawigatora Całości)
Marta:

Odpowiadam cytatem:


Nauczyciel:
Zatem w czyje ręce złożysz swoje zaufanie?
Student: W swoje własne.
Marta:


Rozmowa 37


Marek:


Polega on na tym, że już on był od zarania, zawsze był, jak i świadomość, że go posiadasz w sobie od początku...

W jakim celu Duch stwarzając ciebie, lub wyrażając ciebie, nie włożyłby wszystkiego, co sam posiada w całości?
Więc, sam musisz na to pytanie sobie odpowiedzieć i nie chodzi tu o polowanie na skarb, ani o żaden rodzaj poszukiwania Jego!
To wszystko już jest w tobie...od samego początku....
A świadomość masowa jest jak rzeka z bardzo silnym prądem i tak silna jak cofająca się fala i to dlatego możesz dać się jej złapać, jak tylko zbliżysz się do Ziemi za blisko, wtedy grawitacja duchowa świadomości wciąga, jak w oko cyklonu, redukując świadomość nieomal do zera, jaką ma podstawowa komórka zygoty w łonie matki....
Nie ma niczego piękniejszego niż twoja dusza poruszająca się na Ziemi. Nie ma nic piękniejszego niż doświadczenie gęstości, doświadczenia oglądania, jak twoja twórczość kwitnie w tym miejscu nazywanym „Ziemia."
To jest zabawne, słyszeć was stojących, przed tymi grupami i z wigorem mówiących o jedzeniu wspaniałego posiłku, próbujących wyjaśnić to aniołom, które nigdy wcześniej nie musiały jeść. Nie wyjaśniasz tego przez słowa albo umysł, wyjaśniasz to przez twoje uczucia. Wyjaśniasz jak to jest kochać się z innym człowiekiem.
I znów, jako anielskie istoty, wiecie sami jak łączą się wasze świetlane ciała, ale to nie przypomina tego doświadczenia na Ziemi, kiedy jesteś na niej sam i samemu tego doświadczasz  we własnym fizycznym ciele i z kawałkiem obudzonej świadomości...i spotykasz podobną sobie istotę...
Słucham was rozmawiających z tymi nowymi wchodzącymi, o odczuwaniu światła słonecznego na twojej twarzy, podmuchu wiatru od morza. Oni nie mogą nawet zgłębić tego odczucia gdy mówicie o spacerach w przyrodzie, chodzeniu w biologii i wewnątrz samego ekosystemu. Nie ma nic lepszego niż takie przeżywanie zmysłowe.
Muszę zachichotać czasami, kiedy wracasz z powrotem do swego trybu" jestem tylko skromnym człowiekiem" za dnia, kiedy słyszę ciebie mówiącego w nocy do tych klas czekających aniołów na wcielenie po raz pierwszy, to jest naprawdę zdumiewające jak mało siebie doceniasz będąc na jawie wcielony.
Właśnie tam twoja pasja się przejawia. Właśnie tam przejawia się twoja prawdziwa miłość życia.
To - co nazwalibyście - eksperymentem oryginalnej Ziemi dowiodło, że jest to takie energetyczne miejsce dla rozwoju duszy, że jest wiele innych ziem tworzonych właśnie teraz. Możecie myśleć, że jest to dziwne, pomimo problemów wobec których ta Ziemia pozostaje, ale czy to jest prawdziwe?
Czy jest to właśnie teraz taka zmiana, którą ten świat przechodzi? Ten skok kwantowy?
To jest wystarczający wzrost świadomości, że tworzone są inne światy z dokładnie tymi samymi cechami fizycznymi, być może w innych wymiarach, ale z tymi samymi podobnymi warunkami życia.
Więc mamy tę Nową Ziemię i jest wiele innych ziem tworzonych właśnie teraz tak jak gdyby w równoległych planach rzeczywistości......
Ludzie w większości właśnie teraz w to wierzą, że przyszłość jest im przeznaczona i zdeterminowana, a oni sami mają bardzo mało do powiedzenia w tym zakresie.
Oni sądzą -a  nawet wiele z tych istot nazwanych oświeconymi i kilku wielkich filozofów jak i pisarzy waszego czasu - wierzą, że przyszłość już jest wpół - utworzona. Oni wierzą, że jest ścieżka, która już jest utworzona dla nich, albo być może, że oni już ją utworzyli, a tak nie jest.
W tym Domu Przebudzenia zaczną rozumieć, że przyszłość nie jest niczym innym jak potencjałem, a potencjały są rzeczami, które oni sobie wyobrażają.
Tak często ludzie obawiają się przyszłości, ponieważ to zostało utworzone w przeszłości. Sami obawiają się potencjałów, ponieważ im wydaje się, że przyciągają najwięcej tych najbardziej dramatycznych i tych najtrudniejszych.
A ponieważ, jeżeli oni są w miejscu lęku i dramatu w miejscu niepewności o siebie i los swoich najbliższych, to jest ich przyszłym potencjałem, którym będą przyciągali właśnie takie traumatyczne przeżycia do siebie. Nie będą widzieli innych wspaniałych potencjałów, które są dostępne dla nich..
Kiedy je uwalniasz, to uwalniasz również siebie i swoje, a nie tylko ich. To uwalnia twoje stare energetyczne związki. Teraz jesteś wolny. Teraz jesteś suwerenny i niezależny.
Czy to nie ma sensu, że nowa relacja może zostać utworzona na innym poziomie, wolnym poziomie, który możesz naprawdę nazwać miłością, a nie karmą?
 Ale historia wykracza daleko poza tę planetę, właśnie teraz historia ta wpływa na tysiące i więcej nowych Ziem, które czekają by zacząć, które formują się w innych wymiarach, one są jak lustra fizycznej Ziemi, oryginalnej Ziemi, i one czekają.

Jako posłańcy, którzy przebyli przez czas i przestrzeń, jesteście na niewyróżniających się poziomach, bo na poziomach codzienności, ale i na bardzo poszerzonych poziomach, by przynieść nowinę dla reszty ludzkości; by przynieść wizję przyszłości; by przynieść nadzieję nowej drogi - i oto dlaczego tutaj jesteście.


Nauczyłeś się tego życie po życiu, i musiałeś nauczyłeś się też, iż moc jest iluzją.


Moc jest starą wibracją energii. Moc - cokolwiek robić z mocą - musi składać się z przeciwstawnych energii: pozytywna/negatywna, męska/żeńska, światło/ciemność - dowolna z nich.

Ale i Ty skupiasz się na ośrodku mocy w umyśle, który jest prawdopodobnie ostatnim prawdziwym centrum jakie masz, lecz i to odchodzi.
A kiedy odejdzie, to otworzysz sam siebie na wewnętrzny i zewnętrzny wszechświat, tego kim naprawdę jesteś. Kiedy ta iluzja ostatnich resztek mocy odejdzie, zrozumiesz że umysł był ograniczeniem.

Ciebie jest o wiele więcej.


Wszędzie we wszechświecie!!!


Rozmowa 38



www.caglecartoons.com   rysunek z: www.tygodnikforum.pl)
Marta:

Ludzkość jest podobna do tego kota, nie uważasz? Założyła trójwymiarowe okulary i jeży się ze strachu na widok tego, na co patrzy. Patrzy rzecz jasna przez filtr tych okularów, więc nie widzi tego, co naprawdę wokół niej się znajduje. Taki kotek pewnie mieszka w przytulnym domu, śpi na pluszowych fotelach, na mięciutkich poduszeczkach i puszystych kocach, ludzie go noszą na rękach, tulą i głaszczą, może nawet cmokają w różowy nosek, a on co? Co sobie myśli po nagłym założeniu okularów? Że otoczony jest zdziczałą sforą psów, które za chwilę go dopadną i rozszarpią. Że jego miseczka jest pusta i za chwilę umrze z głodu, nawet jeśli ujdzie tym psom. Że świat zalewa powódź i nawet jeśli psy go nie rozszarpią, to zatopi go woda - i tak zdechnie, i tak zdechnie. Nic go nie ocali. Jest sam jak palec, nikt o niego nie dba. Myśli więc w panice ze zjeżoną sierścią: uciekać jak najdalej, na jakieś wysokie drzewo i tam przeczekać. Już absolutnie zapomniał, że wokół puchowe piernaty i ludzka nadzwyczajna miłość, gdzie tam! Przecież w okularach będąc ani nie widzi piernatów, ani nie czuje miłości. Jego rzeczywistością jest trójwymiarowy obraz oglądany na ekranie telewizora przez  oszukańcze, kłamliwe okulary. To teraz jego prawda.
            No i tak właśnie jest z nami. Jak mówi Tobiasz (Shoud 1: „Atrybuty Ciebie, Boga", Seria Nowej Energii):
„Kiedy siedzicie tutaj teraz, jesteście we śnie. To jest iluzja. Spróbujcie mnie znaleźć (śmiech publiczności). Jest to bardzo, bardzo rzeczywista iluzja. Jest to potencjał, który jest odgrywany w bardzo intensywny, bardzo skupiony i bardzo materialny sposób."
My też wołamy do kota: tu jestem, znajdź mnie! Ale kot zjeżony po końce wąsów ani myśli nas odszukać. W jego iluzji nas nie ma. Nie ma i już. I w naszej iluzji nie ma ciszy i spokoju boskiej rzeczywistości, łagodnej pogody, lekkiego wietrzyku, boskiej harmonii wszechświata - jedynej prawdziwej rzeczywistości rządzonej przez jedyne prawa - prawa Stwórcy. Żadne inne prawa nie istnieją. Ale my myślimy, że istnieją jak najbardziej. Prawa wywołujące powódź, katastrofy, kataklizmy, głód, biedę i choroby. A to tylko „odgrywany potencjał", jak to określa Tobiasz. Jest to zaledwie jeden z wielu potencjałów możliwych do wyboru. My wybraliśmy tak.

Marek:

Już kiedyś pisałem i tłumaczyłem, że gdyby niemowlę od urodzenia trzymać w okularach rzeczywistości wirtualnej przed obrazem jakiegokolwiek odtwarzacza TV czy DVD, to po wielu latach nie można by było z powrotem odzyskać go na łono społeczeństwa bez gwałtu na psychice, zapewne tak samo lub podobnie byłoby z nami, gdyby zdjęto nam zasłonę trzeciego wymiaru na wyższy, dlatego tak długo trwa proces dostosowawczy z nami...
Jednak dalej trwa przez niektórych proces hołdowania i podtrzymywania iluzji przez większość mediów, a szczególnie w propagowaniu horrorów i wielbieniu reakcji strachu, jak na powyższym rysunku kota, a jak tłumaczą psychologowie jest to podobno odpowiednia dawka stresu potrzebna nam dla zachowania równowagi w społeczeństwie wyścigu szczurów.

Marta:

Chyba nie powiesz, że zdjęcie kotu tych okularów oznaczałoby gwałt na jego psychice!? Każdy widzi, że nic gorszego nie mogło go spotkać, jak patrzenie przez te trójwymiarowe okulary! Gdyby mu je zdjąć, zobaczyłby nic innego jak kocie niebo - ciszę, spokój, bezpieczeństwo, żadnych wściekłych psów, które już go prawie rozszarpywały. Podobnie byłoby z nami. Ja też pamiętam, że poruszaliśmy ten wątek i już wtedy mówiłam, że dla mnie powrót z rzeczywistości wirtualnej do boskiej, a więc jedynej prawdziwej, oznaczałby powrót do siebie. Miałam kiedyś takie doznanie - i co poczułam? Smak Domu, coś tak swojskiego, czego nigdy w tym wirtualnym wymiarze nie doznałam. To w tej obecnej, wirtualnej rzeczywistości czujemy się jakbyśmy byli w obcym kraju, zmuszeni mówić obcym językiem i przestrzegać cudzych zwyczajów i obyczajów. Zdjęcie okularów oznacza powrót do Ojczyzny. Miałam tego przedsmak. I wiem, że tego cudownego, pełnego ciepła, bezpieczeństwa i miłości odczucia z niczym nie da się porównać. Zresztą najlepszym przykładem na to, że zdjęcie „okularów iluzji" jest powrotem do harmonii i bezpieczeństwa jest dla mnie Eckhart Tolle. Do niczego nie musiał się dostosowywać. Po prostu wrócił do siebie prawdziwego i tak już został. Gdyby zdjęto nam zatem zasłonę trzeciego wymiaru to byśmy odetchnęli z ulgą, jak Tolle, a nie doznali szoku. W stanie szoku to my jesteśmy teraz! Permanentnie!

Marek:

Byłoby to takim samym gwałtem na psychice, jak każde odejście z tego wymiaru z gwałtownością śmierci! Nie o to chyba chodzi , żeby przedwcześnie wyjść z gry, bo inaczej po co by był nam program zachowania życia za wszelką cenę?

Wydaje się, że w tym wszystkim, o coś więcej chodzi - aby je zachować za wszelką cenę i pozwolić na przemianę ciała. To jak z rośliną - by po zasadzeniu się ukorzeniła, a wtedy będzie mogła wydać owoce, a to właśnie dla nas byłoby takim owocem: Boski - człowiek, który będzie mógł żyć w obu światach jednocześnie, jak Jezus po zmartwychwstaniu. A On podobno w takim stanie jednak miał z Magdaleną dzieci...
Ziemia w takim stanie jak teraz wydaje się być łapanym przyczółkiem rycerzy światła, by zaszczepić na niej w pełni duchowy świat połączony na stałe z fizycznym, a powstały z tej konglomeracji świat byłby Nową Ziemią!
By się na stałe ukorzenić na niej, musisz uświadomić sobie w każdej chwili jakiegokolwiek działania, że „Jam Jest Obecnością Boga w działaniu" a tak mówi Saint Germain!
Wtedy stajemy się świadomym twórcą - przekaźnikiem twórczej działalności Stwórcy przez nas, czyli nas samych i to tych sprzed wcieleniem, czyli aniołów!
A dalej odpowiada Saint Germain:
„Pytałeś tak jak i wielu innych, jak się osiąga Świadomość Chrystusową. Pierwszym i najważniejszym krokiem jest uznanie Wielkiej Obecności "JAM JEST", czyli Boga żyjącego w tobie. Drugim krokiem jest używanie Obecności "JAM JEST" z pełnym zrozumieniem co te słowa znaczą, wchodzisz w tym samym momencie w Świadomość Chrystusową, choć nie oznacza to, że natychmiast wyrażasz pełnię Świadomości Chrystusowej, ponieważ najpierw musisz wiedzieć dokąd chcesz iść i co chcesz realizować.
Wszyscy, którzy zostali wzniesieni przeszli tę samą drogę, używali tego samego sposobu, ponieważ ta droga prowadzi do Wielkiego Centralnego Słońca i do Boskości."

Marta:

A Tolle? Najpierw mu zdjęto okulary, a dopiero potem zaczął się zastanawiać, co mu się przydarzyło. A więc ani nie użył tej samej drogi, ani nie użył tego samego sposobu. Ani też nie zaczynał od uznania Wielkiej Obecności JAM JEST, czyli Boga żyjącego w nim, bo najprawdopodobniej - wnosząc z tego, co mówi - nigdy nad takimi rzeczami się nie zastanawiał. Obecności JAM JEST - czy raczej Obecności JESTEM, bo Tolle oczywiście nie zna staropolszczyzny - zaczął używać po wybudzeniu się z iluzji. Wszedł w TERAZ i tak już pozostał. I taka jest droga dla ludzkości jako takiej, biorąc pod uwagę, ilu ludzi jest ateistami, ilu wyznaje wszelkie inne religie poza-chrześcijańskie, a więc nie mający tradycji biblijnych, z których wywodzi się terminologia typu „Jestem, który jestem" (żadne JAM JEST) czy też Chrystusowa Świadomość. Ludzie mają być objęci przebudzeniem MASOWO - i to pewnie będzie dla niej droga Tollego właśnie. Najpierw przebudzenie, a potem wyjaśnienie tego, co się stało, nie odwrotnie.

Marek:

"Ponieważ obecna chwila mylona jest z tym, co się w niej dzieje, ze swoją zawartością. Przestrzeń TERAZ mylona jest z tym, co wydarza się w tej przestrzeni. Mylenie obecnej chwili z jej zawartością wytwarza nie tylko iluzję czasu, ale również iluzję ego. "
Tak więc w tej przestrzeni znajdują się nasi znajomi i ich postawy wobec nas, i to jest iluzją,  w której jeśli zaakceptujemy ich takimi, jakimi są naprawdę, znajdziemy się w tym naszym osobistym jądrze przestrzeni TERAZ! To tak jak, kiedy siedzimy w kinie, to raz zapominamy się, bo jesteśmy skupieni na zajmującej nam czas akcji, by po chwili uwagi w TERAZ, patrząc na ekran, mimo, że nam na nim ktoś wygraża pięścią, myśleć: to przecież film, to iluzja, nawet nasi najbliżsi.  I spokojnie obserwować ekran naszych sporów, będąc w cichym naszym TERAZ!
            Podobno dzieje się tak, że - jak mówią E. Tolle i Saint Germain - postacie na ekranie nikną w niskich częstotliwościach i przechodzą w wyższe, zaczynając się do nas uśmiechać. To jedyna droga poszerzania świadomości i próba doganiania transformacji naszych komórek, oraz pozbycia się ego!

Marta:

A propos kina i ekranu. Ty mówisz o zwykłym kinie, tym bardziej jeszcze to widać, gdy porównamy tę całą iluzję właśnie do kina trójwymiarowego, gdzie się zakłada owe okulary, od których zaczęłam całą tę naszą rozmowę. Właśnie obejrzałam w TV film Niesforna Zuzia, którego bohaterowie siedzą sobie w kinie i oglądają najwyraźniej film w 3D, bo mają na nosie okulary (jak u naszego kota). Obserwujesz oto widzów, wszyscy w takich okularach, i nagle patrzysz, jak przechylają się w prawo. Jak jeden mąż. Potem w lewo. My nie widzimy ekranu, a tylko z ich reakcji możemy się domyślać, że okulary im wmawiają coś, co każe im się tak przechylać. Może najeżdża na nich samochód? Nie ma żadnego samochodu, ale oni go „widzą". Po chwili zaczynają machać przed nosem rękami, jakby się oganiali od jakiejś uprzykrzonej muchy. Oczywiście, żadnej muchy przed nimi nie ma. Podobnie wygląda nasza zbiorowa hipnoza, o której mówi Saint-Germain i iluzja, którą bierzemy za prawdę.
            Bardzo trafnie wychwyciłeś ideę przemiany iluzji w prawdę przytaczając zasadę zmiany częstotliwości. Ja bym powiedziała, że to my przestrajamy się na wyższe, dzięki czemu niższych już po prostu nie dostrzegamy. Rozpływają się, odchodzą w niebyt. Wszystko dla nas staje się rzeczywistością wyższych wibracji - i w takiej już pozostajemy. Ludzie, rzeczy, całe otoczenie widzimy już nie przez trójwymiarowe okulary, bo i one odchodzą w niebyt. Jak Tolle właśnie - wszystko widzimy żywszym, barwniejszym, harmonijnym, prawdziwszym, i to nie pod wpływem środków chemicznych, ale dlatego, że przeskoczyliśmy - lub też przeszliśmy gładko - na wyższy poziom istnienia. Naszego własnego, naturalnego, rodzimego, najprawdziwszego w świecie istnienia. I to tu i teraz.
            A jak to się wszystko wydarzy? Czy przypominasz sobie, co napisała Maureen Moss z World Puja Network w swoim majowym komunikacie, który przesłałam Ci kilka dni temu? Napisała bardzo konkretnie, że ustalany jest nowy wzorzec dla lewej i prawej półkuli mózgowej, co jest konieczne, by je dostosować do tego, czym się stajemy: wyżej wibrującymi krystalicznymi istotami. Pisze ona tak:
Nasz mózg musi być zdolny wysyłać naszemu ciału nowe, przyśpieszone sygnały wyższej świadomości, czyniąc nas zdolnymi do stania się tym, czym dawno temu było nam przeznaczone, byśmy się stali - Oświeconymi Bogami w ludzkiej formie, w pełni gotowymi przemierzać wielowymiarowe życie z łatwością i wdziękiem."
            Czego jeszcze się dowiadujemy z tego komunikatu? Tego, że w naszych mózgach rozbudzana jest nowa elektryczna energia i tworzone nowe ścieżki neuronowe, co zostało zresztą ostatnio przyśpieszone - konkretnie 20 marca br. (O tym bardziej szczegółowo pisze w poprzednich komunikatach). Jaki będzie tego rezultat?

„Pomoże to każdemu z nas zobaczyć nasze stare historie jako bezużyteczne i nieomal śmieszne, wręcz niestosowne dla życia w TERAZ, zachęcając nas do tego, byśmy świadomie zamknęli im wstęp do naszego pola energetycznego i na koniec pozwolili im się rozpłynąć. Nowy prąd elektryczny, który początkowo wywołuje zamieszanie i zamęt, ostatecznie odsłoni klarowność, która stanie się wzorcem dla odnowionej ludzkiej istoty. Wkrótce nasz mózg będzie pojmował i rozróżniał wyłącznie TERAZ jako jedyną formę rzeczywistości, gdyż wkraczamy w bezczasową rzeczywistość opartą na nieskończoności."
             Jeśli idzie takie wsparcie, to może to właśnie jest owym zdejmowaniem okularów? Pamiętasz może takie przesłanie, gdzie Nauczyciel mówi tak:
„Stanie się Prawdą jest waszą drogą, a naszą rolą, jaką mamy do odegrania, jest usunięcie zasłony."
             Pamiętam, że wtedy w swoich notatkach napisałam tak: „To usuńcie. Zróbcie to, co jest waszą rolą. Wykonajcie swoje zadanie. Kiedy to zrobicie, nie musicie się o nas martwić. Sami zrobimy resztę."
Tak jak to się stało w przypadku Eckharta Tolle: usunięto mu zasłonę czy zdjęto okulary - na jedno wychodzi. A on zrobił resztę. Stał się Prawdą. Może na skalę masową wygląda to właśnie tak, jak mówi Maureen - usuwanie zasłony czy zdejmowanie okularów to takie choćby przestrajanie mózgu.
            Czyż to nie fantastyczne? Nie mogę się już doczekać efektów tego przestrajania.  Przejdziemy od stanu tego wystraszonego kota do stanu motyla, który wydostał się wreszcie z ciasnego, kokonu. Zadzieje się wtedy coś takiego:



Rozmowa 39



SCHEMAT WASZEGO BOSKIEGO JA ( Lanello )

niedziela, 06 czerwca 2010 15:14


Marek:

 Czy znasz ten tekst?


"Są trzy postacie przedstawione na obrazie (Internet), do których będziemy się odwoływali jako do górnej figury, środkowej figury i dolnej figury. Górna figura, to JESTEM Obecnością, JESTEM, KTÓRY JESTEM. Bóg zindywidualizowany dla każdego syna i córki płomienia. Boska Monada składa się z JESTEM Obecnością otoczoną (pierścieniami koloru światła), która obejmuje ciało przyczynowe (Casual Body). Jest to ciało Pierwszej Przyczyny, jakie zawiera w sobie ludzki "skarb złożony w niebie" - doskonałe prace, doskonałe myśli i uczucia, doskonałe słowa - energie, które wstąpiły z planu akcji w czasie i przestrzeni jako wynik ludzkiego, właściwego ćwiczenia wolnej woli i właściwej kwalifikacji strumienia życia, jaki pochodzi z serca Obecności i schodzi do poziomu Ja CHRYSTUSA (Christ Self).

Środkowa postać na obrazie jest mediatorem między Bogiem, a człowiekiem zwanym Ja Chrystusa (Christ Self) lub świadomością Chrystusa. Odnosi się również do niego jako do Wyższego Ciała Mentalnego (Higher Mental Body). Ja Chrystusa (Christ Self) osłania niższe ja, które składa się z duszy w trakcie ewolucji  poprzez cztery poziomy Materii w czterech niższych ciałach odpowiadających poziomom ziemi, powietrza, ognia i wody. tj. w ciele eterycznym, ciele mentalnym, ciele emocjonalnym i ciele fizycznym.

Trzy figury obrazu odpowiadają Trójcy Ojca (górna postać) Syna (środkowa postać) i Ducha Świętego (dolna postać), którym w ewolucji dusza zamierza stać się, a dla którego ciało jest świątynią. Dolna figura jest nietrwałym aspektem bytu, który staje się trwały poprzez rytuał wznoszenia się. Wznoszenie się jest procesem w trakcie, którego dolna figura - zrównoważywszy swą karmę i spełniwszy boski plan - łączy się najpierw ze świadomością Chrystusa, a następnie z żywą obecnością JESTEM , KTÓRY JESTEM .
Gdy tylko wzniesienie (asension) ma miejsce, dusza, zniszczalny aspekt bytu, staje się niezniszczalnym, stałym atomem w ciele Boga.
Obraz twego Boskiego Ja (your Divine Self) jest więc diagramem ciebie - przeszłego, teraźniejszego i przyszłego.

Dolna postać przedstawia ludzkość w ewolucji na poziomie Materii. Oto jak powinieneś widzieć samego siebie stojącego w fioletowym płomieniu, który wywołujesz w imię Jestem Obecnością i w imię Chrystusa, celem oczyszczenia swych czterech dolnych ciał w przygotowaniu do rytuału alchemicznego związku - złączenia twej duszy z Duchem, JESTEM Obecnością w odpowiedzi na twe wezwania/prośbę (call). Jest to pole ognistej ochrony podtrzymywane w Duchu i w Materii dla przypieczętowania tożsamości zwyciężającego.
Potrójny płomień w sercu jest iskrą życia kierowaną od JESTEM Obecnością poprzez Chrystusowe Ja (Christ Self) i zakotwiczoną na poziomie eterycznym w czakrze serca dla ewolucji duszy w Materii. Również zwany płomieniem Chrystusa potrójny płomień jest iskrą ludzkiej boskości (Divinity), potencjałem jego Bóstwa (Godhood).

Kryształowy sznur jest strumieniem światła, które schodzi z serca Jestem Obecnością poprzez  Chrystusowe Ja (Christ Self), następnie do czterech dolnych ciał, aby podtrzymać duszy pojazdy ekspresji w czasie i przestrzeni. To poprzez ten sznur energia Obecności płynie, wchodząc w istotę człowieka poprzez czubek głowy i dostarczając energię dla pulsacji potrójnego płomienia i fizycznego bicia serca. Kiedy runda inkarnacji duszy w formie Materii jest spełniona, JESTEM Obecnością wycofuje kryształowy sznur, potrójny płomień powraca do poziomu Chrystusa, a energie czterech niższych ciał wracają do odpowiadających im poziomów.

Gołębica Ducha Świętego schodząca z serca Ojca jest pokazana powyżej głowy Chrystusa. Kiedy indywidualny człowiek , jako dolna postać, staje się świadomością Chrystusa, tak jak to zrobił Chrystus, zejście Ducha Świętego ma miejsce, a słowa Ojca, JESTEM Obecnością, są wypowiedziane: " To jest syn mój umiłowany, którego sobie upodobałem. (Św.Mat 3)


                                           "Wielkie Białe Bractwo w historii i kulturze narodu polskiego"

Marta:


Tekstu nie znam, ale znam powyższy rysunek, owszem. Bardzo się cieszę, że znalazłeś gdzieś materiał objaśniający konstrukcję tego schematu, bo ten opis faktycznie pomaga zrozumieć, kim jesteśmy. Mój Boże! Tylko się przyjrzyj tej odrobinie na samym dole - temu prztyczkowi, krasnalkowi! To jest właśnie ktoś, kogo my uważamy za SIEBIE! A to tylko - jak to określa Tolle - forma z doczepioną do niej historią kreowaną przez wirtualny, iluzoryczny ego-umysł. A my tę formę właśnie uważamy za człowieka! Tylko to i nic więcej. Niektórzy jeszcze gdzieś tam sytuują jakąś duszę, ale są tacy, którzy przecież w żadną duszę nie wierzą. Tymczasem tylko popatrz, kim jest człowiek naprawdę! Cała ta piętrowa konstrukcja boskości i światła - to jest dopiero cały człowiek!


Rozmowa 40

DNA, serce i gwiazdy.

poniedziałek, 14 czerwca 2010 21:35
Marek:

Nie pamiętam czy Ci wysyłałem ten przekaz, który jest dla Ciebie...i Twojego ciała...


Marta:


Bardzo Ci dziękuję. To naprawdę ważne i na pewno mi się przyda.


Marek:


Uderzył mnie obraz liniowy DNA jako płyty bez obrazu i dźwięku, i jego ukryta kwantowość wymiarów, jak dla młodego psa, szczekającego na swój obraz w lustrze, a już nie, gdy wyrośnie i otworzy się na węch, który nie pozwoli na to oszustwo. My natomiast stoimy, jak ten młody, ślepy pies przed odkryciem swoich zmysłów, by się dowiedzieć na koniec, że są zmyłką iluzji... i aby na koniec dowiedzieć się, że jak się przenicuje jak robak w ziemi to wyjdzie na powierzchnię i poleci jako motyl.





Co nazywamy ułudą, mają czy też iluzją w rzeczywistym świecie?
Przecież nie to, czy jej faktycznie w nim nie ma i czy nie istnieje,
Tylko to, że go nie do końca postrzegamy realnie, jak i w całości!
Po prostu patrzymy na to, co jest kwantowe, liniowo, na 5% DNA!
Jak ta mrówka chodząca po książce w bibliotece szukająca treści!
90% treści jako nie rozwinięty hologram jest dla niej niedostępny,
Wielowymiarowo odcięty od niej na powierzchni okładek książki!
A jednak mrówka, zestaw książek z treścią i biblioteką stanowią Ja!


Jak to oceniasz? Tylko nie za ostro...



Marta:



Marek, to jest genialne! Bezbłędne tak w formie, jak i w treści!



Marek:



A już myślałem, że będę ofiarą filologicznej swawoli, widocznie jestem maleńkim dowodem boskości odbioru Ja Jestem przez to maleńkie moje krasnalcze mózgowie...


Marta:



Widać, że Twoje mózgowie całkiem się podporządkowało Temu, który czyni zeń Swoje narzędzie! Twój mózg nie udaje, że to on jest taki mądry i stąd ta cała poezja!
            Słyszałeś o umyśle w sercu? Coraz częściej nasi duchowi Przewodnicy nawołują, żebyśmy zaczęli się odwoływać do umysłu serca. Serce ma nawet swój własny mózg. Wczytując się w Twoją twórczość jestem pewna, Mareczku, że Twój umysł właśnie stamtąd nadaje - z tego serdecznego aparatu nadawczo-odbiorczego. Głowę to już masz teraz tylko od parady - jak Tolle. Żeby inni myśleli, ze jesteś jak oni. Ale nie jesteś. Ty jesteś taki oto:


 
Marek:
Dzięki, tylko pamiętam o tym jak jest spokój i kiedy piszę, gorzej jest wtedy, gdy słyszę gwar kłótni i awantur, a wtedy szybko wyskakuję z niego, jak widzę i słyszę prostactwo na granicy chamstwa....
Wtedy szybko odnajduję jakiś fragment na uspokojenie z Agni Jogi, albo zaglądam na stronę www.etykaserca.republika.pl ..., a gdy przychodzi niespodziewanie dziecko tak, jak gdyby znało nasze myśli i powie: kocham cię tato!, to jest to jak znak, że wszystko jest w porządku, że to tylko jak służba w wojsku, w której masz uczestniczyć, ale sam nie biorąc udziału.... 
To tak jak w tym przekazie:


"Wasze służenie - wysłuchiwać drwin waszego środowiska i znosić grubiaństwo panujące wokół was. Jednak, ukochani, nie należy wciągać się w osądzanie. Ja i moja siostra Kuan Jin uczymy was współczucia dla dusz tych ludzi, którzy poddali się władzy iluzji. Pragnienie piękna, które jest obecne w duszach wielu ludzi i nie odnajduje doskonałych wzorców w otoczeniu, doprowadza do wewnętrznego nieładu i przybiera postać buntu, który ujawnia się w nałogach, co jest niczym innym, jak dążeniem do samozagłady." (Matka Maria, 11.06.2010)

Marta:

 
No tak, cała sztuka polega na tym, żeby się nie skupiać na niedoskonałościach - swoich, cudzych. I dobrze, jeśli znajdzie się akurat ktoś czy coś, co naszą uwagę od tego odwróci. Ale ważne jest to, że każdy dzień na dobrą sprawę przynosi nam wsparcie w ćwiczeniu cierpliwości. Teraz wspiera nas choćby Kryon, odsłaniając przed nami kolejne sekrety, kryjące się w nas. Przecież to po prostu cudne, co on mówi w tym swoim przekazie o DNA. Wiadomo już, że 90% DNA jest u nas nieczynne, ale też nikt nigdy sobie tym głowy nie zawracał. Nazywano to "śmieciowym DNA" (Junk DNA). Patrz, jakich czasów dożywamy! To, co nauka uznała za bezużyteczny śmietnik, okazuje się być siedliskiem naszej boskości! Kiedyś tam odłączono nam 10 z 12 nitek DNA, stąd nauka widzi tylko dwie nitki. Reszta jest bezczynna - słowem śmietnik. To można rzec symboliczne dla naszej cywilizacji, nie uważasz? Wszystko na odwrót.
Ważne, że Kryon nam uświadamia, iż na dobrą sprawę to, co zaistnieje w naszym życiu, zaczyna się na poziomie DNA. Rzeczywistość jest po prostu hologramem, o czym wspominasz w swojej poezji (bo dla mnie to czysta poezja), który to hologram kreowany jest przez szablon zawarty w DNA. Im więcej nitek DNA mamy aktywnych, tym bardziej rozwinięty staje się nasz hologram. A to dlatego, że mamy wówczas zdolność wnieść więcej wielowymiarowych poziomów świadomości w nasze ciała poprzez te odbiorniki częstotliwości. 
Kiedy odbiorniki częstotliwości nie są włączone i aktywne, nasze ciało nie jest w stanie utrzymać odpowiedniej częstotliwości i rzecz, którą chcemy zobaczyć w naszym hologramie, nie przejawi się w naszym doświadczeniu. Częstotliwość jest zablokowana, tak, że nie widzimy obszarów rzeczywistości uformowanych przez ten rodzaj częstotliwości. Na przykład bogactwa...
Takie to mechanizmy tłumaczą przepływ duchowej energii przez nas, popatrz tylko. Ciekawy zatem kierunek wskazałeś w swoim tekście: przyzwyczailiśmy się uważać za iluzję to, czego nie ma, co jest nierzeczywiste. I słusznie. Iluzja, złudzenie - to błędna informacja o rzeczywistości. W rezultacie iluzją jest to, co my nazywamy rzeczywistością. Tymczasem my po prostu nie widzimy rzeczywistości, bo rzeczywistość jest kwantowa! I my tę kwantowość chcemy mierzyć naszymi linearnymi metodami! Dopiero, kiedy odłożymy na bok te linearne narzędzia, wówczas mamy szansę dotrzeć do Prawdy. A kiedy ją poznamy, ona nas wyzwoli. Pamiętasz, kto to powiedział, prawda?
Patrzymy na 5% DNA i uważamy to za wszystko, za całość! Jak w tym schemacie ilustrującym Człowieka, boską istotę - malutka figurka na dole schematu ma nas reprezentować jako wszystko, co nas stanowi! Tak siebie zdegradowaliśmy! Fakt, że ktoś nam w tym pomógł kiedyś (o czym dokładnie piszą WingMakersi), ale my w końcu jakiś tam rozum i poczucie godności, nawet na poziomie ego, też posiadamy, no nie? Dlaczego tak łatwo rezygnujemy z tego, co nam się należy z racji pochodzenia? Nie dobijamy się naszej królewskości, tylko godzimy się pełzać w prochu. Zadowalamy się okładką książki, jak to ładnie nazwałeś. A jesteśmy nie tylko wędrującą po okładce mrówką, ale książką, treścią tej książki i w końcu całą biblioteką! 
Teraz pytanie: czy my sami poprzez nasze własne starania mamy aktywizować nieczynne, zablokowane nitki naszego DNA, czy też to się po prostu dzieje, bo przyszła pora? Zauważ, że my - Ty i ja, i ci, którzy czytają takie artykuły czy przesłania - możemy włączyć się czynnie w taką aktywizację, ale pozostali? Wspominam o tym, bo niektóre osoby, z którymi rozmawiam, zwykle powtarzają jak refren: "No dobrze, ty wiesz, ja wiem, ale inni? Powiedz to ludziom! Przecież nie będą cię nawet słuchać!" Ja na to, że każdy ma się zająć sobą, a ponieważ stanowimy wspólnie Jedno, to każde nasze osiągnięcie będzie wspierać innych. Co Ty o tym myślisz?
Marek:


To samo co Ty! Czy rośliny będąc na dobrej glebie patrzą na inne, rosnące na złej? Nie! Rosną same w chwale by innym służyć nie tylko przykładem, ale i Nową Energią!


#

Pamiętam ze słyszenia przypowieść o zadawanych pytaniach do katechety,
O tym, czy Bóg mógłby stworzyć puste pudełko z treścią i bez Jego wiedzy?
Byłoby to zaprzeczeniem wszechwiedzy i wszechmocy z samego założenia,
Jak i krótka odpowiedź katechety: siadaj! Dla Boga wszystko jest możliwe!
90% DNA jest odbiciem naszej duszy, jest to słynną kroniką Akaszy w nas,
Więc katecheta sam nie rozumiejąc pytania odpowiedział prawdziwie wierząc!
A to puste pudełko jest wypełnione Wyższym Ja i zawiera genetyczną Bramę,
Zawierającą wszystko, co jest, z informacji materiału genetycznego naszego życia!

Marta:



Zainspirowałeś mnie do wspomnienia o umyśle serca. To mi przypomniało, że opis działania inteligencji serca, jest podobny do opisu działania DNA. Czy to przypadek? Kiedyś nawiązałam korespondencję z dyrektorem działu badań Instytutu HeartMath w USA, dr Rollinem McCraty. Napisał mi w liście - ku mojemu wówczas ogromnemu zaskoczeniu, bo wszak to naukowiec - taką oto definicję inteligencji serca:


„Inteligencja serca jest to organizujący aspekt miłości. Płynie ona z wyższych wymiarów duchowych do indywidualnej świadomości i systemu fizycznego. Inteligencja ta leży u podstaw organizowania się komórek, rozwija i prowadzi organizm do coraz większego uporządkowania, świadomości i wewnętrznej harmonii."


Wszystko układa się w logiczny ciąg: DNA - świadomość - miłość - serce - organizowanie się komórek. Tak więc jeszcze raz by się potwierdzało, że serce to nie element jeden z wielu, ale samo centrum wszystkiego. Jak mówi nasza ukochana Agni Joga:

Słońce jest sercem systemu, podobnie też serce człowieka jest słońcem organizmu. Wiele jest słońc-serc i Wszechświat stanowi system serc, dlatego kult Światła jest kultem serca."

Pytanie tylko, kiedy powrócimy do serca, jak do Domu? Gdybyśmy powrócili do serca, do jego narzędzi: miłości, współczucia, wdzięczności, nieosądzania, życzliwości, odwagi, spokoju, łagodności, uruchomilibyśmy tym samym narzędzia życia DNA dla uzdrowienia, harmonizowania, oczyszczania naszej całej energetyki i fizyczności. Czy zatem nie uważasz, że taka jest droga dla aktywowania naszego DNA?  Przez serce?
            Ta nasza dotychczasowa rozmowa chyba nieprzypadkowo doprowadziła nas do serca. Wygląda na to, że serce to swoista Alfa i Omega - początek i koniec, punkt wyjścia i punkt dojścia. Fakt, że ja mam akurat takie już „skrzywienie", że u mnie wszystkie drogi, czyli wątki tematyczne, prowadzą do serca, ale tylko sam popatrz: skojarzyło nam się w tej rozmowie DNA i serce.
Kryon wprawdzie nie mówi o tym wprost, snując swoje rewelacje na temat tego, czym jest DNA i łącząc je z ludzką świadomością, ale zauważ, że przywołuje on „pojazd" Eliasza, który nazywa się Merkabah. O Merkabah, czyli w spolszczeniu Merkaba, (Mer - przeciwstawnie wirujące pola światła,  Ka - duch,  Ba - ciało) pisze Drunvalo Melchizedek, a jest on wszak specjalistą ni mniej, ni więcej, a od serca właśnie. Napisał książkę, której tytuł mówi sam za siebie: Życie w przestrzeni serca. Jak wkroczyć do świętej przestrzeni serca? Melchizedek najpierw odkrył ten świetlisty „pojazd", a potem doszedł do tego, że owo pole generowane jest z ośrodka w sercu. Pisze on:

"Dawno temu my, ludzie, używaliśmy form komunikacji i odczuwania, które nie angażowały mózgu do tego procesu; bardziej pochodziły one ze świętego miejsca w naszym sercu.
Jaką wartość miałoby odnalezienie tego miejsca na nowo, w świecie, w którym największą religią jest nauka i logika umysłu? Czy znany jest mi świat, w którym emocje i uczucie są obywatelami drugiej klasy? Owszem.
Jednakże moi nauczyciele poprosili mnie, abym przypomniał ci, kim naprawdę jesteś. Jesteś czymś więcej niż ludzką istotą, czymś o wiele większym. W twoim sercu znajduje się bowiem miejsce, święte miejsce, w którym świat może dosłownie zostać przemieniony w procesie świadomego współtworzenia."

Coś w tym chyba jest. Elizeusz zobaczył Eliasza wstępującego w świetlisty „pojazd". Kryon tłumaczy, że Elizeusz używał dostępnych mu środków opisu i tak opisał, jak rozumiał, albowiem Eliasz w nic nie wstąpił, lecz uruchomił swoją Merkabę. Okazuje się, że znana nam skądinąd forma, ot taka:







gdy jest w pełni aktywna przybiera kształt galaktyki albo pojazdu UFO! Znalazłam kapitalny rysunek ilustrujący, jak to wygląda. Jest też objaśnienie, że to geometryczne pole energii normalnie rotuje dookoła naszego ciała z prędkością bliską prędkości światła, ale większość z nas spowalnia je albo nawet zatrzymuje całkowicie dlatego, że nie koncentrujemy się na nim i nie używamy go.
 Popatrz tylko, gdzie jest ośrodek napędu tego „pojazdu": w sercu!


 


Na tym schemacie też pięknie zaznaczono serce jako aparat nadawczy sygnału do aktywowania Merkaby:



Marek:

Jasne! Serce to centrum pola jak słońce dla wszystkich DNA. Nie wiadomo, czy najmniejszym fraktalem, zapewne nie według Gurdżijewa, bo wymienia co najmniej trzy, a i w świetle nieskończoności, wielu kosmosów, jako odpowiednik naszego Słońca jest Centrum Wszechświata. To ono za sprawą sieci DNA tworzy pole Akaszy dla każdego inne i może w tym jest zagadka?
Jak nasze pole będąc indywidualne, jest inne, a zarazem jednakie i powtarzające się fraktalnie, podobnie jest z oceanem i kroplą, co stanowi różnicę, a co jest podobieństwem, bo to wydaje mi się cudem boskim rozchodzącym się z jednego punktu we wszystkie strony jak pączek kwiatu z jego kwantowym pojęciem na liniowej gałęzi.
Od kiedy osobiście sam zacząłem skupiać uwagę na sercu, niedostrzegalnie zaczęły się wokół mnie dziać pozytywne rzeczy, a gdy zrozumiałem tę zbieżność ze świadomą koncentracją w stanie spokoju medytacyjnego, to początkowo miałem wyrzuty sumienia, czy to nie grzech manipulacji, bez materialnych darów serca, biorących się z pokory i cierpień. Dopiero wtedy, gdy się uwolniłem z tych ograniczeń wpisanych przez KK, nastąpiło widoczne przyspieszenie w rozwoju mojej świadomości.

Marta:



To coś jeszcze powiem Ci o sercu, skoro do tego doszliśmy. A nawiążę do tego „galaktycznego" rysunku Merkaby i zacytuję może w całości to, co mówi Kryon o Eliaszu. Zobacz, jak to pasuje do rysunku: 


"Elizeusz stwierdził, że Eliasz wstąpił w ognisty wóz w obecności trzech istot. Najlepiej jak mógł widzieć i opisać w liniowości, Elizeusz opisał, jak to wyglądało i jak to czuł. A teraz spójrzcie, okazuje się, że niekoniecznie to musieli być aniołowie zstępujący z góry, aby zabrać Eliasza. Zamiast tego, coś wydarzyło się na ziemi, Eliasz zwrócił się do światła i zniknął. Powiem wam, co to było. To był Eliasz energetyzujący swoje pole DNA! To pole ma nazwę, nazwę daną w momencie, kiedy Eliasz powoził powozem światła. Nazwa została nadana w języku hebrajskim: Merkabah i teraz wyjawię wam, jak to już zrobiłem uprzednio dwukrotnie, że pole waszego DNA jest jak najbardziej wasze Merkabah. Ma ono związek ze świętą geometrią, ponieważ to międzywymiarowe pole posiada strukturę. Gdybyście tylko mogli to widzieć, zobaczylibyście strukturę podwójnego czworościanu i to jest piękne. 

 
 To nie jest kula światła. Nazwa Merkabah powinna oznaczać, że coś jeździ wewnątrz tego i tym czymś jest pojazd waszej boskości. Każda ludzka istota to posiada, a opisane to zostało przez Elizeusza, patrzącego na wznoszenie się mistrza."
A potem to już jest galaktyka... Taka...


...albo taka...





Swoją drogą, czy nie tak wygląda droga naszej ewolucji? W pewnym momencie staniemy się gwiazdą, czy raczej duchem gwiazdy, a potem całą galaktyką. Kiedyś w artykule pewnej uczonej rosyjskiej, badającej pulsary, znalazłam taki oto cytat:

„Wielka niezmienność, archetyp, Serce, przeszedłszy najtrudniejsze ziemskie drogi formowania się i wysubtelniania człowieczych powłok, i w tym celu przebywając w rozmaitych formach i na innych planetach, gwiazdach - staje się na koniec Demiurgiem, twórcą życia jednej z gwiazd, przekazując ludzkości jej planet bicie swojego serca."
 (Delfis, nr 4/2002, N. N. Jakimowa, Serce... w pulsarze)

To się nazywa perspektywa, co?


Marek:



Już stworzyliśmy! To przecież co widzimy, to są artefakty naszych dokonań, a potem jak Dżin zmniejszyliśmy naszą świadomość stopniowo schodząc w nasze dzieło do wielkości człowieka, który chciał sprawdzić, jak się to dzieje w praktyce. Sam dawałem kiedyś uczniowi ponad przeciętnemu właśnie taki obraz, relacji twórcy do dzieła, gdyby chciał sprawdzić się w roli jednego z graczy gier komputerowych, by nie posługując się myszką wszedł w niego częścią swojej, ale dla gracza ograniczonej świadomości, mogąc niejako zagrać sam ze sobą, byłby wtedy w roli gracza podobnej  do naszej teraz!
Jak byłem kiedyś na biwaku pod niebem nocą zastanawiałem się jako student mający na świeżo wykład z neurologii i tworzenia optycznego obrazu w mózgu, czy te gwiazdy, co widzę, są naprawdę, czy to wytwór mojego mózgu jak w projektorze! Niewiele się zmienił mój pogląd na ten obraz, bo jedynie tylko poszerzona świadomość poszerzyła go o obraz Merkaby i co najważniejsze, mój w niej udział.

Rozmowa 41



Przemyślenia osobiste na temat potencjalnych wydarzeń w Strefie Zero


Napisane 27 lipca 2010 pod wpływem treści przekazu „Wiadomość dla Lightworkers"


Pewnie odbierasz ten tekst ze zgrozą i przerażeniem... Mam sygnały, iż wiele osób tak go odebrało - przyznaję, że i mnie to dotknęło.


Skojarzyło mi się kilka faktów z różnych źródeł i stworzyłem własną teorię na ten temat. A oto podstawa mojego rozumowania:


1.    
„Tobiaszowe" wspominali o istnieniu ludzi bez duszy - ubranko ziemskie "nie zamieszkałe" - którzy funkcjonują normalnie, jak każdy i tylko (podobno) w oczach widać "pustkę". Tobiasz i Adamus dali nawet historyczne przykłady takich ludzi. I tu niezmiernie ważna ciekawostka - ciało umiera i... znika - rozpada się na atomy!!! Po takim człowieku nie ma śladu - nie ma ciała. (Patrz historia "identyfikacji" Hitlera?)
2.      Z innego źródła.... "nastąpi okres, kiedy dusze zaczną opuszczać ciała". Ten okres już się zaczął (to moje zdanie, chociaż na teraz bez dowodu - tylko odczucie). Dusze odchodzą (podobnie jak przyszły zasiedlając ciała), ciała zostają i nadal funkcjonują. I jak gdyby nic się nie dzieje - wszystko "po staremu" - wg naszej ułomnej obserwacji.
3.      W Strefie Zero nastąpić ma 144 godzin ciemności i tu zaczyna działać nasza wyobraźnia - mózg zaczyna podsuwać myśli coraz to bardziej straszne - horror na Ziemi. I jest to normalne, naturalne dla nas - takie emocje muszą wystąpić, a za nimi ludzkie odruchy... "a co z bliskimi, a co ze mną..."
4.      I co się dzieje? Oczywiście, ludziki umierają ze strachu - i to jest też normalne - strach zabija. Ale... jeśli duszyczka już dawno opuściła ciało, to.... trupy nie zalegają ulic i domów, ponieważ ciała znikają - rozpadają się na atomy!

 No i mamy, jakieś tam, wytłumaczenie, dlaczego nie będzie horroru ! Pasuje? W każdym razie, ja poczułem się dużo lepiej - już mniej martwię się bliskimi i ich losem.


Andrzej



Marta:


Mam gdzieś potencjalne wydarzenia w Strefie Zero. Wszystkie te dobre rady z Wiadomości dla Lightworkers mam w głębokim poważaniu. Wycofali się i obserwują. Dziękuję bardzo! Jestem już zdana tylko na moją boskość. No nie! Czyli, na co? Konkretnie! Bardzo lubię takie polecenia typu: uwolnijcie się od wpływu świadomości zbiorowej. No to weź i uwolnij się. Bułka z masłem. Ciach i już! A już najbardziej mnie śmieszy nieśmiertelne polecenie pokochania siebie. Pokochaj siebie! Pokochaj, kurcze, bo nic z tego nie będzie! Czym prędzej pokochaj, bo mało czasu? Nie, Marek! Mam tego wszystkiego dosyć. To zwykłe przelewanie z pustego w próżne. Kurt Vonnegut, specjalista od czarnego humoru, napisał w swojej książce "Trzęsienie czasu", że ludzie żyją w cichej rozpaczy niecierpliwie wyczekując końca świata. Ja też do nich należę. Żyję w cichej rozpaczy, czytając te wszystkie przesłania z dobrymi radami, pouczeniami i poleceniami, i niecierpliwie wyczekuję końca świata. Teraz to konkretnie nawet wyczekuję lądowania statków kosmicznych, które mają nam przywrócić łączność z naszą kosmiczną rodziną. Wbrew pozorom, to jedyny logiczny, uczciwy i sprawiedliwy tekst, jaki czytałam dotychczas. Wymazanie z pamięci negatywizmu, wyrzucenie bariery odgradzającej od reszty wszechświata i powrót do siebie. To, co sama od dawna uważam za jedyne wyjście. Wszelkie te postulaty o medytowanie, oddychanie i tym podobne, psu na buty się zdadzą. A kto o tym wie, poza Tobą, mną i podobnymi do nas? Zdjąć w cholerę zasłonę iluzji i niech wszyscy spojrzą na siebie wreszcie przytomnym okiem. Załączę Ci ten tekst od Ashtara, który mi kiedyś przysłałeś. Poprawiłam go, wyczyściłam i do niego od czasu do czasu zaglądam. Przynajmniej poprawia mi humor.


Marek:


Kochanie! Nie wierzę w to bym mógł Cię na koniec czasów zobaczyć skuloną w kącie i czekającą na zbawienie wg KK i filmów sf, ETI, Star Track'a, jak moi sąsiedzi czekający na Jezusa, z mieczem porażającym znienawidzonych sąsiadów.....'Nie ze mną takie numery Bruner'...........


Gdyby tak było można, dawno by to zrobili, a dlaczego nie mogą, sami to wyjaśniają na różne sposoby, mówiąc o nie wtrącaniu się w ewolucję, sam do takiego wniosku doszedłem jako chłopak, zafascynowany światem mrówek po tych słynnych książkach pana M.. bo gdy jednej próbowałem pomóc z ciężarem przekraczającym jej możliwości i pomogłem, to w ogóle przestała się nim interesować, a zaczęła mną, konkretnie moim palcem, doszedłem wtedy, że nie mogę się bawić w Pana Boga...


Dlatego wątpię by to się stało co pisze Ashtar, bo to już mamy za sobą, jak i oczywiście, to, że tu są, ale nie wierzę by się mogli pokazać w pełnej krasie ludziom nie przygotowanym, bo by to ich oślepiło, jak to się już zdarzało przy objawieniach, więc wcielają się, podobnie jak my w twory ciał naszych, ale wcześniej do tego przygotowanych, wcześniej opisywał to Tobiasz, jak siebie stopniowo wkładał jak w rękawiczkę palce chłopca, który miał stopniową tego świadomość w miarę rozwoju swojej świadomości, innej nie ma możliwości, przed okresem strefy ZERO, czy Null, zresztą różne przekazy określają jej czas pozorny, od 144h do trzech dni i trzech godzin, widocznie to zależy od naszego indywidualnego rozwoju świadomości, już pole elektromagnetyczne spadło do zera, a ziemia jak opisuje P.Geryl dobiega jak wagonik do końca drogi, po czym jakiś czas się zatrzyma i zacznie obracać się prawdopodobnie w drugą stronę, już Persowie to zauważyli i nic się nie stało, teraz może być inaczej, bo my jesteśmy na różnych poziomach, nie tak jak armie nastawione do siebie wrogo, więc każdy będzie to zapewne odbierał indywidualnie, ja wierzę w trzy godziny i pewnie dla mnie tak będzie...


A może z tą ciemnością dla jednej połowy ziemi, jest tak jak z dojrzałymi robakami w piwnicy, by same zaświeciły jak świętojańskie, dlatego potrzebują nocy?

Więc, żeby się o tym przekonały, trzeba ich trzymać w ciemności, a nie zapalać światła, zmuszając ich do wysiłku, by same zaświeciły?

Andrzej poruszył bardzo ciekawą koncepcję wielu wcieleń w ciągu jednej karnacji, jak Jezus, podobno miał ich siedem, a sam gdzieś w Biblii jest opisane, jak On sam mówił o żywych i umarłych, czyli tych, co jeszcze mają odpowiedni zasób energii, by świecić i tych, którzy ją mają by jeszcze chodzić, jak automaty..

Inne przekazy mówią, że tylko czekają by się wcielić, za naszego życia, ale już w przygotowane wibracyjnie ciało, sam mam wrażenie, że ja to już nie ten sam z przed kilkunastu lat, a już ten kolejny, co z tyłu za mną czekałby by to było możliwe, by zająć moje miejsce, bo przecież jesteśmy istotami wielowymiarowymi, już to dawno pisała Shyrley Mac Lain, czy jak tam się Ona pisze....

Wiem jedno to my nimi jesteśmy i z tamtej strony świecimy tu jasno, ale już każdy sam musi ją zajarzyć tą lampkę w sobie, a nikt z góry nie przyjdzie z płonącą pochodnią by Cię zapalić....

Marto, do góry głowę podnieś,  sama się zbawisz, w koncepcję zbawiania innych nie wierzę, raczej w to, że w tej naszej piwnicy, ktoś utrzymuje minimum światła egzystencji, by w końcu zgasić, a potem zapalić i zobaczyć, które same świecą i nie zdechły ze strachu, to te będą dobre, czyli samo-zbawione i Basta!

Za nasze świętojańskie robaczki proponuję wypić toast lampą dobrego wina, a nie za te dalej pełzające w piwnicy robaczki, tak mi dopomóż Saint Germain!


Marta:


A cóż może być traumatycznego w budzeniu się z koszmarnego snu? Ewolucja, indywidualny rozwój świadomości... Toż to wszystko jedna wielka inscenizacja! Takie bycie w ukrytej kamerze. Ty tu się wysilasz, poważnie traktujesz sytuację, a ktoś ci nagle robi pstryk! I ogłasza: jesteś w ukrytej kamerze! Co ludzie robią wtedy? Jeszcze nie widziałam, żeby ktoś się wystraszył czy obraził. Śmieją się i tyle. Gdybyś się urodził jako głodne murzyńskie dziecko chore w dodatku na AIDS i nagle wróciłaby Ci pamięć, że jesteś wspaniałą, zdrową istotą, która doskonale panuje nad swoją formą, to byś się wystraszył czy ucieszył?


Marek:


Ja bym się roześmiał, z samego siebie, bo ponoć wchodząc w tą grę wymyślamy sobie nią całą sami, ale mamy świadomość, że życie weryfikuje ją z ukrytej kamery karmicznych wcześniejszych zobowiązań i przyszła żona nie wygląda jak powinna wyglądać zamawiana na reklamowej ulotce picca, ale staje się życiowym koszmarem, tylko, dlatego, że Twój wzrok i słuch tak odbiera uderzony w życia kamerton, ale gdy go uspokoisz medytacją i ten obraz  koszmarny pokochasz jak u Szreka, wtedy podobno, jak u niego zmieni się w piękną królewnę spełniającą wszystkie Twoje życzenia.....

Wiem z przekazów obecnych i dawnej Doktryny Tajemnej Bławackiej, że każde ciało fizyczne rozpada się na miliardy części, które w następnym wcieleniu musimy je na nowo poskładać wg nowego wzorca, a że całości wszystkiego i wszystkich wcielonych, więc trafiają się nam nie tylko wcześniejsze własne, ale i innych, których za życia przyciągnęliśmy do siebie, dlatego jest teraz tak dużo samozwańczych Jezusów i Napoleonów, a trzeba im przyznać, że mają po temu częściową rację, ale my wiemy, że gdyby się teraz wcielił jak Tobiasz to miałby też skład ciała odmieniony, a co do duszy, to zawsze jest ta sama, wg Bławackiej To czysta Monada.....
Zapewne niektórym z nas uda się uwolnić z tego koła Samsary, ale nie wszystkim i ci jak teraz martwi, dalej będą więzić duszę tutaj jak balastem balon zbyt obciążony...

Marta:


Przede wszystkim to nie czekam na zbawienie w stylu KK. Tam wszakże nie nauczają o iluzji. Koniec świata, na jaki czekam, to koniec hipnozy. A Saint Germain przypomniał, że postanowiliśmy ponoć, iż przebudzimy się na Ziemi „w sposób przyjazny." I dlatego odpowiada mi to, co mówi, Ashtar. Mniejsza o statki kosmiczne - cała reszta brzmi po prostu logicznie: „Lokalny umysł ponownie połączy się z  umysłem uniwersalnym i powróci pamięć o Prawdzie."


Odgrywamy spektakl. Udajemy, że czegoś nie możemy, że czegoś nie wiemy. Udajemy. Tak mówi Izis w przekazie Normy Delaney: „Udawanie, że wszystko zapomniałeś jest częścią gry. A udajemy tak wspaniale! Czy to udajemy, że nie możemy kluczem otworzyć drzwi, czy też udajemy, że czegoś nie rozumiemy, to wszystko ma nas utrzymać w grze, podczas gdy ewoluujemy, gdy zakwitamy?" My sobie wprawdzie zakwitamy, ale to, dlatego, że tak wspaniale udajemy, żeśmy są niedorozwinięci. A teraz przyszła pora, żeby przestać udawać. Nastał termin, jak mówi Agni Joga. Ponakładaliśmy na siebie kostiumy i odegraliśmy swój spektakl - dramat, komedię, tragedię. I trochę śmiesznie jest mówić, że coś nam grozi, kiedy zdejmiemy kostiumy i zobaczymy, kim jesteśmy. To tak jakby aktorowi miało coś grozić, gdy przestaje być Hamletem i zdejmuje kostium. Już nie jest księciem duńskim. I co? Zwariuje z tego powodu? Idzie do domu na kolację. Ja Ci, Maruś, napisałam taki piękny wywód na temat relacji „Ja to ty", a Ty mi o błądzących duszyczkach, które się bawią w chowanego. Toż to sfera Human Mind System, a nam nie wypada już dyskutować na tym poziomie. I te rozlatujące się na miliardy cząstek ciała fizyczne... A gdzież one, biedactwa, się rozlatują na trasie między „Ja" i „ty"? Taka trasa w ogóle nie istnieje nawet. Nie ma przestrzeni między Ja i ty, a skoro nie ma takiej przestrzeni, to gdzie się mieszczą takie pokawałkowane na części ciała fizyczne? To wymysł Human Mind System, a nasz mind czyli ego-umysł może sobie tylko roić różne historie, wyświetlając je na swoim wyimaginowanym ekranie. Jak ktoś napisał: śmiertelny umysł nie więcej potrzebuje przestrzeni, w której umieściłby swoje obiekty, niż potrzebuje przestrzeni, w której by o nich śnił. Pamiętasz, co mówił Tobiasz? „Kiedy siedzicie tutaj teraz, jesteście we śnie. To jest iluzja...Jest to bardzo, bardzo rzeczywista iluzja, iluzja, która jest tak realna, że jak uderzysz w tym momencie głową w mur, to będzie boleć... Ostatecznie ból, cierpienie, te poprzednie inkarnacje, to wszystko jest iluzją... poza doświadczeniem, które zdobywacie." Widzisz, nawet inkarnacje są iluzją. Też wytwór ludzkiego umysłu. Inkarnacje, które mają na celu odpracowywanie karmy - i tak dalej. To też baśń z tysiąca i jednej nocy wymyślona przez Human Mind System. Żeby w ogóle pojawiła się karma i inkarnacje, musiałby zaistnieć najpierw grzech. W książce Deepaka Chopry, „Dlaczego Bóg się śmieje?" Wyczytałam: „Za każdym razem, gdy Bóg usłyszy, że ludzie wierzą w grzech, wybucha śmiechem." No, więc może nie rozśmieszajmy już Boga.


Marek:


Muszę się z tym w całej rozciągłości zgodzić, bo jeżeli wszystko jest iluzją ducha to, to czy nadlecą statki, czy nie z pomocą, czy jakiś inny osobisty zbawca, jest zapewne kwestią zaistnienia odpowiedniej jest ilości podobnie myślących ludzi, a same spory, są jedynie przeciąganiem na swoją stronę budowanego na plaży osobistego zamku z piasku, myślę, że przychodząca teraz energia zweryfikuje nasze wybory i jak fala zmyje te mniej ciekawe pozostawiając słuszne i właściwe, podobnie jak to się dzieje, po tzw. rzekomej „śmierci" fizycznego ciała i tym optymistycznym akcentem kończymy, naszą bez końca dyskusję.......



Rozmowa 42



Gdzie jest Bóg?

 

czwartek, 09 grudnia 2010 21:50
Temat: Gdzie jest Bóg?

Marek:


Czy zajrzałaś już do blogu na stronie
jedno.wordpress.com ? Prawda, że ciekawy? Nawiązałem kontakt z autorką tego blogu, Ewą, bo sposób ujęcia pewnych spraw przypomina mi nasze rozmowy na temat jedności wszechświata i naszych relacji z Bogiem.

Marta:


Swoją drogą, to dawno nie rozmawialiśmy...


Marek:


No właśnie, a jest o czym, na przykład, czy nasza koleżanka Maryla akceptowałaby takie podejście całkowite - „Ja to Ty, ale Ty jesteś we mnie” - z resztą stworzonych we mnie odbić innych indywidualności, takich jak je postrzegam i czy na mnie jest koniec zabawy? A co z Tobą? A co ze mną na Twoim ekranie wyobrażeniowym? Jak to możliwe, by wszystkie nasze wyobrażenia scaliły się w Jedno i zachowały swoją indywidualność i pamięć świadomości? No i co ona sugeruje, że Boga nie ma, tylko jest nasza "Całość"?


Marta:


Marek, Stwórca mówi „Ja to ty, ale ty jesteś we mnie” w dialogu: Jego z Tobą, Jego ze mną, Jego z Marylą. Sam na sam. On mówi do Ciebie, On mówi do mnie, On mówi do Maryli, On mówi do Ewy: Ja to ty. On nie rozmawia z NAMI. My z naszymi osobowymi maskami i kostiumami nie mamy z tym nic wspólnego. Bóg rozmawia z Człowiekiem. Jednym. Nie z kupą ludzi. Każdy z nas jest jedynakiem u Boga. Co my mamy na naszym ekranie wyobrażeniowym to nie ma znaczenia w sytuacji tego dialogu. To sfera ludzkiego umysłu - mitologii Human Mind System, sfery osobowego ego - a z osobowym ego Bóg nie rozmawia. Bóg rozmawia ze Sobą w nas. A każdy z nas ma inaczej zestawiony zbiór boskich cech, dlatego każdy z nas jest jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny, unikalny, wyjątkowy.


Przypomniał mi się tekst, podany przez WingMakersów, a który jest wyznaniem Stwórcy, można powiedzieć. Zacytuję go tutaj, bo wyjaśnia m.in. wątek jedności nas wszystkich i zarazem unikalności każdego z nas.


 

Pierwsze Źródło – Przekaz



Chciałbym abyś wiedział,
że miłość w tobie
jest moją własną,
umieszczoną w twoim wnętrzu wówczas,
gdy zrodziłeś się z ducha.
Fakt ten definiuje naturę
twojej unikalności,
jako że nie ma takiego drugiego ciebie,
w którym moja miłość byłaby przechowywana
w dokładnie identyczny sposób.
Wszystkie moje kreacje
połączone są ze mną w ten właśnie sposób
i dzięki temu wszystkie one połączone są nawzajem
we wszechrodzinę unikalnych indywidualności --
każda z nich to fragment całości,
która jest mną.
Jesteś wyjątkową,
nie do zastąpienia,
nie dającą się powtórzyć esencją,
którą znam
z większą przejrzystością
niż znają cię wszystkie pozostałe istoty,
wliczając w to ciebie samego.
Moja obecność jest niezależna
od czasu oraz przestrzeni
i tak jak nie jesteś w stanie powstrzymać nieskończoności
tak samo nie jesteś w stanie powstrzymać
mojej miłości do ciebie,
która płynie ponad czynnikami tworzącymi
nasze iluzoryczne oddzielenie.
Podtrzymuj w pamięci to, że
ja nie jestem od ciebie oddzielony,
ale ty jesteś niezależny ode mnie.
Moja obecność to portret
oryginalnego ciebie.
Kiedy myślisz o mnie,
nasącz tę myśl ekspresją
swojej najczystszej miłości
a wówczas twoja myśl
będzie w tym momencie moją.
W ten sam sposób rozmawiaj ze mną,
mając świadomość, iż duchowy element ciebie
przekazuje twoje komunikaty wprost do mnie.
W granicach ewoluujących światów
odnajdziesz mnie
poprzez swoją Jaźń.
Odkryj mnie w nich.
Zauważ mnie w nich.
Odzyskaj mnie w nich.
Przebieganie ścieżki do mnie poprzez twoją Jaźń
jest moją transcendencją,
która czyni, iż wydaję się tak odległy i odizolowany,
jak i jest też elementem powodującym twoje zapatrzenie
na zewnętrzną szatę waszego świata,
co czyni cię nieświadomym moich propozycji.
Przedstawiam ci moją propozycję dla ciebie.
Usłysz ją w swoim najgłębszym sercu
i poczuj mnie w nim.
Wyczekuję cię w nie dających się wyrazić słowami pragnieniach
twojej ludzkiej duszy.

WingMakers LLC



Marek:


Zgadzam się z Tobą, że oderwany jestem od dialogu z Nim i oglądam slajdy z przeszłości dalej je przeżywając, zamiast zajmować się życiem w kontakcie z Nim, gdzie ludzie zachowują się tak jak pozwala nam nasze o nich wyobrażenie, oni są w życiu żywi, ale nie na slajdach, gdzie uchwycony jest tylko moment mojego na nich skupienia uwagi, a nie właściwy jedyny kontakt z samym sobą jako Bogiem. To jest śmiałe i prawdziwe spojrzenie na sprawę i podziwiam Ewę za otwartość, mimo, że jak sama mówi dociera do nielicznych, ale przecież nie o tłum przygłupich tu chodzi, tylko o tych niewielu ale właściwie myślących.


Marta:


Ewa pisze: "Oddaliśmy swoją moc bogu, który nie istnieje." Rozumiem, że ma na myśli osobowego boga, takiego patriarchę z obrazu Michała Anioła. Swoją drogą uważam, że Michał Anioł - pewnie bezwiednie - wyrządził nam wielką krzywdę tym wizerunkiem muskularnego, siwego faceta z namarszczoną srogo brwią. Taki nam się zakodował mimo woli, kiedyśmy go wszędzie, gdzie się tylko da, oglądali dookoła - w kościołach, w kaplicach, w muzeach, w książkach. Taki bóg rzeczywiście nie istnieje. Ale my wciąż mamy w tyle głowy tego Ojca, który nam grozi palcem. Bardzo logicznie zatem postąpił Eckhart Tolle, zapytany, dlaczego mówiąc Istnienie i w ten sposób mając na myśli Boga, nie powie po prostu "Bóg". Pamiętasz? To w
Potędze teraźniejszości. Tolle odpowiada:

"Słowa tego przez tysiąclecia nadużywano, jest więc dziś wyprane  z wszelkiego znaczenia. ... Słowo "Bóg" stało się pojęciem zamkniętym. Sam jego dźwięk natychmiast tworzy w umyśle pewien obraz; dziś może już niekoniecznie będzie to wizja siwobrodego starca, powstaje jednak myślowe wyobrażenie kogoś lub czegoś zewnętrznego wobec ciebie. ... Słowo Istnienie niczego nie wyjaśnia - podobnie jak słowo "Bóg". Ma jednak tę wyższość, że jest pojęciem otwartym. Nie wtłacza niewidzialnej nieskończoności w kształt bytu skończonego. Nie sposób wytworzyć sobie jakiegokolwiek umysłowego wyobrażenia o Istnieniu. Nikt nie może twierdzić, że ma do Istnienia wyłączne prawo własności.
Istnienie stanowi samą esencję ciebie i jest ci bezpośrednio dostępne jako odczuwanie twojej własnej obecności, świadomość  j a  j e s t e m, bardziej pierwotna od świadomości, że ja jestem tym czy owym. Zaledwie mały kroczek dzieli więc słowo 'Istnienie' od bezpośredniego odczucia Istnienia."

Dlatego na wszelki wypadek, zamiast mówić o "bogu, który nie istnieje", powiedziałabym, że
NIE ISTNIEJE NIC PRÓCZ BOGA. Bóg = Istnienie.




Przy okazji powiem Ci, jak bardzo się ucieszyłam, kiedy ostatnio słuchałam co mówi David Wilcock w swoich wykładach (
http://www.youtube.com/watch?v=cEyqT2_ricA&feature=rec-LGOUT-exp_fresh+div-1r-2-HM ) Używa on określenia "pole torsyjne" (ang. torsion = skręcanie, wirowanie), a jest to termin wprowadzony przez Gennadija Szypowa, który w ten sposób – od strony fizyki - nazywa pole świadomości - wszechobecne, wszechprzenikające pole. Słowem - to, co nazywamy Bogiem (że już będę Go pisać dużą literą jako Tego, Który Jest Wszystkim-Co-Jest). Wilcock co i raz używa tego określenia, w pewnym momencie nawet powołując się wprost na „rosyjskich fizyków”. To zresztą ogromnie mnie intryguje, bo oznaczałoby, że teoria Szypowa wreszcie się przebiła i dostarcza argumentów takich samych, jakich dostarczają inni uczeni cytowani przez Davida. W ten sposób problem Boga mamy z głowy. To, co nazywamy Bogiem, jest po prostu wirującym polem, które wyłania z siebie wszechświat. Tak więc i nas z siebie wyłoniło to pole, my w nim przebywamy, ono jest zatem naszym Ojcem-Matką, a my jego holograficznym podobieństwem w sensie powtarzania jego cech, właściwości, zdolności, wartości i symbolicznego przedstawiania tych cech w formie fizycznej (opiekuńczość i troskliwość jako na przykład gotowanie obiadu czy zmienianie pieluszki dziecku). Przypominam sobie mój wywiad z Szypowem (Fala jest polem. Rozmowy o fizyce). Nawiązałam wtedy do jego wykładu, kiedy to powiedział, że moc, będąca siłą sprawczą i stwórczą we wszechświecie, to moc miłości. Zapytałam go wówczas: czy fizyk może coś takiego powiedzieć bez obawy, że zarzuci mu się nienaukowość? Pamiętasz, co on odpowiedział? Powiedział tak:

"Fakt, że w tym momencie fizyka – i nauka – kończą swoje możliwości. Nie mamy żadnych wskazań ani metod, ażeby powiedzieć, co konkretnie rodzi Absolut, jakimi wartościami dysponuje Bóg – fizyka o tym nie mówi. Możemy jedynie a priori wyposażyć Absolutne Nic, czyli Absolutne Wszystko (przypomnę, że „nic” oznacza brak energii, brak materii, a „wszystko” oznacza nieskończoną informację) w superświadomość, nieskończone zdolności twórcze i – miłość. Jedynym bowiem, co motywuje Absolutne Nic-Absolutne Wszystko do działania jest miłość. Ktoś, kto posiada nieskończone zdolności twórcze, superświadomość i motywowany jest miłością nie może być zły – gdyby był, niczego by nie tworzył. Tak więc podstawowa siła stwórcza działająca we wszechświecie to miłość. Zło to niszczenie, nie tworzenie. Tyle może powiedzieć nauka."


No i wystarczy. Pole torsyjne, pole świadomości, którego cechą podstawową jest miłość.
Wieeelkie Pole Miłości. A my wyłaniający się z tego Pola jako ekspresja Miłości i pozostający zanurzeni w Miłości. "Ja to ty, ale ty jesteś we mnie." Co było do udowodnienia.

 

Marek:


Ja ją zrozumiałem, że nie istnieje Bóg poza nami, jako odrębność, którą podkreślają religie, z wyjątkiem buddyzmu, mam nadzieję, że tak to rozumie, bo odwracając, nie ma niczego poza Nim i nami w Nim, oczywiście z całymi wszechświatami. Może jesteśmy palcami Jego ręki jako wirtuoza i nami. Co prawda mam świadomość nie identyfikowania się z moim ciałem, ale go nie odrzucam, bo kwantowo jego zagęszczonej energii nie można odrzucić poza jakiekolwiek pole, można tylko przemienić, tak jak cofnąć palec z wody, to co w materii rozdzielone, w energii jest całością.


Marta:


Identyfikowanie się z ciałem to jedno, a odrzucanie go to jeszcze co innego. Trudno byłoby ignorować ciało, skoro jest ono świątynią Boga. Jednocześnie człowiek to nie ciało fizyczne. To jasne. Ciało mogłoby służyć cudownie i bezbłędnie, gdyby nie przekonania naszego uwarunkowanego egotycznego umysłu. Jak trafnie to ujmuje Goldsmith:


"Spoglądając na zdrowe ciało, piękne drzewo czy kwiat, widzimy słuszną koncepcję idei ciała, drzewa czy kwiatu. Spoglądając na starzejące się, niedomagające ciało, spróchniałe drzewo czy zwiędnięty kwiat, błędnie widzimy koncepcję boskiej idei".


A pamiętajmy, że do czynienia mamy wyłącznie z boskimi ideami, a one są zawsze doskonałe. Tym samym ich fizyczny wyraz też jest doskonały, bo co niby miałoby mu się przydarzyć po drodze? Co najwyżej nasza ograniczona wiedza, wypaczająca doskonałość obrazu na ekranie naszego umysłu.


A wracając do koncepcji Boga i naszej z Nim relacji, to też zacytuję Goldsmitha, bo on tą prawdą uzdrawiał ludzi przez 16 lat swojej praktyki:


„Jesteś Bogiem widzialnym w Bogu niewidzialnym.”


Rozmowa 43



Rozmowa na aktualne tematy świąt...

poniedziałek, 02 maja 2011 20:44
23.04.2011

Marek:


Na tej stronie Jeszua mówi  o drodze od ego do serca:


http://jeszua.blogspot.com/2011/04/od-ego-do-serca-i.html



 

Marta:


Tak, tak, my sobie z Jeszuą razem pracujemy w temacie serduszka. Rąsia w rąsię.


Marek:


Ale ja nie dam się głupcom i brutalom ukrzyżować...


Marta:


A co ma jedno do drugiego? Mówimy o radości bycia w sercu.


Marek:


W świetle równości nie mam pewności, czy zginąłbym za wiarę, wiedząc nawet, że nie będę cierpiał.. Jaki był sens, mógł się w każdym momencie wycofać, ustąpić kapłanom, powiedzieć jak Adamus: pieprzę Was…


Marta:


Czy chcesz powiedzieć, że on zginął za wiarę?


Marek:


Za wiarę w nieśmiertelność ciała kazualnego.


Marta:


On pokazał, że mu guzik mogą zrobić. Jeśli już w ogóle za wiarę w coś, to w nieśmiertelność ciała fizycznego jak najbardziej. Ciało fizyczne jest energią, a świadomość nad nim panuje. Babadżi żyje sobie w swoim ciele fizycznym już tysiące lat.


Marek:


Gdy umiera ciało fizyczne, nie masz pewności, że się scali z duchowym, jak już scalisz za pierwszym razem, to możesz go zabierać i przedstawiać, gdzie chcesz i w różnych wymiarach. Po twarzach palonych świętych można było sądzić, że nie cierpią opuszczając je, ale on był z nim cały czas połączony, za to podziwiałem, ale i odrzucałem takie poświęcenie. Rozumiem dla dzieci, ale dla hołoty, nigdy tego do końca nie rozumiałem, choć zaczynam trochę po Księdze Uranti i pojęciu obdarzenia, a nie poświęcenia. Zawsze mnie nurtowała sprzeczność zachowania i szacunku do życia za wszelką cenę, a Jego poświęceniem dla poszerzenia świadomości motłochu...


Marta:


On to robił dla przyszłych pokoleń, a nie dla tamtego motłochu, jak to nazywasz. Ponieważ jednak nie rozstrzygniemy, jak naprawdę wtedy było, to po co do tego wracać? I tak pewnego dnia się wyjaśni. Jak mówi Adamus w Shoudzie 9: po co wracać do tego, co było 2000 lat temu! Ja też mówię o dniu dzisiejszym. Liczy się nawet nie ta chwila ujęta czasowo, bo czas nie istnieje, ale chwila doświadczana. Jeszua żyje i pracuje z nami teraz. W książce Glendy Green, która rozmawiała z Jeszuą, czytam, że celem, jaki sobie postawił i jego darem dla ludzkości, jest przywrócić sercu właściwe mu miejsce. I to się dla mnie liczy. Ja Ci tu, Maruś, o bieżącej współpracy z Jeszuą w temacie serca, a Ty mi tu o ukrzyżowaniu. A kysz!


Marek:


Ja wiem, że to jest mój osobisty pogląd, bo wiem, że przy tym fakcie byłem i nie chodzi mi o to, czy umarł, czy nie, tylko dlaczego? Czyżby po to, byśmy dyskutowali teraz, a KK to wykorzystał do tworzenia religii, wiedząc, że to iluzja i zabawa, dla mnie wtedy poszła za daleko i zapisała to w mojej pamięci głęboko.



Marta:


Żeby pokazać, że życia się nie da zabić. Żeby pokazać, że życie to nie to, co sobie motłoch wyobraża patrząc na przybijane do krzyża ciało. To nie iluzja i nie zabawa, ale pokazanie, że życia nie można zabić. Życie jest niezniszczalne i jego źródło nie znajduje się w ciele fizycznym.


To pokazał Jeszua.


Marek:


Każdy człowiek czuje wbijanie gwoździa, z wyjątkiem magika, ale po co ten spektakl nienawiści i szyderstwa? Zawsze mnie to wkurzało.


Marta:


Żeby się ludzie przejrzeli w tym zwierciadle motłochu: czy tacy chcemy być? Czy tacy się sobie podobamy? Czy jesteśmy szczęśliwi szydząc i nienawidząc?


Marek:


Ale oni nie patrzą w lustro, tylko na innego.


Marta:


Jezus postawił przed ludźmi zwierciadło.





Marek:


Gdyby tak było to po 2000 lat nienawiść by znikła.


Marta:


Nie zapomnij, że między Jezusem a ludźmi stanęli kapłani. Oni zinterpretowali wszystko tak, że Ty dzisiaj się ciągle wkurzasz. Narzucili Ci sposób interpretacji.


To nie wina Jezusa tylko opisywaczy i interpretatorów.


Marek:


Tak, ale to gawiedź szydziła.


Marta:


Gawiedź ma to do siebie, że szydzi. Wszędzie i zawsze. Dlaczego wtedy miała nie szydzić? A zresztą, kto wie, jak było naprawdę?


Marek:


Ale dlaczego teraz, po 2000 lat? Nie wiem czy to zdało egzamin i czy dalej nie jest średniowiecze... Ale nawet gdyby, nie wiem czy ja byłbym zdolny ukrzyżować własne ego w ten sposób


Marta:


Jezus nie krzyżował własnego ego, co Ty mówisz?!


Marek:


Jak nie? To świat naszych myśli ego…


Marta:


Maruś, jesteś najwyraźniej w okresie ciemnej nocy swojej duszy. To dobrze. Znaczy to, że lada moment się obudzisz do pełnej światła prawdy. W tym wykładzie, który mi dziś przesłałeś właśnie o tym jest mowa. Kiedy ego ma lada moment się poddać, wtedy najczarniejsze ogarniają nas nastroje.


Marek:


Chyba masz rację, że moje ego się do Niego porównuje i w ten sposób chce mi dokopać na koniec...


Marta:


Brawo! A tak w ogóle Jezus nie miał ego. Jezus miał Ego. „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” – mówił wszak. Dzięki temu panował nad życiem i pokazał, że śmierci nie ma.

Marek:

"Jeśli nauka, filozofia czy socjologia, ośmielają się być dogmatyczne w walce z prorokami prawdziwej religii, wtedy rozpoznający Boga ludzie powinni odpowiadać na tak bezpodstawny dogmatyzm jeszcze bardziej dalekowzrocznym dogmatyzmem, wynikającym z pewności osobistego doświadczenia duchowego: „wiem, czego doświadczyłem, ponieważ jestem synem JESTEM”. Jeśli osobistemu doświadczeniu wierzącego przeciwstawia się dogmat, wtedy taki zrodzony w wierze syn doświadczanego przezeń Ojca może odpowiedzieć tym niepodważalnym dogmatem, oznajmieniem swego faktycznego synostwa z Ojcem Uniwersalnym." (Księga Uranti)


Marta:


To raczej bełkot, Mareczku. Adamus by powiedział, że to makyo.


Marek:


Może wyrwane z kontekstu, ale nie makyo, gdy chodzi o tendencje religii.


Marta:


Zbyt skomplikowany język - prawdziwa pożywka dla umysłu. W tym sensie makyo. Zostawcie te wszystkie księgi! - tak zakrzyknąłby Adamus.


Marek:


Kiedy twoja pewność staje się przeciwstawnym dogmatem, może to masło maślane, ale…


Marta:


Pewność odczuwam w sercu - dzięki temu jestem spokojna i moje przekonanie jest niezachwiane. Jeśli coś się temu przeciwstawia, zakłócając spokojny rytm serca, to znaczy, że jest po prostu nieprawdziwe. I tyle. Po co mi wielosłowne, skomplikowane księgi? W ostatnim Shoudzie 9 Adamus mówi, że te księgi odwracają naszą uwagę od jedynej ważnej chwili - obecnego naszego doświadczenia. Wracanie do tzw. przeszłości i międlenie w kółko, co kto na ten temat powiedział, to trik ego, które nie pozwala, żebyśmy wejrzeli w siebie, w to jedyne miejsce, które nas powinno interesować. W jedyną istotną dla nas lekturę.


Marek:


Ja traktuję je jako możliwość uzupełnienia historii, raczej uzdrowienia przeszłości, jak mówi Adamus, ale najważniejszą rzeczą jest dla mnie na tyle na ile to możliwie poznać opis budowy wszechświata!


„Prorocy prowadzili zazwyczaj ludzi do rozwoju religijnego, teologowie zazwyczaj ciągnęli ich wstecz. Religia, będąc sprawą wewnętrznego i osobistego doświadczenia, nigdy nie mogła wyjść zbyt daleko poza intelektualny rozwój narodów. Jednak religia nigdy się nie wzbogaca, gdy pojawiają się tak zwane cudowności. Pogoń za cudami jest powrotem do przeszłości, do prymitywnych religii magicznych. Prawdziwa religia nie ma nic wspólnego z rzekomymi cudami, a religia objawiona nigdy nie przedstawia cudów, jako dowodu swego autorytetu. Religia zawsze i stale zakorzeniona jest oraz ugruntowana w osobistym doświadczeniu. I wasza najwyższa religia, życie Jezusa, jest takim właśnie osobistym doświadczeniem: człowiek, śmiertelny człowiek, poszukujący Boga i znajdujący go w pełni, podczas jednego krótkiego życia w ciele, a w tym samym ludzkim doświadczeniu pojawił się Bóg, poszukujący człowieka i znajdujący go, aż do pełni zadowolenia doskonałej duszy nieskończonej najwyższości. I to jest religia, nawet najwyższa z dotychczas objawionych we wszechświecie Nebadon – ziemskie życie Jezusa z Nazaretu.”


Marta:


A propos historii Adamus wyraźnie mówi, że to strata czasu:


„Ludzie wciąż próbują dowiedzieć się, co się wydarzyło te 2000 lat temu, albo co się wydarzyło 500 lat temu, albo nawet jeszcze w czasach Atlantydy i tylko grzęzną nieuchronnie w tym
cmentarzysku przeszłości. A to bez znaczenia, ponieważ historia to jeden wielki fałsz. Historia daje wam całkowicie fałszywy obraz rzeczywistości, jest bardzo ograniczona. Zazwyczaj jest to jedynie percepcja jakiejś tam osoby. A taki ktoś nie widział... Taki ktoś widział jedynie różowy kapelusz i to tylko od przodu. Nie ma pojęcia o tym, co naprawdę się wydarzyło.”

Marek:


Wiem, że prowadząc rozpędzoną motorówkę nie myślę o przeszłości, ale nie mogę bezmyślnie jej prowadzić tam, gdzie sama intuicja prowadzi, a może o to chodzi by czuć wiatr pędu...?


Marta:


"Wszystkie te opowieści, które słyszałem o Jeszui, sprawiają, że sam mam ochotę wskoczyć na ten cały krzyż. Nie ma w nich krzty prawdy! …Są zniekształcone, okrojone, a ponadto są smutne. Tymczasem Jeszua miał fajne życie. Naprawdę. Owszem, musiał stawić czoła pewnym wyzwaniom, jak to człowiek, ale miał wspaniałe życie. Jego celem było cieszyć się życiem, odbierać je wszystkimi zmysłami… " (Adamus, Shoud 9)


Marek:


Wiem, że nie mogę zejść pod pokład i zacząć robić porządki... Czyli mam całkowicie odrzucić krzyż, jak i te obecne szaleństwa wojny.


Marta:


Jasne! Kiedy wejdziesz do serca i odnajdziesz siebie, otrzymasz tym samym dostęp do Banku Danych. I wtedy sam się dowiesz, jak było.


 

Marek:


Właśnie dlatego tak męczę ten temat, by się od niego uwolnić, a ciągle stoi za mną to: czy umarł za nas, czy z powodu naszej zbrodni.



Marta:


"Wiecie, jeśli ciągle się tym zajmujecie, jeśli ciągle zajęci jesteście 'naprawianiem' przeszłości, to później bardzo trudno wam powrócić do chwili obecnej. Chwila obecna bowiem nie ma nic wspólnego z czasem. Nie wiem, czy zdajecie sobie z tego sprawę, ale chwila obecna to nie jest po prostu dzisiejszy dzień.
Chwila obecna to doświadczenie, w którym uczestniczycie. A takie doświadczenie jest w swej naturze bardzo podobne do hologramu. Można przejść się dookoła niego, spojrzeć na nie od góry, od dołu, zajrzeć do środka i dopiero wtedy można zdać sobie sprawę, jak dużo więcej się dzieje w tej chwili obecnej niż nam się wydawało." (Adamus)

Hologram likwiduje pojęcie historii. Ot co. Podręczniki do historii zostaną wyrzucone na śmietnik. Tak powiedzieli Plejadianie, przypomnij sobie.


Marek:


Ale odczucie zostało i niesmak.


Marta:


Niesmak to produkt umysłu, który chce cię wpuścić w maliny. Doświadczenie nie ma nic wspólnego z emocjami. Jest do oglądania.


"Uzdrawianie, przerabianie odnoszą się wyłącznie do przeszłości. A skoro przeszłość nie jest już tak naprawdę przeszłością, to czy naprawdę jest wam to wszystko potrzebne? Całe to jej przerabianie i uzdrawianie? Zupełnie nie."


Ano właśnie. Po prostu przyszedł czas, żeby z dzieci Boga stać się dorosłymi Boga, jak mówi Adamus i przestać przeżywać.


Przypomnij sobie: "Radość jest szczególną mądrością" - tak mówi Agni Joga cytując nikogo innego, jak Jezusa.


Marta:


"Staramy się stworzyć nowe potencjały, nowe możliwości. Nie da się tego zrobić z grupą skrzywdzonych cierpiętników i wiecznych rekonwalescentów, z emocjonalnymi wrakami, którzy nie potrafią przejść nad przeszłością do porządku dziennego i trzymają się jej jak pijany płotu."

"…to czyste dramatyzowanie, mentalne międlenie, a w dodatku bardzo mocno osadzone w chronologicznym podejściu do rzeczywistości, ponieważ opiera się na ciągłym powracaniu do przeszłości. Jedno wielkie kręcenie się w kółko za własnym ogonem. Uzdrawianie… Fuj, wystarczy już tego!"

"Ja nie chcę dalej pracować z ludźmi, którzy wierzą jeszcze w takie makyo. Bo to tylko marnowanie naszego czasu, a mojego już w szczególności..." (Adamus)





Marek:


Nie mniej nie zmienia to faktu, że istnieje stan pomiędzy materią a duchem, dlatego tym się interesuję, wiem, że Adamus nie może wejść w kota ciałem duchowym, jak Jezus kiedy się pojawiał po śmierci ciała uczniom, że istnieje świat będący odbiciem świata duchowego, którego odbiciem jest świat materialny, zrozumienie tego jest dla mnie kluczowe, tak jak szkoły które, opisywał Sedlak  Maryli. Księga Uranti opisuje właśnie ten świat moroidalny.


Marta:


A dlaczego Adamus miałby nie wejść w ciało kota?


Marek:


Bo kot by wyparował.


Marta:


E tam! Włożyłby tyle swojej świadomości, ile kot by wytrzymał. I co by se poczuł po kociemu, to by poczuł. Podejrzewam, że kot ma wyższe wibracje od co poniektórych osób. Kot jest czystą miłością. Adamus nie lubi naszego umysłu, a kot go nie ma. Lepiej by się więc czuł w kocie niż w niejednym człowieku.


Marek:


Już kiedyś wspominałem, że rodzajów światów i wszechświatów jest nieskończenie wiele i stanów pośrednich, jednak są trzy podstawowe, Jezus na pewno tam z Adamusem nie są na poziomie najwyższym u Boga, Adamus i Tobiasz też mówił, że inne istoty nie mogą się zbliżać do ziemi, bo ich wciągnie, jak my do ich światów, bo spłoniemy.


Marta:


Oj, Maruś, międlisz ty tym umysłem i międlisz! Po co?


Marek:


Bo już nieraz się rozczarowywałem poziomem umysłowym najpierw, kiedy przeszedłem do ogólniaka, a potem na studia, więc nie wyobrażam sobie bym od razu został oświecony i hop! do Pana Boga, gdy się okaże, że zrobiłem zaledwie mały jeden stopień w nieskończoności kosmosu, nie jestem naiwny.


Marta:


A szkoda. Prawdę da się zapisać na dłoni niemowlęcia - mówi Agni Joga.


Marek:


Pamiętam Agni, że po śmierci zrobimy zaledwie mały kroczek na początku drogi.



Marta:


A cóż Ty tak zaniżasz swoją wartość?!


Marek:


Nie ma dróg na skróty.


Marta:


A kto Ci powiedział, że nie ma? Znowu umysł. Pilnuje swego, to jasne.


Marek:


Wszystko, czego umysł doświadcza, jest twoim osobistym bogactwem doświadczenia dla Ciebie w następnym świecie. Jak pszczoły dla ula, tylko, że ul jest na następnej łące i tak dalej, dalej ....Agni.


Marta:


A co mnie obchodzi następny świat?! Tu jest mój świat. Tu i teraz. Innego - następnego (znowu chronologia, a nie hologram) - nie ma. Nie ma żadnego następnego świata.


Ja Jestem. A nie będę.


Marek:


Możliwe, ale z tego, co ja wiem, będziemy w tym stworzonym przez nasze myślenie i nauki, jak to mówił Sedlak, sam zaskoczony np. karmą.


Marta:


Dlatego trzeba się uwalniać od wszelkich przesądów wmówionych nam przez różne księgi.


Marek:


To przez doświadczanie stopniowo się oczyszczamy, by zbliżyć się do NIEGO, to bardzo, bardzo daleka droga, możliwe, że to takie nasze ograniczenie, by nie wyskoczyć na powierzchnię, jak balon z głębi na powierzchnię wody. Gdyby chodziło o jednorazowe zanurzenie, to po co tyle zachodu z zatapianiem.
 

To, że coś wiem, nie znaczy, że wierzę i muszę. Postępuję ostrożnie wiedząc, że to, co myślę będzie tam gotowe, bogatsze, czy mniej ubogie, jak łąka Nirwany medytującego mnicha.


Przypomniał mi się syn Adam, jako dwulatek, gdy znalazł się na 'barana' na mnie. Wyciągnął rękę do góry w kierunku naszego wieżowca i powiedział: teraz domu sięgnę i po chwili zrozumienia opadła mu rączka.




Marta:


Trzy czwarte moich warsztatów poświęciłam na to, by ludzie przestali myśleć, a zaczęli odczuwać. Mamy osiągnąć stan czuciowiedzy tu i teraz. Czuciowiedza jest w sercu. Mam zająć się odczuwaniem, a nie międleniem w umyśle. Dlatego m.in. zajęliśmy się szukaniem "smaków serca". Że "Ja to ty" można tylko odczuć, a nie zrozumieć.


Marek:


Czuciowiedzą na stan moroidalny drugiej ziemi, skąd dajemy nura tu, by doświadczać.


Marta:


Nie wiem, co to jest stan moroidalny drugiej ziemi - i nie chcę wiedzieć. Na litość boską! Wyleźże wreszcie z tego umysłu!!!


Marek:


Ale na co? Wiesz dokąd idziesz po?


Marta:


"Pytanie brzmi, jak nawiązać z nią (czyli świadomością) kontakt? Jak wznieść się ponad umysł? Jak wznieść się ponad emocje i dramatyzowanie? Jak zdać sobie sprawę z tego, co naprawdę chcemy stworzyć? Jak wejść na taki poziom świadomości, który określamy właśnie mianem kihak - czyli bezwysiłkowego przyciągania energii dla tworzenia tego, co naprawdę chcemy? Postawiłem tu teraz kilka bardzo ważnych pytań i nie wiem, czy będziemy w stanie na nie jeszcze dziś odpowiedzieć.
Od razu wkracza w to wszystko wasz umysł i próbuje … stworzyć jakiś schemat, jakoś to wszystko skwalifikować i zaszufladkować. I od razu - w końcu ma w tej mierze duże doświadczenie - zaczyna wam wmawiać, że on dokładnie wie, o czym ten cały Adamus mówi; że cały ten kihak jest mu przecież doskonale znany. I wtedy w rzeczywistości zamyka waszą świadomość na to, o czym tu dzisiaj mówimy. Utrzymuje to pojęcie na poziomie mentalnej konstrukcji i wydaje mu się, że sobie z nim świetnie radzi. No i to sprawia, że dobrze się z tym czuje. Przekonuje was, że doskonale wie, jak sobie z tym całym kihakiem dać radę, ledwo tylko usłyszał to słowo. A tymczasem więzi was w ten sposób na poziomie mentalnym i nie pozwala poczuć, o co w tym tak naprawdę chodzi. To kolejny przykład makyo - operowanie konkretnymi terminami, opowiadanie wszystkim o tym, czym jest kihak; o tym, że to po prostu parowanie świadomości z energią, i tyle. No i w efekcie zaczynacie recytować różne formułki, dajecie się wciągnąć w swego rodzaju mentalną polemikę na ten temat. I w tym momencie jest już po wszystkim. W tym momencie już zdążyło umknąć wam wszystko, co jest w tym naprawdę ważne i prawdziwe."

"Nie chcę, abyście w tym momencie pomyśleli, że on stara się działać przeciwko wam, ten wasz umysł. Wcale nie. Po prostu tak
został uwarunkowany - został doskonale wytresowany i wzięty na smycz zbiorowej świadomości. Nawet jakby chciał, to nic z tym nie może zrobić. On nawet chce - chce się z tej smyczy zerwać. Rozpaczliwie tego chce. Chce się rozwijać, chce wykroczyć poza swoje dotychczasowe ograniczenia. Ale nie daje rady. Nie potrafi.

Dlatego musicie przejąć stery, wrócić i wziąć odpowiedzialność na siebie,
przestać cedować wszystkie decyzje na swój umysł, stać się wreszcie w pełni wcieleniem swojej duszy, podejmować świadome wybory i brać za swe dzieło odpowiedzialność, a wówczas wasz umysł z radością odda wam władzę. On tylko na to czeka. On naprawdę nie chce już dłużej grać w te stare gierki, nic a nic. "

Marek:


Co mam robić tu - zaczynam rozumieć, ale próbuję sobie wyobrazić, skąd Adamus nadaje, wiem, że korzysta z posianych wcześniej ziaren, by się z nami kontaktować, ale jak wygląda jego bezczasowość istnienia w przyszłości, to mnie zastanawia, to mnie nie więzi, ale zaciekawia, mam prawo wiedzieć dokąd idę, czy ktoś mnie prowadzi i dokąd..


Marta:


Prowadzi Cię jedynie i wyłącznie TWOJE SERCE! ŻADEN CZŁOWIEK, ŻADEN GURU, ŻADEN ANIOŁ ANI PROROK! Masz wejść w serce, tam się zadomowić i jego uchem słuchać tych wszystkich nauczycieli! I wtedy się nie pomylisz.


Marek:


Serce jako ośrodek energetyczny możliwego połączenia z Jaźnią, ale gdzie ona jest? Czy w  wewnętrznym wszechświecie jest ośrodkiem nadawczo-odbiorczym, a nie wysięgnikiem jak rozum w świat zewnętrzny?


Nie człowiek, nie guru, bo w świecie zewnętrznym tylko przez serce masz połączenie, ale ono nie jest Twoją Jaźnią


Marta:


Bóg to Serce. A więc moja Jaźń.


Marek:


K.U. opisuje dostrajacza myśli jako cząstkę samego Stwórcy, który przez serce może się komunikować.


Marta:


"Subtelna przemiana zasadza się wyłącznie na sercu. Ono zachowuje tę ognistą zdolność, która jest jedynym warunkiem przeobrażenia." (Agni Joga, Serce)



Marek:


Oczywiście to wszystko są słowa i ludzkie pojęcia, czy Bóg osobiście, czy poprzez swojego pośrednika Dostrajacza, ale on daje nam Jego moc woli, jak transformator elektrycznemu urządzeniu, ale nie jest NIM jako całością, tak jak kropla nie jest oceanem, ale może mieć jego potencjał zbliżający się, jak ułamki, do jedności.


Taka koncepcja jest mi teraz bliska, jesteśmy cząstkami końca Jego promieni, jak w mojej ulubionej książce: Dancing on end of time, ale nie pamiętam autora.


Marta:


A propos tego, że jesteśmy cząstkami końca Jego promieni, posyłam Ci mój wierszyk:


 

Słońce i promień


Wystrzeliło słońce

promyczek daleko,
dotknął ziemi promyk
na łące, nad rzeką.

Na jego koniuszku

złocisty bąbelek
wezbrał życiem
jak mały, zdrowy kartofelek.

Otwarły się oczka,

wysunęły rączki,
nóżki tańczyć zaczęły
dookoła łączki.

Jesteś jak ten promyczek,

Bóg – jak Wielkie Słońce,
z Niego bierzesz początek,
by hasać po łące.

Tworzysz z Bogiem jedność

jak promień i słońce,
wszystko w sobie masz z Niego,
by tworzyć bez końca.

Tworzyć w zdrowiu, radości,

same piękne rzeczy,
po to Stwórca wysyła
w ten świat swoje dzieci.


Marek:


Coś pięknego...ale ja bym dodał koraliki na całej długości promienia, coraz mniejsze i mniejsze i coraz bardziej materialne, jedne tworzone z drugiego jak ze świata czy wymiarów, nie możemy myśleć dwuwymiarowo jak płaszczak.


Oczywiście za sprawą możliwości promienia.




Marta:


"Słońce jest sercem systemu, podobnie też serce człowieka jest słońcem organizmu. Wiele jest słońc-serc i Wszechświat stanowi system serc, dlatego kult Światła jest kultem serca." (Agni Joga, Serce).


"Można myśleć mózgiem albo sercem. ...teraz jest czas serca i musimy skoncentrować nasze dążenia w tym kierunku. Nie zwalniając mózgu od pracy gotowi jesteśmy uznać serce za siłę motoryczną. Ludzie wymyślili dla serca mnóstwo ograniczeń. Sprawy serca pojmowane są wąsko i nie zawsze czysto. Musimy w sferę serca wprowadzić cały świat, ponieważ serce jest mikrokosmosem istnienia. Kto nie zostanie natchniony wzniosłym pojęciem serca, ten umniejszy swoje własne znaczenie. ...Nie należy ulegać rozdrażnieniu - przed trucizną irytacji uchroni tylko wielkość serca. ... to nie mózg, lecz serce może pamiętać o Nieskończoności. Tak więc nie umniejszajmy tego, co jest nam dane jako naczynie Łaski." (Serce)


Jestem, Maruś, monotematyczna, jak widzisz. Mój mąż mnie nazwał "monotematka". Bo ja nic tylko o sercu... Mój Boże! Jestem zakochana w sercu!


Marek:


I dobrze, bo to miejsce drabiny Jakubowej do Nieba, ale przez wszystkie koraliki otwarte na swoje własne serca szeroko musimy przejść jak przez otwarte oczka i nanizać się na ten boski promień.


Marta:


No to się nanizujmy!


 


Rozmowa 44



Ponad tożsamość

sobota, 30 lipca 2011 10:47

Marek
: Jak Ci się podoba LUG?

Marta
: Nie czytam już takich rzeczy. „Odłóżcie książki, dajcie odpocząć intelektowi, powstrzymajcie się od chęci dowiadywania się czegokolwiek – po prostu otwórzcie serca i bawcie się z waszą Duszą. Pozwólcie wkroczyć Duszy.”

Marek
: Lubię wiedzieć na co się otwieram..

Marta
: Już wiesz.

Marek
: Życie to wspomnienia różnych ścieżek na górę, może być helikopterem... obserwacją jak inni idą i doświadczają... jedno i drugie jest ciekawe, można tu i teraz być, a oglądać śniąc... Nie chcę uciekać, chcę być tu i tam, i wszędzie naraz, a to daje wiedza.

Marta
: Ty nic innego nie robisz, jak tylko dodajesz kolejne hasła do swojej mentalnej encyklopedii. Zabraknie Ci czasu na wyciągnięcie wniosków i POCZUCIE tej wiedzy.

Marek
: Przeczytaj mój wpis na temat pobytu w Piotrkowie, jutro wkleję następny... Każdy kolejny ruch pędzla w świadomości ubogaca jej obraz

Marta
: W świadomości, a nie w intelekcie.

Marek
: Tak, ale intelekt tworzy paradygmaty rozpoznawcze, inaczej nie zobaczysz duchowej przestrzeni.

Marta
: Gówno prawda!

Marek
: Aby zobaczyć wewnętrzne światy, trzeba je sobie tu uzmysłowić, inaczej zostanie się oślepiony światłem lub zmysłową pustką.

Marta
: To już miałeś wystarczająco dużo czasu, że sobie co nieco „uzmysłowić”.

Marek
: Gdyby było inaczej, po co byśmy byli tutaj? Wewnętrzne światy zostały stworzone przez istoty jak my, tylko wcześniej, by się do nich przedostać, trzeba zdobywać wiedzę tutaj.

Marta
: Nie będę zaczynać od Adama i Ewy i objaśniać, po cośmy tutaj są. Do tej chwili to powinno być już jasne. Mamy poznać kim naprawdę jesteśmy. Do tego nie potrzeba czytać 1000 książek…

Marta
: …a potem 1001, 1002, 1003, 1004, żeby w połowie 1005 zejść z tego świata. „Prawdę można zapisać na dłoni niemowlęcia” – mówi Agni Joga.

Marek
: Wiedzę masz w sobie, ale klucz tutaj.

Marta
: Jeśli już czytać to nie o statkach kosmicznych i kosmicznych istotach, co to chcą nas czegoś nauczyć. Ale czytać Eckharta Tolle, Joela Goldsmitha itp. Bo oni dostarczają narzędzi i owego klucza do siebie. Nie jacyś tam kosmici opisani na 243 stronicach tekstu. Rany boskie!

Marek
: Książki i spojrzenia innych służą nam jak i Stwórcy, do spojrzenia na Stworzenie, jak na hologram z nieskończenie wielu punktów naszego postrzegania. Jemu nie chodzi byś odleciała z Ziemi prosto do Niego, z kawałeczkiem ziemi w dłoni...

Marta
: On chce tu przyjść dzięki mnie.

Marek
: Byś stała się Nim w długim procesie powrotu przez Hierarchie Światów.

Marta
: Ten długi proces właśnie dobiega końca. Pora to sobie wreszcie uświadomić. A poza tym to nie ja Nim mam się stać, ale On mną z całą jego wspaniałością. Bóg chce się stać człowiekiem. Tego kosmita nie załatwi.

Marek
: Zgoda! Ale razem przez już wcześniej tworzone jak i teraz cały czas światy. Gdyby nie chciał wiedzieć o innych, nie zmuszałby mnie do zapoznawania się z pojęciami innych, pisanymi czy wypowiadanymi, nie byłoby zabawy....

Marta
: „Jeżeli Bóg ma wobec nas jakieś plany, to jego plan polega na tym, że chciałby się w nas zamanifestować jako człowiek.” Do tego potrzebne jest studiowanie wiedzy takiej, jak choćby ta zawarta na mojej stronie internetowej „Etyka serca w życiu codziennym”, a nie jakieś tam LUG-i.

Marek
: Człowiek jest wyjątkowy, bo jest Jego sondą o możliwościach wielu gatunków i percepcji świadomego wglądu. Boga na pewno interesuje wszystko, inaczej zlikwidowałby debili i nacjonalistów.

Marta
: Nie ma o czym mówić. Po prostu moje zainteresowania i potrzeby idą w innym kierunku. Każdy ma swoją drogę.

Marek
: Na pewno! Inaczej bylibyśmy klonami samych siebie i Jego!

Marta
: To przecież tylko teatr. Nie zasługuje na strojenie poważnych min i osądzanie z namaszczeniem, kto jest debilem, a kto nie. Adamus nam to wbija do głowy, ale widać na próżno. Jedyne, co mamy do zrobienia teraz, w tej epoce powrotu do siebie, to wznieść się ponad swoją tożsamość.

Adamus ujął to m.in. tak:


„Wzniesienie się ponad swoją tożsamość. Odpuszczenie  jej sobie zupełnie
. Powtarzamy to na sto różnych sposobów od stu z górą lat - uwolnijcie się od swojej tożsamości. Wiecie, dlaczego tak uwielbiam naszych piratów? Ponieważ potrafią grać, potrafią udawać kogoś, kim nie są. A za każdym razem, gdy grają jakąś rolę, za każdym razem, gdy kogoś udają (patrzy na Dawida przebranego za pirata), przypomina im to jedną ważną prawdę - że to wszystko to tylko gra, że to tylko kolejna rola na scenie, że to wszystko to tylko teatr. Gdy Dawid zdejmie dzisiaj swój kostium pirata, to bynajmniej nie będzie oznaczać, że powróci on do swojej prawdziwej tożsamości. To będzie jedynie powrót do innej roli - do postaci o imieniu Dawid, ale dzięki tej chwili udawania kogoś innego niż Dawid, jakaś jego cząstka będzie później pamiętać, że żadnego Dawida tak naprawdę nie ma. A zatem nie ma też po co go udoskonalać. Nie ma tu czego naprawiać ani uzdrawiać. A to dlatego, że nie ma żadnego Dawida.
Dawid to tylko kolejna rola na scenie. To tylko aktorska kreacja w teatrze życia. A im bardziej staracie się tę swoją sceniczną tożsamość naprawiać i uzdrawiać, tym głębiej grzęźniecie w iluzorycznym przekonaniu, że ten spektakl to coś, co się dzieje naprawdę, że to wasza prawdziwa tożsamość. To dlatego powiedziałem w zeszłym miesiącu, żebyście dali sobie wreszcie spokój z całym tym uzdrawianiem, z całym tym przerabianiem różnych rzeczy. Wejrzyjcie lepiej w zamian w swoje prawdziwe Ja.”

„Potraficie sobie wyobrazić, jakie to uczucie, odgrywać najwspanialsze z ról pamiętając, czy też wiedząc,
kto pozostaje ich twórcą i odtwórcą jednocześnie? Innymi słowy, chodzi o pełną uwagi świadomość, że oto świetnie się bawicie udając, że jesteście na przykład Dawidem, Andrą lub kimkolwiek innym. To tylko sceniczna rola, Mary.

To tylko teatr
! Od tak dawna staramy się wam to uświadomić. Próbujemy wam to uzmysłowić, że to tylko piękna sceniczna rola. Niewątpliwie gracie tu sobie bardzo intrygującą dla was rolę, ale to wciąż jedynie sceniczna postać, a nie wy. To nie wy.”

Marek
: OK! Zdjąć z siebie zbiorową halucynację teatru, ale nie grać dalej swej roli, raczej ciesząc się życiem i naturą...

Marta
: No nareszcie!

„A kiedy uda wam się wreszcie uwolnić od tej scenicznej tożsamości - co jest najbardziej przerażającą  rzeczą w tym spektaklu, w którym teraz gracie, bo w scenariuszu nic nie ma na ten temat i nie wiadomo, jak potoczy się dalej ta fabuła - a zatem, jeśli uda wam się wznieść ponad tę iluzoryczną, chwilową tożsamość i zrozumieć, że tak naprawdę
wcale nie jesteście tym, kim wydaje wam się, że jesteście, to wówczas tej waszej dotychczasowej fałszywej tożsamości wcale się to nie spodoba. Będzie was straszyć, że teraz to już was czeka pewna śmierć, że to, że tamto... A to tylko kolejna jej gierka. Nie słuchajcie jej, nie zwracajcie uwagi na te akty desperacji w wykonaniu jakiegoś tam waszego aspektu.

Wsłuchajcie się lepiej w swoje Ja Jestem. W wasze Ja Jestem
. Zwróćcie uwagę, że mówię 'Ja Jestem', a nie 'Ja Byłem', a wy właśnie w ten sposób żyjecie! Tak właśnie żyjecie. 'Jestem Tym, Kim Byłem (śmiech), tylko nie jestem pewien, kim do cholery mam teraz być!' Gdy tymczasem powinno to brzmieć, 'Jestem Tym, Kim się Staję'. A stawanie się ma zawsze miejsce w chwili obecnej, nigdy wcześniej ani potem. 'Jestem stawaniem się. Jestem Tym, Kim Jestem.' A w wersji uproszczonej po prostu 'Ja  Jestem'. Albo ‘Jestem’, po prostu ‘Jestem’.

Wszystko inne to tylko teatr
. Cała reszta to tylko zabawa. Cała reszta jest częścią doświadczania. Ale zamiast pozostawać w nieświadomości, kto jest twórcą waszych doświadczeń, zamiast pozostawać w nieświadomości, skąd i dlaczego pojawiają się takie a nie inne doświadczenia, w nieświadomości tego, jak się też z takich doświadczeń można wydostać, przy świadomości swego Ja Jestem, swego Jestem, nagle wszystko zaczyna się układać w jeden obraz. Wszystko zaczyna nagle mieć jakiś intuicyjnie wyczuwalny, boski sens. Nie ludzki sens. Nie będzie to miało sensu według kryteriów ludzkiego umysłu, a jedynie według waszego boskiego Ja. I wtedy Ja Jestem przestanie być tylko milutkim frazesem, którym witacie ludzi na spotkaniach Shaumbry. Wtedy zaczyna tak rzeczywiście być. Uświadamiacie sobie wówczas, co to tak naprawdę znaczy.

Dajcie sobie zatem spokój z postrzeganiem siebie jako Pete'a, Dawida czy Mary. Uwielbiam
Pete'a, ale uwolnijcie się już od niego. To bynajmniej wcale nie oznacza, że macie go zniszczyć. Dobry Boże, nie. Po prostu odpuście go sobie. Przejdźcie na drugą stronę Pete'a.”

Marek
: Fakt, że nie musimy odkrywać już nic poza zachwytem, ale ja lubię wiedzieć już tu i szukać dróg eksploracji kosmosu za tego życia!! nie tylko podczas snu....

Marta
: Za tego życia to Ci się uda tylko wtedy, kiedy poczujesz swoje JESTEM. A nie czytając o kosmosie. Masz tu na ziemi poczuć swoją boskość i wnieść ją do fizycznej rzeczywistości.

Marek
: Być na ziemi i podróżować, jak w „Najdalszych podróżach”! Myślisz, że gdybyśmy nie czytali tych wszystkich książek teozoficznych, to doszlibyśmy do tego samego miejsca, co teraz, to dlaczego nie masz wszystkich tutaj oświeconych? Bez naszego wysiłku twórczego świadomości, sam Stwórca nie miałby z czego korzystać, jechałby syrenką dalej...

Marta
: Ok. Ale Ty już wszystko przeczytałeś, co miałeś do przeczytania. Teraz czytaj SIEBIE. Ale umysł Ci nie pozwoli, dlatego tak się ze mną tutaj spierasz. Wszystko, tylko nie czytanie siebie. Adamus mówi: „Tam, we wszechświecie, nigdzie nie ma żadnej wyższej inteligencji od waszej. Nigdzie. Możecie przeszukać cały kosmos i nie znajdziecie wyższych inteligencji od waszej. I nie mówię tu o umyśle, tylko o duszy. Nigdzie.”

Marek
: To nieprawda, jestem pragmatykiem, tylko w to wierzę, co sam praktykuję, jak w medytację, czy tantrę seksu, czy jawne śnienie... Jest w nim sprzeczność, bo skąd to mówi i skąd przychodzi i dokąd wraca? Dlaczego zazdrości smaku wina...nie mówię o sprawach ducha, bo duchem tu nie może być w kocie, bo by go spalił, musi być na statku, lub czymś innym pośrednim... Duch tylko w całym kosmosie... pustka? Już Sedlak mówił, że jest tętniącą pełnią Istot pośrednich w Hierarchii.

Marta
: Pewien student psychologii zawędrował do Indii, żeby porozmawiać z mądrym guru. Student wyraził swoją opinię, że jego zdaniem dobrze jest mieć uniwersyteckie wykształcenie, czyli czytać i czytać, i czytać. Guru odparł:

„Niewątpliwie. Pomoże ci ono zarabiać na życie. Ale nie nauczy cię żyć. Jesteś studentem psychologii. To może ci się w różnych sytuacjach przydać. Czy jednak można żyć psychologią? Życie jest cenne tylko wtedy, gdy wyraża prawdę w działaniu. Żaden uniwersytet nie nauczy cię, jak żyć, abyś mógł stwierdzić, gdy przyjdzie czas umierania: żyłem dobrze. ...Ludzie wegetują zamiast żyć. Gromadzą doświadczenia i wzbogacają pamięć.”


„Żaden uniwersytet nie nauczy cię być sobą. Jedyny sposób to praktyka. Po prostu zacznij być sobą. Odrzuć, czym nie jesteś i wnikaj coraz głębiej, podobnie jak człowiek, który kopiąc studnię odrzuca, co nie jest wodą, aż dotrze do wodnych zasobów. Tak również ty musisz wyzbywać się tego, co nie jest twoje własne, aż nic nie zostanie do odrzucenia. Przekonasz się wtedy, że tego, do czego dotarłeś, nie można objąć umysłem.(...)”


Marek
: Gdyby Bogu w nas nie zależało na doświadczeniach życia, to o co by mu chodziło?

Marta
: Żyć to znaczy cieszyć się istnieniem, odczuwać radość z twórczego wyrażania własnej boskości.

Marek
: Żyć dla samego życia, to piękna idea, na poziomie przedłużania gatunku i polowania, jak dzikich. Nie wiem czy sarna cieszy się w szczękach lwa... doświadczenia i emocje to życie w radości istnienia, bycia ofiarą już gorzej... I dochodzimy do sedna: Nauka! Ze szkoły się nie ucieknie, chyba, że zrozumie się, czym jest nauka...

Marta
: W dalszym ciągu rozmowy student mówi do guru: „Zapewne muszę przejść przez wiele doświadczeń, zanim osiągnę tak wysoki poziom świadomości.”

A na to guru: „...Nie potrzeba ci więcej doświadczeń. A jeśli ich pragniesz mimo wszystko, zajrzyj w serca ludzi wokół siebie. Znajdziesz taką różnorodność doświadczeń, że nie przebrniesz przez nie wszystkie nawet w ciągu tysiąca lat. Ucz się na cudzych niepowodzeniach, oszczędzając sobie takich przeżyć.”


Marek
: Pazerność na życie, to przeciwwaga życia guru, harmonia jest po środku i zapewne według własnego wcześniejszego scenariusza… Pocztą przesyłam Ci motto naszej dyskusji...
Dla nas okazją jest „okno” które otwarło się z jądra galaktyki, a przez które zagląda na Ziemię potężny promień synchronizacji, portal umożliwiający w kooperacji z Gają i Logosem Drogi Mlecznej modulację wibracji naszej fizycznej gęstości. Jeśli już odebrano klucze w postaci piktogramów kręgów zbożowych i uaktywniono starożytną planetarną sieć centrów mocy, przygotowanych z myślą o naszych czasach, a statki Logistyki i Konferencji ustawiły się idealnie do tej operacji, możemy śmiało przewymiarować się jako kompleks planeta-cywilizacja.

Marta
: Adamus: „Wasz Duch chce wam towarzyszyć w tej rzeczywistości, w której też przebywacie, chce do was dołączyć tu, na Ziemi, ale to się nie stanie tutaj (pokazuje na głowę.)”



(Thomas Szasz, The Myth of Mental Illness)

„To jest tylko kwestia suwerenności. Do tego się  to wszystko sprowadza. Tu chodzi o wolność. O wasze połączenie z Bogiem, którym sami jesteście.”


„Wiecie co? Cel to tak naprawdę kiepski towarzysz życia, naprawdę kiepski. Oskubie was do suchej nitki, obrobi z czego się da, oszuka, omami i natchnie fałszywą motywacją. A
gdy kierujecie się fałszywymi aspiracjami, wówczas nie podążacie za tym, co naprawdę powinno was motywować, czyli jak po prostu być, jak po prostu istnieć bez uciekania się do uzasadniania waszego istnienia jakimkolwiek zewnętrznym powodem, celem, sensem… Wiecie, jakie to wyzwalające? Jakie to niesamowite uczucie, gdy żyjecie sobie tylko po to, żeby żyć, gdy waszą pasją jest samo istnienie.”

„Żaden balast nie może wam wisieć u szyi, bo nie wzlecicie. Mówię wam to prosto z mostu, ale wy i tak będziecie się przy tym wić jak piskorze, będziecie starali się jakoś od tego wymigać i wmawiać sobie, że może jednak źle mnie zrozumieliście. Po Shoudzie zaczniecie kombinować, dyskutować na ten temat z resztą Shaumbry i próbować odwracać kota ogonem. A ja wam mówię wyraźnie, że
żaden cel w życiu nie jest wam do niczego potrzebny! Potraficie świetnie dać sobie radę bez niego! Kropka. Kropka. Dopiero wtedy zaczniecie żyć w zupełnie nowy sposób cudownym, wspaniałym, wolnym od uzależnień życiem…”

Marek
: Wiem, że żeby On mógł wejść i się delektować, muszę podnieść własną wibrację i o to Mu chodzi, a wiemy, że to można zrobić przez serce i kierowanie na nie uwagi. Czy to wystarczy by się oczyścić ogniem oddechu, nie wiem, ale próbuję....

Marta
: I bardzo dobrze.

Marek
: Tak jak mówi Adamus się zgadzam, w Shoudzie 11 z czerwca:

„A zatem nie ma żadnych tajemnic - tu chodzi tylko i wyłącznie o doświadczanie życia. A
doświadczeń wcale nie trzeba oceniać jako dobre lub złe, tak jak wy to macie w zwyczaju, ponieważ ostatecznie każde jedno doświadczenie jest niesamowite, jest piękne i prowadzi do rozwoju i ekspansji.”

„Nie ma tu zatem żadnych tajemnic. Ja nic przed wami nie ukrywam. To tylko umysł się w to wszystko wtrąca - w piękny, ale i bardzo podstępny sposób.
To tylko umysł nie może się z tym pogodzić, że nic z tego nie rozumie i nagabuje was ciągle, że coś się za tym musi kryć, że koniecznie trzeba odkryć, czego wam nie mówimy. Umysł jest po prostu tak a nie inaczej zaprogramowany. To jest taki mały robot zaprogramowany na to, aby zawsze starać się wszystko przebadać, przeanalizować, przemyśleć, nazwać i zaszufladkować, a wy mu na to zazwyczaj pozwalacie. A już w szczególności pozwalaliście mu na to w ciągu ostatnich kilku tygodni, kiedy wszystko zaczęło być dla was coraz bardziej stresujące. I choć wielu z was coraz lepiej daje sobie z tym radę, nie myląc tego, co się dzieje wokół was z waszymi własnymi przeżyciami, to wciąż jeszcze macie tendencję do pozwalania umysłowi zajmowania waszej uwagi i skupiania się na próbach zrozumienia i nazwania tego, co się z wami dzieje. Taki macie schemat, tak po prostu zawsze funkcjonowaliście.

W TYM WSZYSTKIM CHODZI O DOŚWIADCZANIE.”


Dlatego czytam innych doświadczenia, by lepiej zrozumieć swoje.


Marta
: Co do celu w jakim czytasz, to wszyscy wszak czytamy w tym właśnie celu: żeby lepiej zrozumieć własne doświadczenia. Ale w tym celu wybieramy, co warto czytać, a z czym sobie lepiej dać spokój, no nie?

Marek
: Jasne, że tak, dlatego każdy ma inną potrzebę, bo i inne doświadczenia. O tym właśnie jest w ostatnim wykładzie Adamusa /11/ o tym jak umysł kroi nam doświadczenia. Zastanawiałem się dlaczego wylądowałem w Tomaszowie Mazowieckim, a nie w Piotrkowie, a w obu tych miastach była ulica Kręta wokół cmentarza Żydowskiego, z tym, że w Tomaszowie było boisko, zamiast świątyni Sai Baby, nigdy tam nie byłem, a miejsce i wszyscy obecni byli mi znani od dawna, czego nie mogli potwierdzić, stąd moje doświadczenie skierowało mnie na tzw. pętlę czasu i spiralę o której mówił Adamus, ciekawe...

Marta
: Co do wyboru tego, co czytam, to rezygnuję z lektury w momencie, kiedy natykam się na taki oto zwrot:

„Podobnie jak autor tego przekazu, wiele istot było wziętych w dzieciństwie na pokłady różnych statków kosmicznych.”


Ktoś taki nie pomoże mi zrozumieć moich doświadczeń, jego doświadczenia nie będą dla mnie punktem odniesienia w badaniu moich doświadczeń. A kysz!


Natomiast, kiedy czytam cóś takiego:


„ ‘Dłużej już ze sobą nie wytrzymam’. Ta właśnie myśl nasuwała mi się raz po raz. I nagle zdałem sobie sprawę z jej osobliwości. „Jestem jeden, czy jest mnie dwóch? Jeśli nie mogę ze sobą wytrzymać, to widocznie jesteśmy dwaj: z jednej strony ‘ja’, który mówię te słowa, a z drugiej jakaś – powiedzmy – ‘osoba’, z którą już nie wytrzymuję. A skoro tak, to może tylko jedno z nas istnieje naprawdę.” To raptowne odkrycie tak mnie oszołomiło, że mój umysł stanął jak wryty. (…)”


No i jest dalej opis, co się z nim (Eckhartem Tolle) działo. Nikt go nie zabierał na żaden statek kosmiczny, żeby mu robić wykłady i być jego mentorem. Był w swoim pokoju, leżał we własnym łóżku i
sam sobie był przewodnikiem w tym niesamowitym doświadczeniu odzyskiwania SIEBIE. Umysł się poddał i ustąpił. Obecność JESTEM przejęła ster.

„… I nagle znikł wszelki lęk… Obudziło mnie ćwierkanie ptaka za oknem. Nigdy przedtem nie słyszałem takiego dźwięku. Pod zamkniętymi powiekami pokazał mi się drogocenny brylant. No właśnie: gdyby brylant mógł wydawać dźwięk, brzmiałby on dokładnie tak jak ten ptasi śpiew. Otworzyłem oczy. Przez firanki wlewał się do pokoju pierwszy brzask. Zanim zdążyłem cokolwiek pomyśleć, już czułem, już wiedziałem, że światło to coś nieskończenie bogatszego niż my, ludzie, zdajemy sobie sprawę. Sącząca się przez firanki łagodna świetlistość była samą miłością.”


O, i jak czytam cóś takiego, to wiem, że to jest cóś, co chcę czytać dalej.


Marek:

Wracając do LUG:
Ten piękny wszechświat powstał jako środowisko urzeczywistniania się potencjału mikrokosmosów istot, zawierających cząstki Źródła. Rozwój właściwej duszy następuje w ośrodku materialnym wszechświata. To podobnie jak nasiona, aby wykiełkowały należy je „wysiać” tzn. umieścić w ziemi.
Cząstki Źródła wcielają się więc w materię wszechświata - genetycznego Boga doświadczalnego.
Mobilizowane do rozwoju mikrokosmosy istot, są pod wpływem kolektywu istot które osiągnęły już swą wieczność i wspierają telepatycznie aktualnie wznoszących się. W czasie gdy dany mikrokosmos znajduje się w Finale Syntezy Stwórcy, wiele istot pomaga w tym procesie wysyłając Miłość jako doładowanie syntezy. Osiąganie najżywszego stopu życia - ciała syntezy - to naprawdę mocne wydarzenie, w którym bierze udział personel Konferencji i Logistyki. Uwieczniona w Światłości istota staje się Jednością z Źródłem.
Na wielu planetach uniwersum dojrzewają do życia wiecznego istoty wcielone.
W trakcie wnoszenia się i syntezowania mikrokosmosu spotykają się, poznają i uczą Funkcji Jedności Wszechświatów na wielu jej poziomach-zasięgach.
Wniebowstąpienie istoty to zasadniczo proces wewnętrzny mikrokosmosu.
Można powiedzieć że ma miejsce „wstąpienie nieba w istotę”. Duchowe piękno i moc Miłości jaką promieniuje taka istota są cudowne. Jeśli jesteśmy zachwyceni np. pięknem kobiecego ciała to gdy ujrzymy dojrzałą istotę duchową w jej pełnym zintegrowanym spektrum życia wiecznego, to brzmienie
takiej częstotliwości wibracji jest czystym Źródłem Życia. Istota taka jest przecież w stanie orgazmu wieczności i dlatego dla wielu ziemian spotkania z takimi istotami pozostają na długo w pamięci. To są przykłady istot które osiągnęły życie wieczne w czasie wcieleń na ewolucyjnych planetach wielu galaktyk. Jedna ze wspólnot takich istot, to właśnie forum Konferencji Intergalaktycznej.
Pozwól, aby Bóg w tobie mógł wyrazić się w pełni, jako ty. Pozwól aby Bóg w tobie objawił się w pełni. Rozpoznaj Boga w sobie a staniesz się nim. Istnieje wiele szkół duchowego rozwoju i ścieżek religijnych traktujących właśnie o tym. To też trzeba zrozumieć, przesiać i iść do przodu, bo wewnętrzne odkrycie
w sobie Boga dokonuje się w wielkiej intymnej Miłości. Na miliardach planet uniwersum które logistycznie pilotuje, serwisuje i pozycjonuje Dusza Kosmosu, ich mieszkańcy przeżywają wewnętrzne połączenie z Bogiem-Źródłem. Zawsze i wszędzie rdzeniem tego połączenia jest Miłość, w Ogniu Miłości. Istoty które
stały się jednym z Bogiem Źródłem to istoty które również zrozumiały że są wszechświatem i jego stwórczą technologią z której mogą korzystać ; mądrze i odpowiedzialnie. W innym przypadku wszechświat odpowie w ten sposób, że skieruje istotę poprzez mechanizm odzwierciedlenia na lekcje poprawy. Istoty w pełni Światłe Boga-Źródła , znane są jako personel LUG, forum Konferencji Intergalaktycznej, Wielkie Braterstwo Światła, Królestwo Światła Nieskończoności czy przedstawiona tu Funkcja Jedności Wszechświatów.


Rozmowa 45



To nie ma znaczenia

niedziela, 23 października 2011 10:02


Marek:


Jedyny sposób, aby określić, zrozumieć i poznać emocjonalnie, kim Ojciec jest, to zrozumieć i emocjonalnie wiedzieć, kim wy jesteście. Wtedy poznacie Boga. Wtedy będziecie mogli powiedzieć: „Wiem, kim Ojciec jest, ponieważ Ojciec i ja jesteśmy jednym i ja wiem, kim jestem". Co Ci to przypomina? To Ramtha.


„Bycie kim Bóg jest, to bycie tym, kim jesteście. Kiedy po prostu jesteście Istnieniem siebie samych, jesteście nieograniczeni, kreatywni i wolni w swych wyborach. Jesteście tolerancyjni, jesteście potencją, jesteście spokojem, jesteście radośni. Jesteście czystą energią, zdecydowanym kierunkiem, wszystkimi emocjami i całością myśli. Istnieć i kochać siebie samego z głębi waszego jestestwa, z każdym waszym oddechem i pozwolić prawości waszej istoty wyrażać się w życiu, to jest bycie tym, kim i czym Bóg jest. Po prostu pozwólcie sobie być Istnieniem. W istnieniu jesteście wszystkim. Aby stać się Bogiem, wystarczy powiedzieć: „Ja Jestem".”

Marta:


Otóż nie staję się Bogiem, choć powtarzam "Ja Jestem". Niestety. To nie działa. Jak również nie rozumiem jak miałabym sobie pozwolić być Istnieniem? Co znaczy w ogóle w tym kontekście i w tej konkretnej sprawie pozwolić sobie? To znaczy co zrobić? Jak wygląda pozwalanie sobie na bycie Istnieniem - rozumiem, że jednością z Bogiem? Mogę sobie pozwolić kupić sukienkę, mogę sobie pozwolić zjeść loda, mogę sobie pozwolić na odpoczynek po pracy, mogę sobie pozwolić, żeby coś komuś powiedzieć (może do słuchu), na różne rzeczy mogę sobie pozwolić, ale to jest konkretne posunięcie, działanie, decyzja, że robię to czy tamto, albo nie robię. Tu rozumiem, co znaczy pozwolić sobie na coś. Ale jak mam pozwolić sobie być Istnieniem, nie mam pojęcia.


Marek:



Ja sobie pozwalam rozsiąść się w Nim jak w fotelu, może być moim samochodem, czy Tobą, nie myśl sobie że zaraz to zrobię, ale pozwolić sobie mogę, poczuj się jak embrion w łonie matki, czy nie są Jednością?

Marta:


Nie wiem jak się czuje embrion w łonie matki. Mogę się tylko domyślać. A to nie to samo. Myślenie o czymś a czucie, to dwie różne rzeczy. Myślenie to mentalna koncepcja. Czucie zaś nie ma nic wspólnego z mentalnym wyobrażeniem. Niestety. To tak nie  działa. Wszystko to czcze gadanie. Można sobie opowiadać: poczuj się tak, poczuj się śmak, wybierz tak, wybierz owak, pozwól sobie na to, pozwól sobie na tamto. Słowa, słowa, słowa. Puste gadanie.





Marek:


To Twoja Prawda :)



Ktokolwiek nie znajduje świątyni w swoim sercu, nigdy nie znajdzie swojego serca w świątyni.
Mikhail Naimy.

Marta:



I milionów innych nieszczęśników, którym ani dudu nie wychodzi, choć przeczytali tysiące stron pełnych instrukcji, jak to się robi.

Marek:


Każdy ma swoją i jej się powinien trzymać i bez oceniania innych.


Marta:



 Tak ona moja ta prawda, jak i Twoja. Gdyby Twoja była inna, to byś był żywym tego dowodem. A Ty tylko gadasz. To każdy potrafi.

Marek:


Pewnie, gorzej kiedy przechodzimy do konkretów, jak zło i dobro, jestem w rozdziale 13-tym:

„Nie widzę ani dobra ani zła, widzę tylko życie. Jeżeli życie motywuje kogoś do zamordowania jakiejś osoby czy zrobienia tego w duszy, po prostu o tym myśląc — jedno nie jest lepsze od drugiego, ponieważ to, co zrobiliście w waszych myślach, jest już dokonane — w każdym przypadku ten ktoś będzie musiał wyrazić te myśli w akcji, aby osiągnąć całkowite zrozumienie. Nie istnieje ani jedna osoba, która nie rozłupała kogoś w myślach na pół. Chciałbym, żebyście zrozumieli, że osoba, która była obiektem ekspresji mordercy, nie jest ofiarą tego mordercy, ponieważ ona na pewno kontemplowała możliwość bycia spaloną, rozłupaną na pół czy też zgwałconą. A ponieważ się nad tym zastanawiała i ogarnął ją strach, przyciągnęła to doświadczenie do swojego własnego progu. Tak więc osoba, która chce zgwałcić i osoba, która chce być zgwałcona, przyciągną się wzajemnie, aby tego doświadczyć w celu osiągnięcia zrozumienia.”

Marta:


Zło nie istnieje. Jak powiedział Einstein: tak jak ciemność jest tylko brakiem światła, tak zło jest brakiem dobra. Jest nieobecnością miłości.

Marek:


Dla ofiary to nie jest tylko gadanie.


Marta:


Jakiej ofiary?


Marek:


Ofiary zła.


Marta:



Ofiara zła to znów mentalna koncepcja. Wszystko, co zaprzecza boskiej harmonii, jest ludzkim wymysłem. Drama, jak mówi Adamus. Spektakl, sztuka, iluzja. Nie ma żadnych ofiar. Ot co. Dopóki myślimy w kategoriach zła i ofiary, dopóty dajemy dowód, że nic nie rozumiemy. Że nijak nie potrafimy zejść z poziomu mentalnego. A jeśli nie umiemy zejść z poziomu mentalnego wszelkie prześlicznościowe opowieści Ramthy, Adamusa, Jezusa czy kogokolwiek innego będą się od nas odbijać jak groch od ściany. Możemy sobie poczytać. Tylko co z tego?

Marek:



To, że ktoś nie rozumiejący może to nazwać gadaniem, i tu jest niebezpieczeństwo, nie ma czczego gadania, bo to myśl Boga!

Marta:



Akurat. Nie będziemy się zasłaniali Bogiem. Jakby to była myśl Boga, to by dawała skutek. Skoro nie daje skutku, to nie jest Boga. To tylko myśl wirtualnego, ograniczonego, śmiertelnego umysłu ludzkiej - a nie boskiej - istoty. Małego ego-umysłu, który sili się na mądrość i kombinuje po swojemu.

Marek:



Myśli i wszystko, co myśli, przepływa przez nas, a my to odbieramy i przetwarzamy na swój sposób, a tym polega nasza boskość.

Marta:



Przetwarzanie na swój sposób nazywasz boskością? A co tu jest boskie? Co jest boskiego w naszej ograniczoności sprowadzającej Boga do naszego poziomu?

Marek:


Wolna wola, jedyne prawo boskie.


Marta:



Jak powiedział Adamus: nie macie żadnej wolnej woli. To jest tylko gra. Nic tu nie jest prawdziwe, serio, poważne. Skoro nie jest, to i tzw. wolna wola jest elementem gry tylko. Nie ma się co spinać i uważać, że to coś bardzo poważnego. W ostatnim, październikowym wykładzie, Adamus zaleca nam dużo śmiechu. Śmiać się z tego wszystkiego. "Breathing and laughing, and then again breathing and again laughing". Oddychać – świadomie oddychać - i śmiać się. I znowu oddychać i znowu się śmiać. Co tu ma do roboty jakakolwiek wolna czy nie wolna wola? Bóg się też śmieje. Pamiętasz ulubiony kawał Boga? Grzech. Za każdym razem, kiedy ludzie mówią o grzechu, Bóg wybucha śmiechem. Gdybyśmy mieli wolną wolę i byłaby ona respektowana, to byśmy dawno wysadzili kosmos w powietrze. My jesteśmy traktowani jak przedszkolaki, które mają wolną wolę wybrania niebieskiego kubełka zamiast czerwonego i zielonej łopatki zamiast różowej. Zresztą na dobrą sprawę sami sobie takie role fundujemy, bo to, co tu odgrywamy to tylko próbowanie, jakby to było, gdybyśmy nie byli doskonali i musieli dopiero do doskonałości się wznosić. A mu już jesteśmy doskonali, już jesteśmy wzniesieni, już jesteśmy u celu. Teraz bawimy się w udawanie, że się wspinamy. Doświadczamy jakby to było, gdybyśmy musieli cokolwiek osiągać, jak by to smakowało, jak byśmy to odczuwali. I tyle. Gramy swój spektakl. Moglibyśmy go odgrywać na wesoło, ale - jak mówi Adamus - okropnie lubimy dramaty, więc sobie tę grę ubarwiamy na wszelkie sposoby. A tak naprawdę "It Doesn't Matter". To nie ma znaczenia. Bo już jesteśmy u celu. Jesteśmy. Czy gramy sobie zatem to czy tamto, to nie ma znaczenia. Wolna wola też.

Jak powiedział Bóg do Neale'a Walscha w "Rozmowach z Bogiem":

"Rzeczywistość relatywna, czyli owo 'coś innego', z założenia ma być dla was środowiskiem, w którym możecie wybrać bycie Bogiem, zamiast po prostu przyjąć do wiadomości, że jesteście Bogiem."

I to jedyny wybór, o jaki chodzi. Podstawowy wybór. Reszta jest konsekwencją tego wyboru. Na dobrą sprawę nasza gra to zabawa na zasadzie: "Jakby to było, gdybym wybrał nie bycie Bogiem". Tak to póki co wygląda. Niestety.

Marek:


Ale to właśnie tą wolną wolą nam daną stworzyliśmy wszechświaty gier. To nie osobiście Stwórca podciera Twoje dziecko, ale Ty jako Bóg-człowiek czy odwrotnie, za sprawą woli, Jego myśli o wolnej woli nam danej. Ogranicza nas tylko brak zrozumienia.
„Jesteś tutaj, mistrzyni, aby stać się Bogiem i aby to osiągnąć, musisz wyeliminować z twojego jestestwa wszelkie prawa, wszelkie dogmatyczne wierzenia, wszelkie praktyki rytualne i stać się nieograniczona w twoich procesach myślowych. Jeżeli pragniesz mieć całkowitą wolność ekspresji - ciało, które nigdy nie umrze, spokój i radość jestestwa - pamiętaj, że życie, które posiadasz, jest całkowicie nieograniczone. Kiedy sobie to uświadomisz, tak się stanie, ponieważ czegokolwiek pragniesz i cokolwiek uznasz za prawdę w twoim jestestwie, nastąpi. To jest jedyne prawo, które powinnaś zaakceptować w twoim królestwie.”

Marta:



Rozumiem, że cytujesz Ramthę. Całkowicie się z tym zgadzam i wiem to od dawna. Tylko, że nie chodzi o to, żeby stać się Bogiem, ale żeby odzyskać świadomość, że jest się Bogiem. Już jest. Mamy się przebudzić do tej świadomości. Problem polega na tym, że nasz uwarunkowany umysł nie rozumie nieskończoności i nieograniczoności. Jeśli Ramtha mówi „pamiętaj, że życie jest całkowicie nieograniczone” to na nic. Jesteśmy wbici w ograniczony umysł, działa w nas jego ograniczony program i nic z tego nie będzie. Nasz ego-umysł nie rozumie pojęcia nieograniczoności. I mamy błędne koło. To, co ludzkie w nas - a na tym poziomie póki co istniejemy - nie pomoże nam, więc nie ma co do nas mówić „pamiętajcie”. My nic nie pamiętamy, a zwłaszcza naszej nieśmiertelności i nieograniczoności. I nasi przewodnicy doskonale o tym wiedzą. Po co więc mówić do nas „pamiętajcie”? Właśnie ten welon zapomnienia założyliśmy na naszą boskość, żeby tu być i doświadczać. Niepamięć jest tu zasadą umożliwiającą doświadczanie i dokonywanie wyborów. To tkwiący w nas gdzieś głęboko Bóg może zdecydować, że mamy sobie przypomnieć. Tylko to boskie, kiedy się uaktywni, może zedrzeć z nas zasłonę zapomnienia. Ale to wola Boga, nie człowieka o tym decyduje. My możemy sobie nagwizdać z naszym chceniem. Nie mamy narzędzi, a aparat naszego umysłu działa przeciwko nam. Tak więc Adamus ma rację zalecając nam śmiać się. Tylko to nam pozostaje. Tylko tyle możemy zrobić samodzielnie.

Marek:


Ale śmiać się również z tego, że jesteśmy ograniczeni, bo sami siebie ograniczyliśmy wcześniej. Zawsze jest tak, że coś chcemy, a w połowie drogi już nie, wtedy nam trudno odkręcić, a jak jeszcze myślimy, że nie można, to tragedia. Wolna wola również działa w taki sposób, że myślimy, by nas to nieszczęście nie spotkało, co innych, a wolna wola nie uznaje „nie” i nieszczęście gotowe. Podobnie jest z wiarą w karmę, o tym Ramtha przestrzega: chcenie czegokolwiek jest z wolną wolą jednoznaczne, nie ma prototypów myśli, czy marzeń, zaraz się spełniają, kiedy dochodzi do odpowiednich warunków iluzji.


Jeżeli sam Bóg dał nam wszystkim wolną wolę,
To czemu miałby służyć taki Sąd Ostateczny?
Co ta ostateczność znaczy w nieskończoności?
Przecież Ojciec chce radości z dobrej zabawy,
I by to szczęście rozpierało piersi Jego dzieci!

„Sąd Ostateczny” to wymysł niesprawiedliwych ludzi,
By usprawiedliwić siebie, a oskarżyć za wszystko Boga,
A samemu myśląc, że i tak mało kto w Niego uwierzy.

A może i ten sąd jest wymysłem upadłego Anioła i KK?
Może to on nas chce obciążyć swoimi „grzeszkami”?

Kto ma wolną wolę Bóg, czy my?
Jedno z drugim jakoś nie idą w parze,
Albo On, albo my ją mamy ostatecznie,
Chyba, że to my jesteśmy z Nim Jednym!

Marta:



W odpowiedzi wyślę Ci mailem tekst wykładu Geoffreya Hoppe, który on zatytułował  "It Doesn't #*&@% Matter!!"  Słuchałam tego wykładu przez godzinę 20 kwietnia od 2.00 w nocy. Nagrałam na dyktafon i niedawno do tego wróciłam. Wysłuchałam i postanowiłam to przetłumaczyć. Bardzo albowiem podniósł mnie na duchu. „It doesn’t matter” czyli, „to nie ma znaczenia”, to dobre motto na początek każdego dnia. Jeśli myślicie, mówił Geoffrey, że macie osiągnąć jakiś cel, że zdążacie ku Wzniesieniu, to się mylicie. Wy już jesteście wzniesieni. Tutaj tylko badacie, jak się to osiąga. Badacie sobie różne warianty, moglibyście iść sobie przez to doświadczenie tanecznym krokiem, w poczuciu pełnej obfitości wszelkich dóbr, ale wy wybieracie mozół i cierpienie, wybieracie dramaty, no to macie dramaty. No i zachęcał nas, żebyśmy jednak tkwili na pozycji tego, który wie, kim jest i kto wreszcie świadomie wybiera.
To by było podsumowanie tej naszej dzisiejszej rozmowy. Zaraz Ci ten tekst poślę do czytania. Zgadzasz się?

Marek:


Jasne!



To nie ma znaczenia


Na podstawie wypowiedzi Geoffreya Hoppe
z dnia 20.04.2011
w Awakening Zone CC
(Strefie Przebudzenia Karmazynowego Kręgu)

One of the greatest spiritual insights of our times is that
“It Doesn’t  #*&@%  Matter.”
The way you think doesn’t really matter.
Your beliefs don’t matter.
Your destiny and karma
don’t matter.
There’s a higher consciousness
at work in your life
and it’s not
what you think it is.

Jednym z najwspanialszych odkryć naszych czasów
jest odkrycie, że
„To nie ma p…o znaczenia.”
Sposób, w jaki myślisz, nie ma znaczenia.
Twoje przekonania nie mają znaczenia.
Twoje przeznaczenie i karma
nie mają znaczenia.
Istnieje wyższa świadomość
działająca w twoim życiu
i nie jest to tym,
czym myślisz, że jest.



            To nie ma znaczenia, ponieważ  jesteś duchem, wszyscy jesteśmy duchem. Jako duch już wybraliśmy, już podjęliśmy decyzję, że chcemy się spełnić, wznieść czy stać się oświeconymi, jakkolwiek to nazwiecie. Tak więc jakaś część w nas dawno temu zdecydowała, że chcemy się stać suwerennymi istotami, boskimi istotami, i dlatego – według Tobiasza (Geoffrey odwołuje się do przekazu Tobiasza z dnia 7 marca 2009 roku „It Doesn’t Matter” czyli „To nie ma znaczenia” przyp. mój – m.f.) -  to już się stało. Albowiem w chwili, gdy duch wybiera, gdy duch ma to wewnętrzne pragnienie, to ono się spełnia natychmiast. Tak więc jego wyjaśnienie jest takie, że my, jako duch, już się wznieśliśmy, już zrealizowaliśmy nasze oświecenie, ponieważ wybraliśmy to na głębokim wewnętrznym poziomie. I dlatego to już jest.
            A teraz, spróbujmy sobie wyobrazić przez chwilę, że już się wznieśliśmy, że już osiągnęliśmy swoje oświecenie, że anielska, boska nasza część już jest wzniesiona, jako że jesteśmy anielskimi istotami w ludzkiej formie, a teraz jakby cofamy się, żeby doświadczyć, jak to jest dostawać się na poziom wzniesienia. Można powiedzieć, że nasza przyszła jaźń już tam jest spełniwszy siebie, ale ponieważ duch kocha doświadczenie i kocha przechodzić przez ten proces doświadczania, to my teraz doświadczamy, jak to jest – czy jakby to było -dostawać się tam. To zarazem bardzo głębokie i całkiem proste. To bardzo elegancki koncept.
            A oto przykład na poziomie ludzkiego doświadczenia. Załóżmy, że zdecydowaliśmy się na wycieczkę do Paryża. Można powiedzieć, że w momencie podjęcia tej decyzji, już ją zrealizowaliśmy. Teraz już tylko dokonujemy czynności, które po drodze mają się zadziać – kupujemy bilet, wsiadamy do samolotu, lądujemy w Paryżu. Następnym krokiem będzie doświadczanie tego, co już stworzyliśmy.
            Dokładnie to samo dzieje się z nami jako duchowymi istotami, które zamierzają doświadczać, jak to jest wznosić się. I teraz jako ludzkie istoty po prostu doświadczamy, na czym polega kroczenie drogą wznoszenia się. Ta prawda jest całkowicie uwalniająca. To jest prawdziwa wolność. Może jest to zniechęcające o tyle, że pozostaje w sprzeczności z tym, czego byliśmy uczeni, a mianowicie, że mamy coś osiągnąć. Że mamy dążyć do wzniesienia, do oświecenia, że mamy zasłużyć sobie na niebo, że musimy wznieść się ponad grzech. Tymczasem my już jesteśmy w niebie, a nasze doświadczanie nie podlega ocenie w kategoriach grzechu. To tylko doświadczanie. Dokonujemy wyboru: to doświadczenie, albo tamto doświadczenie. Nie ma tu w ogóle kwestii pójścia do piekła czy do nieba. Jesteśmy duchowymi istotami i jako tacy już jesteśmy wzniesieni. Bycie istotą ludzką umożliwia duchowi doświadczanie, jak to jest wznosić się.
            Tak więc wracając do naszej wycieczki do Paryża. Doświadczamy kupowania biletu, pakowania bagażu, podróży, doświadczamy bycia na lotnisku, lotu samolotem, drogi do hotelu, a potem wędrowania po mieście, spotykania ludzi. Smakujemy kawę w paryskiej kawiarni, oglądamy piękne obrazy w Luwrze, zwiedzamy katedrę Notre-Dame, wjeżdżamy windą na wieżę Eiffla, oglądamy panoramę miasta z wysokości tej wieży. Słowem doznajemy wszelkich możliwych wrażeń bycia w Paryżu. Doświadczamy Paryża osobiście na nasz własny sposób. Wcześniej tylko planowaliśmy, oglądaliśmy prospekty, a teraz jesteśmy wewnątrz tego wszystkiego. Jemy obiad na zewnątrz restauracji pod markizami, pijemy wino, próbujemy rozmawiać po francusku i nie idzie nam to zbyt dobrze, Francuzi od razu poznają, że jesteśmy cudzoziemcami. Tak więc jesteśmy cali w doświadczaniu Paryża. Jesteśmy stymulowani, pobudzani, czujemy zapachy, widzimy kolory.
            I tak przez analogię mamy sobie uprzytomnić, czym jest nasze doświadczanie w fizycznym wymiarze. My już jesteśmy tam, gdzie chcieliśmy być, wzniesieni, a teraz tylko doświadczamy, jak to jest się tam dostawać. W naszym codziennym życiu możemy oddychać, odczuwać zmysłami. I to miał Tobiasz na myśli, mówiąc, że nie ma znaczenia, jak się dostaniemy w wyższy wymiar, ponieważ już w nim jesteśmy. A tu jesteśmy na poziomie praktykowania wznoszenia się. Tutaj możemy wybrać, jak chcemy doświadczać tego wznoszenia się, stawania się oświeconym. To bardzo wyzwalający koncept. Koncept niosący prawdziwe uwolnienie. Kiedy zdacie sobie sprawę, że tak naprawdę nie ma żadnej karmy, że to tylko ludzki wymysł, poczujecie się wolni. Nie ma żadnego przeznaczenia, a więc automatycznie nie ma złych wyborów. Jest tylko doświadczenie. I to doświadczenie automatycznie daje spełnienie duszy, daje waszej duszy mądrość, dodaje znaczenia i określa wasze życie i dostarcza historii, którą możecie opowiedzieć innym ludzkim istotom, albo nawet aniołom, kiedy się znajdziecie po drugiej stronie. A więc wszystko to dotyczy doświadczenia. (…)
            Kiedy przyjmujesz taką perspektywę, że już się wzniosłeś, a teraz przechodzisz przez doświadczanie tego, nie oznacza to, że ci na niczym nie zależy, że wprowadzasz anarchię. To oznacza, że możesz uwolnić się od wszelkich nacisków, odpowiedzialności, wszystkich tych słuszne-niesłuszne, tego, co zwykle umieszczamy w naszym życiu. To nie usuwa waszej troskliwej natury, a raczej wskazuje na to, co jest wartościowe, co jest ważne. Automatycznie, kiedy mówimy „To nie ma żadnego, pieprzonego znaczenia”, wskazujemy na to, że możesz dokonać wyborów, jak chcesz doświadczać.
            Niektórzy ludzie uważają, że pozbawiamy się w ten sposób potrzeby troskliwości, pozbawiamy się pasji. Na odwrót. Wiedząc, że już się wniosłeś, że już jesteś oświecony, a teraz chcesz doświadczać drogi do tego, wybierasz, czy chcesz tego dokonywać lekko i radośnie, czy z mozołem i trudnościami, czy chcesz to robić w pojedynkę, czy z innymi ludźmi, a może chcesz tego dokonywać w bardziej dramatyczny sposób, jako alkoholik, jako narkoman, jako ofiara, której energią żywią się inni? To twój wybór. Ktoś powie: „O Jezu, chcę to zrobić w łatwy sposób!” Co to jednak znaczy łatwy? Czy chcesz to zrobić będąc w dobrych stosunkach z innymi ludźmi, czy chcesz to zrobić zdrowo, czy chcesz to zrobić radośnie? Czy też chcesz to zrobić dramatycznie poprzez upadki? Myślę, że wielu ludzi chce tego dokonywać dramatycznie. Czują wtedy, że żyją, że coś się dzieje. Czy chcesz to robić czując się silny, czy też chcesz to robić z przekonaniem o jakichś autorytetach, którym trzeba się podporządkować, o karmie i tak dalej. Wszystko to jest kwestią wyboru. Malujecie obraz swojego życia różnymi barwami. Czy chcesz malować jasnymi barwami, czy mrocznymi, czy też ich kombinacją? Czy chcesz, żeby te obrazy były obfite i dostatnie, a może chcesz namalować barwy biedy? Czy chcesz tego doświadczać jako mężczyzna czy kobieta? Czyli jak chcesz doświadczać dochodzenia do stanu wzniesienia i oświecenia? To bardzo wyzwalające taka świadomość, że sobie dobierasz doświadczenia układając je w określoną grę. Bo to tylko gra. Nie ma tu celu, misji, osiągnięć – jest tylko doświadczanie wybranych sposobów tej podróży przez doświadczanie. Nic nie ma do osiągnięcia, bo wszystko jest już osiągnięte. Tak więc nagle uświadamiasz sobie, że najważniejsze, co masz do wykonania, jest dokonywanie wyborów.
            Tak więc zacznij dokonywać wyborów w swoim życiu. Nowa perspektywa wskaże ci, że mogą być takie wybory, ale też mogą być inne. Możesz wybrać tak, ale możesz też wybrać inaczej. Jeśli zatem odpowiada ci ta koncepcja, to przyjmij do wiadomości, że twój duch już jest tam, u celu, jest już w stanie doskonałości, a teraz ty doświadczasz, jak to jest się tam dostać. Jak takie dostawanie się tam może wyglądać, gdyby rzeczywiście trzeba było się tam wspinać i dostawać. Udajemy, że tak jest, żeby zdobyć wiedzę o możliwościach doświadczania.
            Co możesz zrobić, żeby sobie pomóc? Przede wszystkim pomocne jest świadome oddychanie. Dlaczego? Bo z powrotem wprowadza cię w strumień życia. Wnosi życie w twoje życie. Wprowadza cię na powrót w twoje ciało. Równoważy pewne wstrząsy i traumy. Świadome oddychanie spowalnia tempo twojego życia, wyprowadza cię z umysłu i sprawia, że jesteś bardziej zrelaksowany. Wprowadza cię także w czas teraźniejszy, w chwilę TERAZ. Odwraca twoją uwagę od przeszłości, przewidywania przyszłości. Świadomy oddech sprowadza twoją uwagę na powrót do twojego ciała. Ludzie tkwią w swoich umysłach, ale nie w ciele. Nie da się mieć doświadczenia życia, jeśli się nie stosuje świadomego oddychania. To wręcz zaprzecza temu doświadczeniu.
            Kolejna pomocna rzecz, to dokonywanie świadomych wyborów. Ludzie myślą, że tak robią, bo decydują, w co się ubiorą, w białą koszulę czy niebieską. Ale są to pomniejsze wybory. Kiedy zaczniesz dokonywać świadomych wyborów, wówczas zajdzie zmiana w twojej fizyce – przeorientujesz siebie. Kiedy świadomie decydujesz, że wybierasz życie w dostatku, zaczyna to zmieniać sposób, w jaki przyciągasz energie. Wielu ludzi uważa, że przyciąganie energii zależy od sposobu, w jaki myślą, ale to tak nie działa. Skupiają myśli na czymś, ale to nie jest zbyt skuteczne. Dokonanie świadomego wyboru i poczucie, że właśnie tak wybierasz, zaczyna przyciągać zupełnie inny rodzaj energii. Dokonaj świadomego wyboru, że będziesz szczęśliwy w związku, dokonaj świadomego wyboru, że będziesz szczęśliwy w życiu, że jesteś w stanie się zrelaksować i przestać się martwić o cokolwiek. Przy dokonywaniu świadomego wyboru angażujesz całego siebie w ten proces, nie tylko umysł, ale duszę i całą swoją boskość. Przy dokonywaniu świadomego wyboru pamiętaj, że już się wzniosłeś, a teraz doświadczasz, jak się tego dokonuje.
            Następnie pamiętaj o tym, żeby niczego nie traktować zbyt poważnie – nie ma nic do osiągnięcia, wszystko jest już osiągnięte. Teraz wybierasz doświadczenia, które mają zilustrować proces dochodzenia do tych osiągnięć. To nie jest żaden eksperyment, z którego coś ma wyniknąć, nie będziesz oceniany, osądzany przez kogokolwiek, a więc przestań być tak poważny. Już jesteś wzniesiony, już jesteś suwerenną istotą idącą przez doświadczanie osiągania tego stanu. Ciesz się każdym momentem tego doświadczania. Czasami traktujemy siebie tak poważnie, martwimy się, że dokonaliśmy złych wyborów, że coś może zdemoralizować naszą duszę – nie możesz zdemoralizować swojej duszy. Duch, twój duch i duch wszystkiego co jest, chce po prostu, żebyśmy my, ty, doświadczali, i chce, żebyś wybrał, jak chcesz doświadczać.
            Kolejna sprawa: uwolnij się od starych historii. W tym scenariuszu, w tym zdumiewającym zrozumieniu, stare historie cię tylko dołują. A czy wiesz, że przeszłość nie jest tym, czym myślisz, że jest? Większość ludzi patrzy na przeszłość w bardzo linearny sposób. Patrzy z perspektywy ludzkiego umysłu. Przeszłość jest czymś zupełnie innym, jest czymś pełniejszym. Rzeczy wcale się nie zadziały w sposób, w jaki ty myślisz, że się stało, po prostu wybierasz jakąś historię liniowo, a to tylko mała część tego, co się zdarzyło. Niektórzy ludzie zniechęcają się czując się zbyt obciążonymi. A to dlatego, ze zwykliśmy myśleć, że musimy się wspinać po jakiejś duchowej drabinie, na jakąś duchową górę. Tymczasem jesteśmy już na jej szczycie. Teraz idziemy przez radość wspinania się, które jest tylko grą, zabawą we wspinaczkę. Smakowaniem jakby to było, gdybyśmy musieli się wspinać. A wcale nie musimy, bo już stoimy na szczycie. Nie musimy go osiągać, chcemy tylko doświadczalnie poznać smak osiągania. To Adamus kiedyś udzielił mi tych wszystkich rad, przypominając wspomniane już przesłanie Tobiasza. Rad było w sumie pięć. O czterech powiedziałem wyżej, piąta to:

Przestań biadolić!

To pozbawia sił. Dosłownie marnuje twoją energię, która po prostu wycieka. Nikt nie lubi słuchać takiego marudy. To nudne. Twoja dusza jest naprawdę zmęczona twoim narzekaniem. Masz wszystko, czego potrzebujesz, masz wszystkie narzędzia, masz ciało, masz piękną żonę – przestań narzekać. Jeśli są rzeczy, które ci się nie podobają w twoim życiu, zmień je. Dokonaj wyboru. Ludzie mówią: no dobrze, a co z moją rodziną? Moją biologiczną rodziną? Możesz się uwolnić od swojej biologicznej rodziny, od energetycznych połączeń z nią, możesz z nią zerwać, skoro czyni to twoje doświadczanie drogi do wzniesienia uciążliwym i niemiłym. Ale możesz też zmienić sposób w jaki postrzegasz tę rodzinę i siebie. Nie podoba ci się praca? Przestań narzekać. Praca nie ma znaczenia. Wszelkie relacje nie mają znaczenia. Ludzie mówią, że mają rachunki do opłacenia. Nie mogą zmienić pracy, bo nie umieją robić nic innego. Nie mają kwalifikacji. Nie bądź taki poważny. Jeśli naprawdę nie lubisz swojej pracy, zdecyduj, że chcesz ją zmienić. Czy nie możesz sobie powiedzieć, że to nie ma znaczenia? Przywykliście uznawać, że wszystko miało znaczenie w waszym dotychczasowym życiu. Usiądź zatem i napisz: do czego przykładałeś znaczenie w przeszłości? Co cię uwięziło i schwytało w pułapkę znaczenia? Przyjrzyj się tym zdarzeniom czy faktom i uwolnij się od nich. One naprawdę nie mają znaczenia. A to dlatego, że już jesteś doskonały, już jesteś wzniesiony i nie możesz dokonać złego wyboru. Jeśli zrozumiesz ten piękny koncept, że to nie ma znaczenia, nagle poczujesz się wolny. Dokonywanie słusznego wyboru czy złego wyboru, bycie we właściwym miejscu o właściwym czasie, czy tym podobne rzeczy – to nie ma znaczenia. Czy możesz zaakceptować fakt, że to jest takie proste? Że jesteś tutaj, że umieściłeś siebie tutaj, na tej zdumiewającej planecie po prostu po to, żeby doświadczać, jak to jest się wznosić? Żeby mieć doświadczenia? Żeby sobie doświadczać? Doświadczenia nie podlegają ocenie, bo ty nie podlegasz ocenie – już jesteś doskonały, nie ma więc co oceniać.
      To takie proste: oddychanie, wybory, zaprzestanie traktowania spraw tak poważnie, uwolnienie się od starych historii i zaprzestanie narzekania. Zacznij się cieszyć. Twoja dusza, twój duch chcą, żebyś się cieszył tym doświadczeniem. Zacznij dokonywać wyborów: chcę doświadczać tej podróży w dostatku, chcę doświadczać w zdrowiu, w pełni wolności moich związków, bez karmicznych powiązań. Bierz życie radośnie, swobodnie, nic innego nie ma znaczenia.
      Już jesteś u celu. Już jesteś wzniesiony. Teraz tylko idziesz jakby wstecz przyglądając się i doświadczając, jak to jest docierać do celu. W docieranie do celu można się bawić tylko w iluzji oddzielenia, w iluzji materii, tam, gdzie kreujesz swoją „rzeczywistość” mając do dyspozycji energię. Kreujesz środowisko umożliwiające doświadczanie. Doświadczanie, a nie osiąganie. Już osiągnąłeś. Teraz doświadczasz osiągania. Co to znaczy osiągać cel? Co to znaczy dążyć do doskonałości? Jak to jest, jak to się odczuwa, co to za sobą pociąga? Na planie duchowym jesteś doskonały, nieśmiertelny, niezmienny. A w iluzji, jaką stanowi fizyczność, możesz się pobawić w zmienność, różnorodność, emocje. To tak naprawdę nie ma znaczenia, bo już jesteś u celu. Piękno polega na tym, że możesz doświadczać, na czym polega docieranie do takiego celu, kiedy się nie jest świadomym swojej doskonałości.
            Tu możesz dokonać wyboru, jak chcesz doświadczać. Możesz sobie wybrać doświadczanie przekonań o spiskowej teorii dziejów, o obcych, o czymkolwiek – do ciebie należy wybór. Jedyne co ma znaczenie jest wybór, jak chcesz żyć, jak chcesz doświadczać. Zdecydujmy, że wszelkie wierzenia, wszelkie przekonania, wszelkie dogmaty, wszelkie nauczanie  – nie mają znaczenia. Obejmij samego siebie – już jesteś u celu, już jesteś suwerenny. Już osiągnąłeś oświecenie i wzniesienie. Wszystko inne to wybranie sposobu docierania tam. Wszystko, coś w to włożył, nie ma samo w sobie znaczenia. Wybierasz to, albo wybierasz inne. To nie ma znaczenia.

Marek


Każdy z nas ma swoją rację daną mu od Boga za sprawą wolnej woli, a jedynym celem życia jest jej doznawanie, aby Bóg w tej naszej rozmaitości miał lepsze rozeznanie, oraz Aniołowie kiedy będą się po nas wcielali...


radość z bycia tu i teraz :)
Rozmowy z Martą
Niecierpliwość
4.05.2016
Marek:KRYON - teraz i na przyszłość -Janusz Grabowski - 29.04.2016 r. https://www.youtube.com/watch?v=QMhs0Uq9O3M&feature=share
Marta: Maruś, nie powiesz mi, że to wszystko, o czym ten pan mówi, to dla Ciebie jakaś wielka nowość.
Marek: Nie, ale on tłumaczy Kryona, a jego lubię…
Marta: Ale dokąd można słuchać w kółko tego samego, choćby i Kryona?
Marek: Mówi też i nowe dla mnie rzeczy. Na przykład  to o dzieciach, które teraz się rodzą -  że nie będą zaczynać rozwoju od zera. To dlatego mamy teraz takie genialne talenty na youtube.
Marta: To prawda. Ale inne rzeczy są znane. Ja teraz siedzę w tej chwili nad tym przekazem, który mi kilka dni temu przesłałeś, co to niby jest od Archanioła Michała o tzw. Drugiej Fali. Tu jest, widzisz, konkret, tylko mam wątpliwości co do tłumaczenia. Musiałam poszukać angielskiego oryginału w Internecie i sprawdzić, o co chodzi. Tak czy inaczej jest tam coś takiego, nad czym się głowię, bo nawet w angielskim nie rozumiem. Powiedziane jest, że fizyczna manifestacja nieba na ziemi nie będzie widzialna dotąd, dopóki - i tu nie wiem co? Po angielsku to jest tak:
„As we said, the physical manifestation for the collective for the earth of what we call heaven will not be visible to the eyes until the last being is inside the 5D boundary.”
Acha, zaraz! Może chodzi o to, że dopóki w granicach piątego wymiaru nie znajdzie się ostatnia istota trzeciego czy czwartego wymiaru, czyli dopóki nie znajdą się w nim wszyscy…
Marek: To samo było gdzieś w Biblii, że nieważne kiedy zacząłeś, wszyscy dotrą w tym samym czasie.
Marta: No właśnie. Nieważne, kiedy zacząłeś. A z tego wynika, że ważne. Gdyby zakończenie miało objąć wszystkich naraz i jednakowo, to by znaczyło, że nie trzeba czekać, aż dojrzeje ostatnia niedojrzała istota. A tu wyraźnie mówi się, until the last being is inside the 5D boundary.” Zanim ostatnia istota nie znajdzie się w piątym wymiarze. No, to z tego wynika, że trzeba czekać, aż wszyscy dojrzeją. A dojrzewają przecież niejednakowo. Ale to nie koniec. Następne zdanie brzmi ni mniej, ni więcej tylko tak: „To nastąpi latem 2016 roku, w przesilenie.” Najpierw jest, że dopóki ostatnia istota nie wejdzie do piątego wymiaru i tak dalej, a zaraz potem obwieszczenie, że niebo na ziemi pojawi się tego lata, w przesilenie. Czyli mniejsza o to, kto tam gdzie się jeszcze ostanie i czy wszyscy weszli czy nie, i tak wiadomo, że finał całej zabawy nastąpi latem 2016 roku, w przesilenie.
Marek: Ja rozumiem wymiary jako stopnie postrzegania świadomości, a nie osobne miejsca.
Marta: Nie ma znaczenia czy ciałem czym duchem, mowa jest o tym rozróżnieniu i o tym, że dopóki ostatnia istota... Szkoda, że to takie nieklarowne, bo przez to nie budzi zaufania, a chciałoby się właśnie takiego konkretu. No i żeby się wreszcie, kurde, sprawdził.
Marek: To jest tak jak na seansie w kinie, że każdy ogląda film w różnym czasie, ale zapalają się światła  na końcu dla wszystkich. Nie wiem czy chciałbym zobaczyć film i czekać aż wszyscy zobaczą.
Marta: Posłuchaj, to tak ładnie brzmi:
„Siatki starego Matriksa  tego lata zostaną całkowicie wyłączone, jako że wszystkie rzeczy na Ziemi zatrzymają się.” (The grids of the old matrix will be shut completely off this summer as all things on earth come to a standstill).  I dalej: „...przesuwamy się do końca projektu Wolność Ziemi i kiedy jeszcze jeden poziom światła super gamma przybędzie na Ziemię w lecie, wszystko zostanie spełnione, a więc możemy zwrócić Ziemię z powrotem do Raju, tak, jak to zawsze miało być.” (Project Freedom Earth and as one more level of super gamma light comes into the Earth in summer, all things shall be fulfilled and then we shall return the earth back into the paradise it was always meant to be.)
Tak, tak... ile razy to już było obiecywane. Matko kochana! Jeszcze bodaj w latach 80-tych dokładnie to samo było mówione. Posyłałam Ci taki tekst, co sama go tłumaczyłam przed laty. Nic się nie sprawdziło. Nic.
No nie, nie w 80-tych. Znalazłam to. Rok 1991. Tyż ładnie.
To książka, będąca channelingiem. Tytuł: „Trzecie milenium – życie w posthistorycznym świecie” (1991 r.), Kena Careya, rozdział „Moment kwantowego przebudzenia”. Zamieściłeś go kiedyś we fragmentach. Dokładnie 08.11.2014. Już wtedy się niecierpliwiłam, że tak długo to trwa.   
Faktem jest, że tam nie obiecywano masowego przebudzenia „tego lata”, więc nie mogę mieć pretensji, że nie dotrzymano terminu, ale w przeciągu 25 lat już mogłoby się coś wydarzyć. A tu nic.
Ken Carey pisze:
„…ziemia ma swój termin planowany gdzieś na drugą dekadę XXI wieku. Chociaż będzie wiele przebudzonych jednostek jeszcze przed pierwszym zjednoczonym dźwignięciem się przebudzonego planetarnego organizmu, ten ruch, jak pierwszy oddech, pojawi się w jednej zaledwie chwili. To wtedy Twórca Gwiazd będzie świadomie obudzony we wszystkich systemach ludzkiego obwodu biologicznego zdolnego podtrzymać uniwersalną świadomość. (…) To ma być ważna okazja. Jest to wydarzenie kluczowe dla historii ludzkości. Przez wiele tysięcy lat przywiązywaliśmy wielką wagę do przygotowania was do tego jednego momentu.”
Marek: To jest tak  - my, co już film obejrzeliśmy do końca, musimy siedzieć na widowni, po ciemku i cicho, by nie przeszkadzać innym, aż zabłysną światła.
Marta: No tak, teraz widzę, że mowa jest o drugiej dekadzie XXI wieku.
Czy jesteśmy już w drugiej dekadzie XXI wieku?
„Świadomość, która ostatecznie się wyłoni, będzie świadomością Odwiecznego, Stwórcy  Życia, obudzonego i świadomego siebie po raz pierwszy wewnątrz materialnego wszechświata.”
Jejku!
Marek: My już ją mamy…
Marta: Co mamy?
Marek: Świadomość, ale musimy czekać i jak Ty się niecierpliwić. Mamy świadomość w ciele i mamy cierpliwie czekać... do jasnej ciasnej… na innych.
Marta: Nie mogę. Już mam dość.
Marek: Wtedy podniesie się kurtyna.
Marta:Kiedy nowa rzeczywistość całkiem wypełni ludzką świadomość (w chwili, gdy świetliste pole Stwórcy zestroi się w sposób doskonały z Matką Ziemią), cała iluzja destrukcji rozwieje się.”
Rozwiej się, rozwiej, iluzjo! Jezu, Jezu... Ja już nie mogę znieść tej iluzji i siebie takiej tępej pogrążonej w hipnozie. Tak se marzę i marzę:
„Chociaż wiele wieków prowadziło do tego momentu, to kiedy ten moment nastanie,  on będzie decydujący. Nastąpi wówczas wielka zmiana, jedna chwila kwantowego przebudzenia.”
Marek: Tupiesz jak małe dziecko nogami zniecierpliwiona, tak Cię widzę…
Marta: Zauważ, że podobnie mówi ówże Archanioł Michał w tej Drugiej Fali - dokładnie to samo. Dlatego się tym zainteresowałam. Bo mi się skojarzyło z tym tekstem z 1991 roku, który teraz przywołuję, żeby bodaj przez chwilę wierzyć, że a nuż...
Marek: To Stwórca pogrywa z nami w grę wstępną, no, może trochę za długo…
Marta:  Też tak myślę. Uważam, że powinien wymyślić nowy algorytm, który byłby bardziej adekwatny.
Porównuję sobie dalej te wiadomości. Posłuchaj tylko. Archanioł Michał kilka dni temu powiedział, że to tego lata, w roku 2016, będzie miało miejsce. I tak to sformułował, odpowiadając na pytanie, jak to możliwe, żeby „prymitywna ludzkość mogła  obudzić się, gdy jest jeszcze tak nieświadoma”:
„...wszystkie rzeczy na ziemi zatrzymają się. Po tym ludzie uczynią skok ewolucyjny w krótkim czasie. To będzie tak radykalne odejście od tego, co poznali, że wielu dosłownie będzie w szoku przez jakiś czas, ale mówię ci, że wszyscy oni dokonają tego i będą zmienieni w mgnieniu oka. Ci, którzy śpią, zostaną podniesieni po raz pierwszy, by spotkać tego, którego nazywają Bogiem. Wtedy wszystkie oczy będą widzieć Boga takim, jakim jest naprawdę.”
Dla porównania - Ken Carey w „Momencie kwantowego przebudzenia” pisze:
„Nastąpi wówczas wielka zmiana, jedna chwila kwantowego przebudzenia. W tej chwili najmniejsza pauza w czasie, mierzona w tych wymiarach – ta pauza, jaka pojawia się w atomie między każdą z ich miliardów oscylacji na sekundę – przedłużona zostanie w nieskończoność. Trwanie bezczasu rozszerzy się. Przez to rozszerzenie popłynie wieczność. Niektórzy doświadczą tego momentu jako upływu minut lub godzin, inni będą mieć wrażenie, że zobaczyli całe swoje życie. Jeszcze inni doświadczą tego błysku bezczasu jako serii wielu żywotów, a niektórzy w tym momencie poznają samego Naguala, wielką bezimienną Obecność, która istnieje przed i po wszystkich tych światach.”
I wreszcie podsumowanie:
„W tej przestrzeni bezczasowego interwału ludzkie istoty otrzymają cały czas, jakiego będą potrzebować do zrealizowania, doświadczenia i przywołania pełnej świadomości ich nieśmiertelnych duchów i przypomnienia sobie początków ich indywidualności w pierwotnych polach istnienia. Wszyscy będą mieć dostatecznie dużo czasu, ażeby napełnić tożsamość ich formy i jej biologiczną projekcję świadomością tego, kim są, dlaczego się zindywidualizowali, dlaczego mają odrębną tożsamość, i dlaczego zdecydowali się związać z misją człowieka na planecie. Każdy będzie miał wybór: powrócić do biologicznej formy czy też pozostać w polach bezcielesnej świadomości. Ci, którzy wybiorą powrót do ludzkiej formy funkcjonować będą w pełni świadomi tego, kim są. Nigdy więcej nie będą już częściowo inkarnować; kontynuować będą przebywanie w biologicznym mieszkaniu z pełną pamięcią i świadomością własnej nieśmiertelnej natury, dzieląc swoje twórcze zdolności Twórcy Gwiazd, wiedząc, że są jego odzwierciedlonymi komórkami. Podświadoma tendencja do życia w lęku zostanie zastąpiona przez świadomą skłonność do życia w miłości.”
A czerwcowy Shoud z Adamusem będzie 4-go czerwca.
Trochę czasu do przesilenia zostanie.
Adamus nic nie mówi o takich szokowych przemianach, co? Nic nigdy nie mówił, żeby się czas miał zatrzymać, żeby stara matryca nagle miała być wyłączona, a ludzka świadomość miała nagle dostać kopa. Dlaczego nie mówi o takim przebiegu zdarzeń, no, dlaczego?
Marek: Nie wiem, może z Twojego powodu…
Marta: Tak czy inaczej ciekawa jest ta zbieżność przekazów. To mnie zainspirowało.
Marek: Wiesz co? Może według Adamusa jego słuchacze są jeszcze niedojrzali?
Marta: No, ale sam widzisz, że skok to skok. Skoczyć mają wszyscy razem.
Marek: Muszą, tylko jeden będzie leciał lata, a drugi sekundy, jak z klifu.
Marta: Ci, którzy są przygotowani i dokonali wewnętrznej przemiany na tyle, żeby nie przeżyć szoku, ucieszą się, a inni się przestraszą, może się zawstydzą, że tacy byli głupi i dawali się oszukiwać różnym klechom - ale ostatecznie też się ucieszą, że wrócili do swojej prawdziwej tożsamości.
Marek: Może ta nasza rozmowa pomoże ludziom to właśnie zrozumieć.
Marta: Myślę, że rola Adamusa polega na tym, żeby ludzi - tych, którzy tego chcą - przygotować niejako od środka. Stąd też on się nie zajmuje niczym, co zewnętrzne, jeśli to zewnętrzne nie jest związane z doskonaleniem czy budzeniem świadomości. On chce nas przygotować na to, co ma przyjść bez względu na to, co to będzie i kiedy będzie. Nie uważasz? Mnie też zawsze interesowała etyka serca, a nie lądowanie UFO.
Marek: Mnie już od dawna zajmowało samo przeżywanie, a nie meta. To, co mnie interesowało, to mi pokazano i nie mam zamiaru stąd uciekać.
Marta: Wiesz, nie chodzi o uciekanie przy pomocy UFO, ale o sam temat UFO.
Marek: No właśnie byłem takim UFO dla innego świata i się wycofałem. To wszystko to hologram, trudno do niego wejść, a wyjść bardzo łatwo i zaraz do drugiego.
http://www.etykaserca.republika.pl
http://tamar102.blogspot.com/2016/10/ballada-o-sercu.html

Ballada o sercu

 https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/originals/67/02/ee/6702ee89f37b2ec8fabe90ca5610fb94.gif


Zachęcam do wielokrotnego przeczytania właśnie umysłem,
Aby to jemu tu jako kierowcy pierwszemu dotarło do głowy.
Może sobie i wtedy przypomni, że ma z tyłu jak za sobą pasażera,
Pasażer cicho siedzi za pancerną szybą przedniego rozumu głowy.

Rozwinął się na drodze ewolucji ponad miarę,
Zasłaniając nawet przednią szybę i te widoki.
Które jeśli uczuciem sama dusza nie odbiera,
To nie mają życia blasku i licznych kolorów.
https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/originals/9d/63/cf/9d63cf24cdf7c5977fc5d79f99313b0c.gif

Bez dostępu do duszy tylnego mózgu fotela,
Życie stanie się takie jak teraz w Smartfonie.

A to serce odbiera puls kosmosu i zgodnie z nim bije,
Przesyła sygnały z wyższych sfer niezbędnych do życia.
Bez tego nasze komórki ciała są na duchowym głodzie,
Podobnie, jak na mineralnym odciętym od środowiska.
Nie muszę nikomu uzmysławiać, że autorem wiersza na youtube,
Jest moja najukochańsza koleżanka, jak i tłumaczka Marta Figura.

Jak widać poezja ima się wspaniałych i rozwiniętych dusz,
Spływa z góry na tych, co kanał otworzyli na wyższe energie.


 
Ludzie Shaumbry - Marta Figura
Co przywiodło mnie do Karmazynowego Kręgu? Co działo się po drodze, której zwieńczeniem było podjęcie w 2012 roku tłumaczenia Shoudów z języka angielskiego?
Krótko rzecz ujmując powiedziałabym, że przywiodło mnie serce.
Bezsprzecznie na ścieżkę duchowych poszukiwań skierowały mnie Indie, w których spędziłam cztery lata. Po powrocie do kraju konsekwentnie szłam drogą szukania własnej, prawdziwej tożsamości i odpowiedzi na pytanie, czym jest świadomość JA JESTEM i gdzie jest jej siedziba. I tak zetknęłam się z Nauką Żywej Etyki czyli Agni Jogą, nazywaną również Nauką o Sercu albo Jogą Serca. To w tekstach tej właśnie duchowej nauki znalazłam odpowiedź na pytanie o siedzibę świadomości. Jest nią serce. A cała praca nad budzeniem i rozwijaniem świadomości jest pracą nad oczyszczaniem serca:

Wiadomo jak wolny jest wzrost świadomości; równie powoli przeobraża się dom świadomości - serce. Dlatego trzeba zrozumieć, że ten, kto nie myśli o sercu, nie udoskonali też świadomości. Jakież mnóstwo najlepszych, najsubtelniejszych pojęć i uczuć nie zmieści się w zapuszczonym sercu! To nie są abstrakcyjne morały: serce trzeba rozwijać. Nie można kształcić rozumu bez wysubtelnienia serca.

Bardzo chciałam dzielić się tą wiedzą, do tego jednak potrzebowałam argumentów naukowych, potwierdzających prawdy duchowe. I tak w roku 1999 poznałam rosyjskiego fizyka, Gennadija Szypowa i jego fizykę świadomości. W tym samym roku poznałam również nauczanie Tobiasza o Nowej Energii. Z Instytutu Matematyki Serca w USA (HeartMath Institute) sprowadziłam książki i materiały na temat inteligencji serca. Ukończyłam też kurs psychosyntezy, psychologii „z duszą”. Jest to system stworzony przez włoskiego psychiatrę i psychoterapeutę Roberto Assagiolego,  oparty właśnie na Agni Jodze.
Zaopatrzona w naukowe argumenty, mogłam propagować drogę do samoświadomości prowadzącą przez serce. Opublikowałam w miesięczniku „Czwarty Wymiar” kilka artykułów. Zaczęłam prowadzić zajęcia i warsztaty. Na zajęcia te przychodzili m.in. nauczyciele, w tym nauczyciele etyki razem z uczniami.
Kiedy teraz słucham Adamusa Saint-Germaina, czuję jak współbrzmi to, co on mówi, z tym, czym zajmowałam się przez wiele, wiele lat. A mówi on ni mniej, ni więcej tak:

Widzisz, tym, co się dzieje, jest to, że wchodzisz tutaj (głowa). Jednak odpowiedź jest już tutaj (serce)… Chcę, żebyś wszedł tutaj (serce). Wejdź do domu, jeśli wiesz, co mam na myśli. … na Ziemi można przyjąć serce i pasję, czego nie da się znaleźć na najinteligentniejszych nawet planetach, ponieważ w ostatecznym rozrachunku inteligencja nic nie znaczy bez serca.

A Żywa Etyka mówi, że „wsłuchując się w bicie własnego serca poznasz samego siebie”. I w ten sposób zakreśliłam krąg w mojej wędrówce i doszłam do punktu, w którym tłumacząc Shoudy, obcuję z mądrością, która znajduje oddźwięk w moim sercu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz